Chapter 1: Pierwsze spotkanie ~ Ariel
Notes:
Zanim zaczniesz czytać wiedz, że każda Reader ma odgórnie przypisany wygląd, historię wprowadzającą (czytaj: przeszłość) i cechy charakteru. Działa to na tej samej zasadzie, jak w niektórych grach dla dziewczyn czy powieściach wizualnych, gdzie wcielasz się w już wykreowaną postać, dlatego zamiast swojego imienia możesz używać dowolnego przydomku, ksywki czy nicku.
Chapter Text
Głos jak marzenie pomógł jej się odnaleźć.
ღ Ariel ღ
Królewski statek skrzypiał i pojękiwał; jego żagle prężyły się, wypełniane porywistym wiatrem. Oddalony od lądu o dzień żeglugi, przedzierał się przez ocean w kierunku wielkiego miasta na wschodzie, które księżniczka od zawsze chciała zwiedzić. Jako że była jedyną spadkobierczynią, król bardzo się o nią troszczył. Zapewniał nieustanną opiekę, wzywał najlepszych medyków, gdy wykazywała najmniejszy objaw choroby, a także zabraniał dalekich podróży. Jednak [Imię] udało się go przekonać, by w dniu jej osiemnastych urodzin, wydał pozwolenie na opuszczenie murów zamku.
Stała więc teraz na pokładzie dziobowym w towarzystwie swojego psa Maksa. Oparła dłonie o burtę i wystawiła twarz na smagnięcia mokrej bryzy, zlizując jej krople z ust.
— Czujesz to, Maks? To smak wolności.
Jej przyjaciel zaszczekał radośnie w odpowiedzi.
Kąciki ust [Imię] ruszyły ku górze. Wpatrywała się w pokryty białymi falami ocean, próbując dostrzec istoty w nim żyjące. Najbardziej zależało jej na ujrzeniu delfinów, których sylwetki dotychczas mogła podziwiać tylko z okna swojej komnaty.
— Czy nie powinnaś się szykować, Wasza Wysokość? Wkrótce się zacznie twoje przyjęcie.
[Imię] odwróciła się, jak dobrze przypuszczała, do Mileny — jednej z trzech służek przydzielonych przez ojca na czas podróży.
— Nie mam w planach się przebierać — odrzekła. — Czułabym się niekomfortowo jako jedyna, nosząc czarowną suknię.
Przesunęła wzrokiem po pracujących na pokładzie członkach załogi, pokrzykujących do siebie nawzajem przy przygotowaniu stołów i zimnych ogni na wieczór; każdy z nich miał zadanie do wykonania, ale przez cały czas rzucali ukradkowe spojrzenia w stronę księżniczki, ubranej w białą marynarską koszulę, ciemne spodnie i skórzane buty. Wstrzymywali oddech, ilekroć patrzyła na nich głębokimi niebieskimi oczami i z uśmiechem tak ciepłym jak promienie słońca. Mieli ogromne szczęście, mogąc świętować jej urodziny razem z nią.
Służka, choć kompletnie nie rozumiała decyzji swojej pani, skłoniła się i wróciła do dekorowania pokładu statku. [Imię] jeszcze przez chwilę przyglądała się toni morskiej, aż wreszcie postanowiła pomóc przy przygotowaniach po tym, jak nie wypatrzyła żadnego delfina.
Z początku nikt nie chciał skorzystać z dobroci księżniczki, ta jednak nie odpuściła, przez co skończyła w kuchni, gdzie tylko poczciwy kucharz przyjął ją z otwartymi ramionami. Pomagała przy krojeniu warzyw, a później przy sprzątnięciu pomieszczenia, zadziwiając wszystkich swoją zaradnością. [Imię] od zawsze z łatwością wykonywała prace fizyczne, począwszy od tych przydzielanych służbie, a kończąc na walce mieczem. Wręcz przeciwnie było z zajęciami dla dam; haftowanie, taniec czy etyka wychodziły jej jedynie w teorii. Mimo to poddani widzieli w niej osobę godną stania się pewnego dnia królową.
— Dziękuję za pomoc, Wasza Wysokość. Teraz te dania będą jeszcze lepiej smakować, gdy przyłożyłaś do nich rękę. — Staruszek położył dłoń pachnącą korzennymi przyprawami na ramieniu [Imię], odsłaniając pożółkłe zęby w uśmiechu. Kilku mu nawet brakowało.
— Cieszę się, że mogłam pomóc i że wszyscy tak się zaangażowali w wyprawienie mi przyjęcia — odrzekła [Imię].
— Otóż to, przyjęcie... Czy nie powinno się zacząć po zachodzie słońca?
[Imię] rozwarła szeroko oczy. Dopiero po słowach kucharza dotarło do niej, ile czasu spędziła pod pokładem. Wstała pospiesznie ze stołka, a jej nagły ruch obudził ukrytego pod stołem Maksa.
— Masz rację. Pójdę sprawdzić, jak mają się sprawy na górze.
Pożegnała się ze staruszkiem i poszła po schodach na pokład, a za nią wesoło podążał Maks, trącając czasami nosem jej dłoń. W odpowiedzi na jego zaczepki zatrzymała się na moment i pogłaskała po puszystej głowie i szyi, nie zapominając o poświęceniu uwagi też specjalnemu miejscu za uchem.
— Tyle na razie musi ci wystarczyć. Już i tak jesteśmy spóźnieni. — Wyprostowała się i opuściła wreszcie dolną część statku.
Gdy znalazła się na zewnątrz, z trudem wierzyła własnym oczom. Pokład pełen był udekorowań: ognistych i błękitnych serpentyn oraz wspaniałych złoto-białych chust, trzepoczących niby żywe na wietrze. Łagodny blask lamp oświetlał otoczenie, na które z góry padało światło księżyca w pełni. Kilku uzdolnionych muzycznie marynarzy na widok księżniczki zaczęło wygrywać skoczną melodię, co sprawiło, że Maks zaszczekał donośnie parę razy, zanim pobiegł do Williama — nauczyciela i ochroniarza [Imię].
Rozbawiona dziewczyna poszła w ślad za czworonożnym przyjacielem.
— Zaczynasz być coraz większą konkurencją, sir Williamie.
Rycerz uśmiechnął się psotnie, co nadało jego twarzy wręcz młodzieńczego wyrazu.
— Żadna ze mnie konkurencja, księżniczko. To nie do mnie Maks lgnie, tylko do szynki, którą dla niego schowałem.
— Powiedzmy, że ci wierzę.
— Czuję się zaszczycony. — William pochylił dostojnie głowę. — A co myślisz o dekoracjach, księżniczko?
— Idealne. To wszystko — objęła ruchem ręki pokład pełen uśmiechających się ludzi — jest idealne.
— Baw się zatem dobrze, księżniczko. To przyjęcie na twoją cześć.
[Imię] uśmiechnęła się pogodnie, co nadało jej twarzy jeszcze niewinniejszego wyrazu. Choć przypominała kwitnący, delikatny kwiat, była silna i wytrwała. Niejedna księżniczka wolałaby siedzieć w zamku, cieszyć się uwielbieniem i luksusem, nie przykładając ręki do pomocy w przygotowaniach. Za to William najbardziej podziwiał i szanował [Imię]. Wiedział, że gdyby została obdarta z tytułu, majątku i statusu społecznego, potrafiłaby sobie poradzić. Umiała docenić dar życia, jak i pracować ciężko by zrealizować swoje marzenia. Tylko dlatego płynęli teraz na statku, bawiąc się i radując.
— Wasza Wysokość, musisz spróbować tych ostryg! Jakżem długo żyje, nie jadł niczego tak dobrego! — zawołał jeden z marynarzy, kiedy [Imię] zatrzymała się przy drewnianym stole.
— Już kosztuję — odparła ze śmiechem.
Muzyka nie przestawała grać, lecz im więcej rumu się polało, tym bardziej krzyki i rozmowy zaczęły ją zagłuszać. Służkom księżniczki nie podobało się, że ich pani widziała tak prymitywne zachowania i próbowały zachęcić do zejścia pod pokład, ale [Imię] była temu całkowicie przeciwna. Cieszyła się z możliwości doświadczenia naturalności i szczerości swoich poddanych, zamiast brania udziału w kolejnym nudnym balu, gdzie dyskutowano tylko o biznesach, polityce i najpiękniejszych ludziach w królestwie. Znacznie bardziej wolała słuchać opowieści o morskich istotach.
Lekko wstawieni marynarze opowiadali legendy o świecie, gdzie kwiaty wyglądały jak żywe, ale nie roztaczały żadnej woni i potrafiły być zabójczo niebezpieczne. Jednak najwięcej mówili o syrenach mieszkających w otchłani tak głębokiej, że żaden okręt nie mógł się przy niej zatrzymać, gdyż kotwica dna nie dosięgała. Ponoć istoty te wynurzały się tylko w pełnie księżyca i śpiewały piękne pieśni, by oczarować, a następnie utopić każdego, kto się do nich zbliżył.
— Dlaczego miałyby to robić? — zapytała [Imię].
— Któż to wie, Wasza Wysokość. Z potworami morskimi nie da się porozmawiać. Zanim zdołasz zadać pytanie, te zdążą cię pożreć.
Mężczyzna, który udzielił księżniczce odpowiedzi, został przez drugiego zdzielony otwartą dłonią w głowę.
— Nie opowiadaj takich rzeczy damie, bo będzie mieć koszmary.
[Imię] śmiała się do rozpuku, czując, jak jej ciało rozgrzewa się przez wypity rum. Nigdy wcześniej nie była tak szczęśliwa.
Chwilę później zaczął się pokaz sztucznych ogni. Fajerwerki ze świstem mknęły ku niebu, a następnie wybuchały, tworząc na niebie kolorowe wzory. Niektórzy upojeni alkoholem, inni wszechobecną radością i beztroską, patrzyli w górę, podziwiając błyszczącą paletę barw mimo okropnego hałasu. Nie zauważyli nawet kiedy ciemny obłok zakrył gwiaździste sklepienie, a wiatr gwałtownie przybrał na sile.
William jako pierwszy zorientował się w sytuacji; chyżo pokonał pokład i wpadł do kajuty kapitana, ostrzegając przed zbliżającym się sztormem. Potem zaczął komenderować reszcie załogi, która znajdowała się najbliżej, po czym obrzucił uważnym spojrzeniem tłum przed nim. Gdy odnalazł wzrokiem księżniczkę, ruszył ku niej i pokrzykiwał do wszystkich mijanych osób, że zabawa się skończyła. Przez cały czas myślał o zapewnieniu bezpieczeństwa swojej pani, kiedy zupełnie niespodziewanie piorun uderzył w jeden z żagli. Na statku zapanowała panika.
Wystraszony Maks przylgnął do boku [Imię], drżąc na całym ciele. Księżniczka uklęknęła i objęła go za szyję tak jak zawsze w trakcie burzy. Wiedziała, że nic nie mogło ochronić ich przed siłami natury, ale musiała zachować pozory spokoju, by uspokoić pozostałych.
— Przygotujcie szalupy! — krzyknęła, widząc rozprzestrzeniający się po pokładzie ogień. — Uważajcie, aby nie wpaść do wody!
Grom rozległ się straszliwy, jasne błyskawice jak złote węże rozdzierały czarne masy obłoków, a wzburzone fale podnosiły wysoko statek. Niezniszczony żagiel pospiesznie zwinięto, jednak przerażenie zaszczepione w marynarzach nie zniknęło choćby na moment. Część załogi zgodnie z rozkazem zabrało się za przygotowanie szalup, pozostali próbowali ugasić pożar, ale bezskutecznie.
Okręt zaczął tonąć. [Imię] walczyła z chęcią rozpłakania się, czując się bezsilnie wobec szalejącego żywiołu. Fale uderzały o boki statku z gniewem i wściekłością, rzucając nim jak piłką, aż wreszcie kolejny z masztów pękł, złamany niczym trzcina. Oczy [Imię] rozwarły się szerzej na widok wdzierającej na pokład wody.
Pożar przestał być największym zagrożeniem.
Jeszcze chwila i utoniemy, myśl ta uderzyła w [Imię] nagle i boleśnie. Odpadające szczątki rozbitego masztu i strzaskane belki rei zostały w mig pochwycone przez szalejące fale. Dokoła było ciemno jak w najciemniejszej głębi nocy, dopóki znowu błyskawica nie olśniła swą jasnością otoczenia, ukazując każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. [Imię] zobaczyła strach i rozpacz na twarzach marynarzy. Widok ten ją zmroził tak straszliwie i dogłębnie, że gdyby William nie złapał jej za ramię i nie pociągnął w stronę przygotowanej szalupy, stałaby w miejscu, dopóki nie zostałaby porwana przez wodę.
Półprzytomnie podążała za Williamem, aż nagle piorun uderzył w kadłub statku. Rozległy się kolejne krzyki rozpaczy, kiedy ludzie zaczęli wpadać do oceanu.
Mokre ramię księżniczki wyślizgnęło się z uchwytu Williama, rozdzielając ich przy kolejnym wstrząsie. [Imię] zanurzyła się w wodzie, nałykawszy się jej trochę przy próbie pozostania nad powierzchnią. Ledwie zdołała się uspokoić i rozejrzeć za pozostałymi, gdy jeden z odłamków masztu uderzył ją w głowę.
Przed oczami [Imię] pociemniało. Widziała, jak zanurza się w odmęty morza coraz głębiej, otoczona przez bezkresną ciemność, którą jasność błyskawic czasem przeganiała. Księżniczka jednak nie słyszała ich grzmotów ani krzyków ludzi. W oceanie panowała cisza.
Wyczerpana, bezsilna i ze sztywniejącym ciałem, zamknęła oczy, nie mając dłużej siły opierać się śmierci. Wtem poczuła, jak coś chwyta ją za ramiona i łagodnie ciągnie. Lecz jej świadomość uciekała niczym listek porwany przez wiatr, więc nie miała pewności, czy naprawdę ktoś przybył z odsieczą. Nim zdążyła cokolwiek zarejestrować, straciła przytomność.
Nad ranem uspokoiła się burza, uśmierzyły fale i rozpierzchły chmury. Zza wygładzonej toni wychyliło się słońce. Niebo jaśniało jak roztopione złoto, którego piękna nie sposób opisać. Biały sznur dzikich łabędzi był jedynym widocznym elementem na horyzoncie; po wspaniałym okręcie nie pozostał żaden ślad.
Kraina ciemności nie chciała wypuścić ze swych sideł [Imię]. Mimo że regularnie oddychała, a jej skóra rozkoszowała się ciepłem promieni słonecznych, oczy miała zamknięte. Trwała w półśnie nawet nie zdając sobie z tego sprawy, więc wszystko, co czuła brała za sen. Nagłe delikatne muśnięcie na czole prawie ją ocuciło. Prawie, ponieważ podświadomie wiedziała, że nie mogła doznać czegoś tak przyjemnego w rzeczywistości.
Wtedy poczuła coś na swoim policzku — tego nie mogła zignorować. Zaczęła usilnie walczyć z marazmem, aż usłyszała pieśń. Przepiękną pieśń, która trafiła do jej serca i rozgrzała duszę.
[Imię] odetchnęła czystym powietrzem z niepojętą rozkoszą i powoli rozwarła powieki, widząc przed sobą twarz jakiegoś młodzieńca. Zamrugała i jedyne, co ujrzała to błękit nieba. Nim zdążyła się podnieść i rozejrzeć usłyszała czyiś krzyk.
Tuż po chwili księżniczkę otoczył wianuszek służek, które podczas pracy w królewskim ogrodzie, musiały dostrzec ciało leżące na gorejącym piasku przy zatoce. Delikatnie zaczęły otrzeźwiać [Imię], aż w pełni nie odzyskała przytomności i nie uśmiechnęła się do nich z wdzięcznością.
Gdy służki pomagały jej wejść do zamku, [Imię] bezustannie myślała o młodzieńcu, którego twarz zobaczyła zaraz po przebudzeniu.
Chapter 2: Drugie spotkanie ~ Ariel
Chapter Text
Gdy raz usłyszała jego śpiew, już nigdy nie mogła o nim zapomnieć.
ღ Ariel ღ
[Imię] od samego początku mówiła, że nic strasznego jej się nie stało. Zamiast tego wypytywała o swoich towarzyszy, modląc się w duchu, aby przynajmniej większości marynarzy udało się przeżyć. Na początku nikt nie był w stanie odpowiedzieć na żadne z jej pytań, zwłaszcza że nie mieli dobrych wiadomości, ale po dwóch dniach odnaleziono resztę ocalałych i wreszcie wszyscy mogli odetchnąć z ulgą.
Ojciec upierał się, żeby została jeszcze w łóżku i odpoczywała, lecz nie była w stanie spełnić jego oczekiwań. Musiała zobaczyć na własne oczy, że Maks, sir William i pozostali naprawdę żyli. Z pomocą pokojówek dotarła do odpowiednich komnat i niemal popłakała się z ulgi, gdyż podobnie jak ona nie odnieśli poważniejszych ran. Niestety, spora część załogi utonęła wraz ze statkiem, co bardzo dołowało [Imię]. Gdyby nie nalegała na urodziny na morzu, nikomu nic by się nie stało. Odpowiadała za śmierć towarzyszy i za ból, jaki sprowadziła na ich rodziny.
Choć nikt tego od niej nie wymagał, jeszcze tego samego dnia odwiedziła wszystkich, którzy stracili kogoś bliskiego w czasie tamtego sztormu i osobiście złożyła kondolencje oraz podarowała złoto, by mogli nie tylko wyprawić stosowny pochówek, ale także zainwestować w inne ważne dla nich potrzeby. Nie omieszkała się przy tym wspomnieć, żeby skontaktowali się z nią, ilekroć mieliby jakiś poważny problem — obiecała zrobić wszystko, aby pomóc. Oczywiście żadna z tych rzeczy nie przywróciłaby życia zmarłym, ale przynajmniej odrobinę złagodziła odczuwany ból.
Gdy [Imię] wróciła do zamku, odesłała służbę, która chciała jej pomóc przygotować się do kąpieli, i rzuciła się do łóżka, płacząc rzewnie. Dotychczas była cały czas obserwowana i nie mogła jawnie nikogo opłakiwać ani okazywać jakiejkolwiek innej formy słabości, czuła więc ogromną ulgę, gdy wraz z łzami uszedł z niej strach i poczucie winy. Nie całkowicie, nadal w głębi serca obwiniała się o wszystko, ale wreszcie potrafiła zdobyć się na podniesienie głowy i spojrzenie w przyszłość.
Następnego dnia, zaraz po śniadaniu z ojcem, poszła do ogrodu, skąd z jednej strony rozpościerał się widok na umiejscowione w oddali wysokie góry, okryte śniegiem jak białe łabędzie, śpiące pod obłokami, a z drugiej — gaj zielony, cienisty, pośród którego mury zamku wydawały się jeszcze bielsze niż w rzeczywistości. Obok kwiecistej bramy wznosiły się smukłe, dumne palmy, a nieco opodal morze tworzyło małą zatokę, spokojną, lecz głęboką. To właśnie w tym miejscu została odnaleziona.
Przeszła całą długość zatoki kilka razy, mając u boku Maksa, który z radością biegał w pobliżu. Do morza jednak ani razu się nie zbliżył, podobnie jak [Imię]. Wiedziała, że nic jej nie groziło, lecz wspomnienia z tamtej koszmarnej nocy były zbyt żywe, żeby podeszła do wody. Jeszcze nie.
Więcej do zatoki nie poszła. Rzadko opuszczała swój pokój, a już szczególnie mury zamku. Tylko nocami wychodziła na marmurowy balkon, by popatrzeć na morze, nocne niebo i gwiazdy, choć niekiedy ograniczała się tylko do siadania przy otwartym oknie. Zamyślona patrzyła na księżyc, który rzucał na nią swój blady blask, zastanawiając się, czy rzeczywiście miała szczęście i cudem ocalała, czy może ktoś ją uratował. Widziała przecież twarz jakiegoś młodzieńca. Służki jednak gorliwie zapewniały, że nikogo w tym czasie w pobliżu nie było. Nawet śladów butów na piasku nie znalazły, a rozglądały się uważnie. Czyżby zmysły spłatały jej figla? Wszystko na to wskazywało, ale [Imię] nie potrafiła w to uwierzyć.
Czuła czyiś dotyk na skórze. Słyszała czyjś głos. Widziała czyjąś twarz. Gdyby zwiódł ją jeden ze zmysłów, mogłaby uwierzyć, że ją oszukał, ale podobnie nie mogła się zachować, kiedy mowa była o trzech. Sęk w tym, że nikt nie chciał jej uwierzyć. Doktor zrzucił winę na stres i traumę po tak strasznym wydarzeniu, a pozostali od razu mu przytaknęli. [Imię] go nie winiła, nie winiła nikogo. Chciała tylko dowiedzieć się prawdy i znaleźć osobę, która najprawdopodobniej ocaliła jej życie, a to oznaczało wyjście poza mury zamku.
Pięknego, słonecznego dnia poszła z Maksem na spacer w okolicach portu, niby to przypadkiem zagadując i wypytując o młodzieńców, którzy mogli tego dnia pracować przy sieciach albo łowić ryby. Znalazło się takich paru, co rozpaliło w sercu [Imię] nadzieję. Nadzieja ta jednak szybko zgasła. Żaden z nich ani wyglądem, ani głosem nie odpowiadał jej mglistym wspomnieniom. Szukała więc dalej.
Udała się w kierunku morza, choć to wciąż napawało ją lękiem. Spacerowała po piaskowych wydmach w bezpiecznej odległości od wody, w przeciwieństwie do Maksa, który czasem zbliżał się do fal, aby w momencie przypływu chyżo od nich uciec. Na twarzy [Imię] wreszcie zagościł uśmiech.
— Widzę, że rozpiera cię energia — rzuciła do swego czworonożnego towarzysza. — Może masz ochotę aportować? Tylko znajdę jakiś patyk...
[Imię] zaczęła rozglądać się za odpowiednim kawałkiem drewna na zielonym terenie za jej plecami, gdy nagle Maks ruszył susem wzdłuż plaży, szczekając głośno.
— Hej, Maks! — zawołała, a następnie zagwizdała. Pupil jednak nie zawrócił. — Maks!
Ruszyła za nim biegiem, nawołując bez ustanku. Rozsądek mówił jej, że nic mu się złego nie stanie, ale i tak czuła drobne igiełki strachu, szczególnie że przestała słyszeć jego donośne szczekanie. W tym miejscu ląd zamieniał się w klify i Maks nie mógłby opuścić plaży. Wiedząc o tym, przyspieszyła i podążyła jedyną możliwą drogą.
— Maks! Maks!
Wreszcie usłyszała w odpowiedzi wesołe szczeknięcie. Czworonóg podbiegł do niej i wywalił jęzor, jakby zmęczony tym całym bieganiem. [Imię] roześmiała się z ulgi i uklęknęła przed pupilem, czule tarmosząc jego futro.
— Co w ciebie wstąpiło, przyjacielu? — zapytała.
Maks w odpowiedzi znowu od niej odbiegł. Zaintrygowana [Imię] podniosła się i podążyła za nim, aż nagle dostrzegła na piasku jakiegoś młodzieńca owiniętego w podarty i brudny kawałek żaglu.
— Och... Rozumiem — szepnęła.
Zachowanie Maksa nagle nabrało sensu. [Imię] podeszła bliżej, ze zdziwieniem patrząc na aparycję ów młodzieńca. Jeszcze nigdy w życiu nie widziała włosów o tak mocnym wiśniowym kolorze, były osobliwe piękne. Sprawiały, że chciało się ich dotknąć. Sprawdzić, czy nie ulegało się jakimś omamom. Jednak patrząc również na inne mankamenty, nie przypominał [Imię] większości młodzieńców, jakich spotkała. Miał klatkę piersiową niewiele większą od niej, delikatne rysy twarz, acz nie dziewczęce, i duże oczy o barwie oceanu, których głębokość i czystość wręcz zachęcały do utonięcia w nich.
[Imię] odchrząknęła, lekko zakłopotana widokiem prawie nagiego młodzieńca.
— Dobrze się czujesz? — zapytała. Gdy otrzymała energiczne kiwnięcie głową, uśmiechnęła się rozbawiona i przykucnęła przy młodzieńcu, odsuwając jednocześnie od niego Maksa. — Przepraszam za niego. Mam nadzieję, że cię nie przestraszył. Wygląda strasznie, ale jest bardzo kochany.
Wypuściła Maksa z objęć i odwróciła głowę w stronę młodzieńca, którego twarz znajdowała się bliżej niż wcześniej. Mimo że odchyliła się do tyłu, nie oderwała wzroku od jego oczu. Mogłaby przysiąc, że zabłyszczały z radości, kiedy uśmiechnął się do niej szeroko. W sercu [Imię] coś drgnęło.
— Wyglądasz... bardzo znajomo. Spotkaliśmy się kiedyś? — spytała z nadzieją.
Młodzieniec znowu pokiwał energicznie głową, a Maks, jakby przyznając mu rację, głośno zaszczekał.
— Och, naprawdę?! — Podskoczyła z podekscytowania i, nie zdając sobie do końca sprawy ze swoich czynów, złapała młodzieńca za ręce. — Wiedziałam! Jesteś tym, którego szukam! Jak się nazywasz?
Policzki młodzieńca nabrały delikatnego różowego odcieniu. Otworzył usta, żeby się odezwać, jednak z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Złapał się za nie, jakby coś sobie uświadamiając, po czym spojrzał na księżniczkę smutnymi błękitnymi oczami.
— Coś nie tak? — [Imię] zmarszczyła brwi i mimowolnie się odsunęła. — Nie możesz mówić?
Otrzymała kolejną odpowiedź, która polegała na tym, że młodzieniec pokręcił głową.
— Och... więc nie możesz być tym, o którym myślałam — odparła. Odwróciła głowę i ukryła twarz za kurtyną czarnych włosów, aby ukryć żal i rozczarowanie.
Młodzieniec ciężko westchnął.
[Imię] na moment zatonęła w swoich myślach. Naprawdę uwierzyła, że znalazła właściwą osobę. Osobę, która uratowała jej życie. Po chwili doszło do niej, jak naiwna była. Jak taki delikatny i drobny młodzieniec mógłby wyłowić ją z wody, pokonać szalone fale i wyciągnąć na brzeg? Czemu uciekł, zostawiając ją samą w zatoczce? Te rozmyślania nie miały sensu. Powinna odpuścić już na samym początku, to może uniknęłaby podobnego rozczarowania.
Nagle spostrzegła, że młodzieniec zaczął wykonywać jakieś gesty rękami, jakby próbował jej coś przekazać.
— Nie jestem dobra w zgadywankach, ale nie martw się, pomogę ci — powiedziała z cieniem uśmiechu i wyciągnęła ku młodzieńcowi swoją drobną dłoń.
Ten ujął ją z radością, zapominając, że nigdy wcześniej na nogach nie stał; stracił równowagę i upadł, pociągając księżniczkę za sobą. [Imię], która wylądowała na jego nagiej piersi, lekko poczerwieniała i szybko się odsunęła, masując swój kark.
— Przepraszam. Powinnam wziąć pod uwagę to, że możesz być osłabiony. Obiecuję, że tym razem nie dam się zaskoczyć.
Jeszcze raz zaoferowała pomoc, tym razem pozwalając młodzieńcowi się na sobie podeprzeć. Mimo że jego ruchy były bardzo nieporadne, miał tak radosny wyraz twarzy, że [Imię] także zaczęła się uśmiechać. Chociaż nie odnalazła osoby, której szukała, to przynajmniej w zamian spotkała kogoś bardzo, bardzo interesującego.
Chapter 3: Nawiązanie znajomości ~ Ariel
Chapter Text
Nawet bez słów można stworzyć znajomość z mocnym fundamentem.
ღ Ariel ღ
Zamek był z białych, błyszczących kamieni, zbudowany wysoko; marmurowe schody prowadziły do ogrodu i nad morze; dokoła wznosiły się wysmukłe kolumny, między którymi stały, niby żywe, marmurowe posągi. Dach zdobiły błyszczące, złociste kopuły, a przez wysokie kryształowe okna wyzierały olbrzymie i wspaniałe sale, przybrane kosztownymi obrazami, kobiercami i firankami. Pośród największej z komnat, pod szklaną kopułą, biła przejrzysta fontanna, rzucając rosę wilgotną na rzadkie rośliny rosnące w pobliżu. Jej tęczowe krople w blasku słonecznym napełniały pomieszczenie czarodziejskim światłem i zdawały się deszczem brylantów i pereł.
[Imię] z dumą oprowadzała swojego wyjątkowego gościa, przy okazji przedstawiając mu napotkanych pałacowych pracowników. Gdy wczorajszego dnia zapoznała go z królem Henrykiem, sir Williamem i Lordem Aleksandrem — królewskim doradcą — wpadli wspólnie na pomysł, aby młodzieniec na kartce napisał swe imię. W taki oto prosty sposób dowiedzieli się, że nazywał się Ariel. Nie był jednak w stanie więcej im zdradzić. Jego odpowiedzi zdawały się pozbawione sensu. Lord Aleksander zasugerował nawet, że Ariel mógł cierpieć na jakąś chorobę psychiczną. Lekarz jednak nie potwierdził ani nie zaprzeczył jego przypuszczeniom, co [Imię] nie zniechęciło i zobowiązała się opiekować młodzieńcem.
Ariel otrzymał szaty z cienkiego jedwabiu, jak i bufiaste koszule oraz spodnie, gdyby w drogich materiałach czuł się niekomfortowo. Gdy służki wskazały mu odpowiednią komnatę do przebrania się, [Imię] wcale nie zdziwił jego wybór; sama preferowała luźne i wygodne odzienie, toteż podejrzewała, że Ariel miał podobny do niej gust. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mógł taką decyzję podjąć, żeby się jej przypodobać.
Niemniej wszyscy przyznawali z zachwytem, że wyglądał czarująco. Niektóre ze służek, zwłaszcza te młodsze, nawet szeptały między sobą o tym, jaki był uroczy. Jednak wszystkie zgodnie twierdziły, że sprawiałby jeszcze większe wrażenie, gdyby mógł mówić. Wtedy zainteresowałyby się nim na poważnie, a tak żadna nie chciała wyjść za mąż za niemowę, choćby nie wiadomo, jak cudownego wrażenia by nie stwarzał.
Wbrew pozorom, takich plotek w zamku nie brakowało, toteż [Imię] szybko skończyła oprowadzać Ariela, aby zrobić z tym porządek. Po tym, jak odprowadziła młodzieńca do jego komnaty, czym prędzej poszła porozmawiać z główną pokojówką, która obiecała dopilnować, by nieprzyjemne komentarze pracownice pozostawiły dla siebie. Wtedy [Imię] z czystym sercem mogła wrócić do swoich obowiązków.
Przez kilka kolejnych dni [Imię] nie miała zbyt wiele czasu dla Ariel, mimo to młodzieniec, zamiast korzystać z pałacowych atrakcji i luksusów, przebywał zazwyczaj w tej samej komnacie, co ona, chociażby tylko po to, aby dotrzymywać jej towarzystwa. Było to urocze, aczkolwiek lekko kłopotliwe, gdyż Ariel nie potrafił usiedzieć za długo w jednym miejscu.
[Imię] wzdrygnęła się, gdy przyłbica hełmu rycerza, którego zbroja stała u niej w gabinecie, wydała głośny, metaliczny dźwięk. Podniosła głowę znad dokumentów, Ariel uśmiechał się głupkowato, jakby chciał udawać, że nie miał z hałasem nic wspólnego i tylko przypadkiem stał obok opancerzenia.
— Jeśli się nudzisz, możesz pójść porobić coś innego. Mam wezwać kogoś, żeby dotrzymał ci towarzystwa? — zapytała [Imię] miło, czując się mimo wszystko rozbawioną zachowaniem Ariela. Gdyby była na jego miejscu, też próbowałaby zabić czas, dotykając wszystkiego w danym pomieszczeniu.
Myślała, że Ariel skorzysta z jej oferty, ale ten zaczął gorliwie kręcić głową jeszcze zanim skończyła mówić.
— Chcesz więc jakąś książkę do czytania? A może wolisz płótno i farbę?
Ariel znowu zaprzeczył. W takim wypadku [Imię] nie wiedziała, co jeszcze mogłaby mu zaproponować. Odchyliła się na mosiężnym fotelu i uniosła pytająco brwi, jakby czekając na jakąś propozycję od samego młodzieńca. Ten w mig pojął jej intencję, choć potrzebował krótkiej chwili na udzielenie odpowiedzi; wkrótce napisał, pełnym zawijasów pismem, że chciałby, aby księżniczka coś mu opowiedziała.
— Opowieść? — zdziwiła się, gdy spojrzała na podaną jej kartkę. — Co konkretnie masz na myśli?
Po kilku szybkich machnięciach piórem dowiedziała się, że Ariel prosił o jakąś opowieść związaną z ludźmi. To jednak w żadnym stopniu nie ułatwiło [Imię] wyboru, szczególnie że większość historii, które znała, dotyczyły jej rodaków.
— Pytasz i prosisz o takie rzeczy, jakbyś był z innego świata — odparła ze śmiechem. Wtem przypomniała sobie, jak Ariel użył widelca jako grzebienia podczas ich pierwszego wspólnego obiadu; musiała wtedy wykorzystać wszystkie pokłady silnej woli, żeby się nie roześmiać, zwłaszcza po zobaczeniu miny swojego ojca i sir Williama. — Nie wiem, którą opowieść powinnam wybrać... Jedyna, która przychodzi mi teraz na myśl, to opowieść o drzewie grzechów. Mama opowiadała mi ją czasem na dobranoc, kiedy byłam dzieckiem, ale nie jest ona zbyt wesoła.
Wymowne oczy Ariel zajaśniały jak gwiazdy. Oparł dłonie na biurku [Imię] i pokiwał głową, jakby zgadzając się na zaproponowaną przez nią historię. Księżniczka wciąż nie czuła się przekonana, mimo to postanowiła zrobić sobie na chwilę przerwę w pracy i uraczyć Ariel starą opowieścią.
— Dawno, dawno temu w chatce na wzgórzu mieszkał od lat samotnie pewien mężczyzna — rozpoczęła poważnym głosem, z lekkim uśmiechem na twarzy. Wpatrzony w nią z zainteresowaniem Ariel ją jednocześnie bawił i onieśmielał. — Pewnego dnia, gdy mężczyzna ten zbliżał się do sędziwego wieku, a tym samym do dnia swojej śmierci, obok jego chatki wyrosła przepiękna, ogromna jabłoń, której owoce były czerwone jak krew i nieskazitelne jak spadające z nieba płatki śniegu. Gdy mężczyzna podszedł do jabłoni, usłyszał donośny głos, który powiedział mu, że po śmierci będzie straszliwie cierpiał za wszystkie krzywdy, jakie za życia wyrządził i że jedynym sposobem, żeby mógł za nie zadośćuczynić, jest przynoszenie codziennie na kolanach wiadra wody z rzeki znajdującej się na samym dole wzgórza i pojenie nią jabłoni, wyznając przy tym jeden ze swych grzechów.
Słońce padało na komnatę swoim ciężkim, spokojnym, południowym blaskiem, nadając twarzy [Imię] osobliwego odcieniu. Ariel jednak zdawał się tego nie zauważać i urzeczony słuchał jej słów, tak straszliwych, a zarazem łagodnych przez ton jej głosu.
— Przerażony mężczyzna postąpił tak, jak zostało mu nakazane i każdego dnia na kolanach przychodził nawodnić jabłoń wodą przyniesioną z rzeki na dole wzgórza. Za każdym razem, po powiedzeniu jednego ze swych grzechów, z drzewa spadało jabłko. A gdy spadło, stawało się brzydkie, spleśniałe i niejadalne nawet dla robaków. Na początku mężczyźnie szło lekko, wyznawał drobne grzechy o tym, jak kogoś pobił, okradł albo okłamał. Wkrótce jednak nadszedł czas, kiedy na jabłoni pozostały tylko trzy jabłka. Były znacznie większe niż pozostałe, niemal wielkości głowy ów mężczyzny. Jedno z nich spadło, gdy mężczyzna powiedział, że utopił w rzeczce swojego najlepszego przyjaciela, by przejąć jego majątek. Drugie, gdy wyznał, że udusił pracującą w jego rezydencji niewolnice, po tym, jak odmówiła mu się oddać. Zanim mężczyzna zdradził swój ostatni grzech, płakał rzewnie, przepraszając swą matkę za to, że w młodości się jej wyrzekł i pozostawił na pewną śmierć, gdyż schorowana nie miała szans poradzić sobie sama. Był tak zdruzgotany własnymi czynami, że w kolejnych dniach to swymi łzami poił jabłoń, aż do dnia śmierci. Ponoć dzięki temu jabłoń ostała się do dnia dzisiejszego i każdy, kto wyzna jej szczerze swe grzechy, będzie je miał odpuszczone jeszcze za życia.
[Imię] zamilkła, patrząc na Ariel wyczekująco. Koniecznie chciała wiedzieć, co myślał o tej opowieści. Jednak, zamiast napisać o swoich wrażeniach, młodzieniec zadał księżniczce pytanie.
— Czy to prawdziwa historia? — przeczytała z kartki. — Nie jestem pewna. Nie ma w niej żadnych szczegółów, które mogłyby pomóc w udowodnieniu, że jest prawdziwa. Z tego, co wiem, jabłonie na wzgórzach nie rosną, więc może jak gdzieś jakaś istnieje, może to właśnie ta z tej opowieści. Nigdy jednak o czymś takim nie słyszałam, więc nie mogę ci powiedzieć, że tak jest na pewno. Przykro mi.
Oczy Ariel lekko przygasły. Na ten widok [Imię] zrobiło się ciężej na sercu.
— Właściwie to... dlaczego o to pytasz? Zrobiłeś coś złego, że chcesz prosić jabłoń o odkupienie win?
Ariel pokręcił głową. Mimo to wciąż wydawał się smutny, jakby nosił na barkach jakieś nieprzyjemne brzemię.
— Słyszałam za to o czymś innym — dodała [Imię] z konspiracyjnym uśmieszkiem, przysuwając się do Ariel bliżej. — Ponoć wyznanie swoich trosk bliskiej osobie działa tak samo. Gdy będziesz więc gotowy, możesz mnie zdradzić, co leży ci na duszy. Obiecuję, że nie będę cię oceniać i że pomogę ci, jeśli tylko będę umieć.
Na te słowa Ariel uśmiechnął się w ten swój radosny sposób, który [Imię] zdążyła już tak polubić. Chociaż znali się niedługo, naprawdę chciała dla niego jak najlepiej, czego dowodziła na każdym kroku.
Chapter 4: Bliska przyjaźń ~ Ariel
Chapter Text
Potrafiłaby go dostrzec w każdym morzu.
ღ Ariel ღ
Mijały dni, tygodnie, miesiące, a Ariel wciąż nie powiedział choćby słowa, co zaowocowało tym, że nikt już nie wierzył, by ten miał kiedykolwiek coś powiedzieć. Nikt z wyjątkiem [Imię], która widząc, jak smutny stawał się młodzieniec, gdy wytykano mu brak mowy, klepała go po ramieniu i pocieszała najlepiej jak potrafiła. Nie przeszkadzała jej niemożność przeprowadzenia z nim rozmowy bez kartki czy wymachiwania dłońmi. Właściwie było to ciekawe i niekiedy zabawne, a śmiać się Ariel nadal mógł i dało się słyszeć w tym śmiechu piękno jego duszy, którą często maskowały smutne oczy. Mimo to [Imię] starała się mu pomóc.
— Mówiłeś doktorze, że nie ma uszkodzonych strun głosowych. Czemu więc nie może mówić? — zapytała.
Poprosiła królewskiego lekarza o spotkanie. Zachariasz Blackwell miał ponad pięćdziesiąt lat na karku, dbał jednak o swoje zdrowie z taką starannością, że wyglądał na czterdziestolatka, a dla niektórych nawet jeszcze trochę młodziej. Prawie tyle samo czasu poświęcił na studiowanie medycyny, co uczyniło go najlepszym doktorem w okolicy naprawdę wielu mil. Posiadanie tak wielkiej wiedzy wiązało się z częstymi wyjazdami, dlatego to nie on zbadał [Imię], kiedy została znaleziona nieprzytomna na plaży w zatoce. Niemniej otrzymał rozkaz powrotu i obejrzał księżniczkę jeszcze raz, mimo że nic nie wskazywało na jakiekolwiek problemy zdrowotne. Żalem byłoby nie skorzystać z jego obecności w inny sposób.
— Mam kilka tez, jednak żadna nie jest do końca wiarygodna — odparł doktor, mrużąc oczy.
[Imię] nie czuła się dobrze, zamęczając go pytaniami, kiedy mężczyzna był ewidentnie zmęczony, lecz wkrótce miał znowu wyjechać i kolejna szansa spotkania we dwoje mogła się nie nadarzyć.
— Czy możesz mimo to mi je przedstawić?
Blackwell wygodniej rozparł się na fotelu.
— Pierwszą i najbardziej prawdopodobną tezą jest blokada psychiczna albo celowe niemówienie z własnego wyboru. — Mężczyzna uniósł spokojnie dłoń, zanim [Imię] zdążyła otworzyć usta. — Nie pytaj mnie o powody takiego postępowania, Wasza Wysokość, gdyż odpowiedzi może udzielić tylko pacjent.
— Rozumiem. — [Imię] ciężko westchnęła. — A pozostałe tezy?
— Ktoś mógł rzucić na niego urok. Co prawda takie rzeczy nie miały miejsca już od kilkudziesięciu lat, ale istnieje na to niewielka szansa, dopóki w pełni nie zostanie udowodnione, że czarownice przepadły.
— Inna teza?
— Może się za tym kryć choroba, której jeszcze nie odkryliśmy. Już pobrałem od pacjenta niezbędne próbki do badań. Jeśli coś w nich znajdę, dam Waszej Wysokości znać.
[Imię] postukała palcem o biurko, patrząc na doktora z niejednoznaczną miną.
— Czy mogę mieć jeszcze jedną prośbę? — zapytała. Blackwell skinął głową. — Jeśli uda ci się czegoś więcej dowiedzieć w tym temacie, czegokolwiek, chciałabym się o tym dowiedzieć jako pierwsza. Możesz mi to obiecać?
— Nie sądzę, żeby powód niemości pacjenta był zagrożeniem dla królestwa, więc tak — skontaktuję się z Waszą Wysokością, gdy tylko coś ważnego ustalę.
— Dziękuję. Jestem twoją dłużniczką.
— Skądże, Wasza Wysokość. Moim obowiązkiem jest pomagać ludziom i służyć królestwu.
— Służenie jest na drugim miejscu — odparła z uśmiechem. — I niech tak pozostanie, a będziemy dobrze się dogadywać.
Doktor się pożegnał i opuścił jej gabinet. Niedługo później na jego miejscu zjawił się Ariel. [Imię] uprzejmie się zapytała, co do tej pory porabiał. Przez godzinę rozmawiał z nią za pośrednictwem kartki, opowiadając o tym, jak pomagał Leonardzie w kuchni do czasu, aż nie przyszedł po niego sir William, aby rozpocząć zapowiedziany już jakiś czas temu trening i naukę walki mieczem. [Imię] bardzo ceniła i szanowała sir Williama, nie chciała jednak, by ten zmuszał Ariel do czegokolwiek. Na szczęście młodzieniec nie miał nic przeciwko jego naukom, a wręcz ochoczo się na nie zgodził. Według sir Williama dlatego, że wreszcie przekonał go do nabrania większej masy mięśniowej, lecz Ariel ów dnia wyznał księżniczkę swój prawdziwy powód: chciał, żeby czuła się przy nim bezpieczna. [Imię] to zarazem rozczuliło i rozbawiło.
— Dobrze, że sir William o tym nie wie. Jeszcze pomyślałby, że próbujesz go pozbawić pracy! — zażartowała.
Później [Imię] musiała wrócić do pracy, jednakże wieczorem wyszła na spacer z Maksem i Ariel. Już nie miała oporów ze zbliżaniem się do morza. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, gdyż wyglądało to tak, jakby znalezienie Ariel na plaży było powodem zmiany jej nastawienia. Zresztą samo morze kojarzyło jej się z młodzieńcem, szczególnie jego piękne oczy, a o nim źle nie potrafiła myśleć.
Na początku ich relacja polegała jedynie na spacerowaniu i rozmowach, ale bardzo szybko zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Ariel towarzyszył jej przy każdej okazji, a [Imię] ilekroć mogła jakoś umilić mu życie w zamku, bez wahania to robiła. Czasem zdarzało się jej zwierzać Ariel ze spraw, o których trudno było jej mówić na głos. Starała się jednak nie czynić tego zbyt często, gdyż bała się, że Ariel pomyśli, iż zdradza mu swe tajemnice tylko dlatego, że nikomu nie zdoła ich powtórzyć. Niemniej oboje wspierali siebie najlepiej, jak potrafili. Choć Ariel cechował się znacznie większą skrytością niż [Imię], księżniczka nigdy nie próbowała go zmusić do wyznań ani zwierzeń. Mówiła za nich dwoje, a gdy młodzieniec chciał jej coś przekazać, to poświęcała mu całą swoją uwagę.
~*~
Kilka razy w miesiącu [Imię] robiła sobie wycieczkę do miasta. Dotychczas jej głównym i jedynym towarzyszem był sir William. Czasami tylko zdarzało jej się zabrać Maksa, ale z reguły tego nie robiła, gdyż tak krnąbrny kompan w dużym tłumie mógłby się zgubić albo zostać porwanym, co już raz się zdarzyło. Wtedy [Imię] prawie serce pękło. Zdecydowanie nie zniosłaby kolejnego takiego przypadku. Może nawet zrodziłaby się w niej chęć do zemsty, z której ledwie się w dzieciństwie wyleczyła. Jedyną osobą chłodno akceptującą jej zawiść w młodym wieku okazała się królowa, lecz tylko dlatego, że sama zachowywała się podobnie w młodości. Na szczęście obie zostały odratowane, choć matka ostrzegała ją, żeby nie spuszczała gardy, gdyż mają w swoich sercach trochę więcej mrocznych pragnień niż przeciętni ludzie i przy jakimś bolesnym potknięciu może to wyjść na jaw. Gdy [Imię] pytała o to, co by się dalej stało, po raz kolejny słuchała opowieści o jabłoni i grzeszniku.
Pewnego razu [Imię] wreszcie pojęła, że serce ów grzesznika też mogło być trochę mroczniejsze niż innych i od tamtego czasu naprawdę się pilnowała i dokładała wszelkich starań, żeby nikt nie wątpił w jej dobroć.
— Jest jakieś miejsce, które chcesz szczególnie zwiedzić? — zwróciła się do Ariel, który tym razem towarzyszył jej w wyjściu do miasta. Sir Williama to, lekko mówiąc, nie zadowoliło, ale w zamian obiecała, że wróci szybciej.
Ariel z szerokim uśmiechem wskazał w stronę portu. [Imię] obrzuciła spojrzeniem okolicznych handlarzy oraz rybaków, a także kołyszące się łagodnie na falach piękne statki, których kadłuby uderzały lekko o nabrzeże.
— Chcesz wejść na pokład statku? — zapytała.
Młodzieniec szybko pokręcił głową. W mieście nie było warunków do pisania na kartce, dlatego znowu musiała zgadywać, co chciał jej przekazać.
— Może po prostu oprowadzę cię po moich ulubionych miejscach. Co ty na to?
Tym razem otrzymała pozytywną odpowiedź. Uśmiechnęła się i dała znać ręką, żeby poszedł za nią.
Słyszała, że część mieszkańców świętowała z okazji udanego kontraktu burmistrza z koczowniczymi handlarzami i miasto miało się od teraz cieszyć większą ilością niepowtarzalnych — i po przystępnej cenie — wszelakiej maści produktów. Król również popierał tę transakcję, która wbrew wszystkiemu nie była jakoś szczególnie znacząca i dlatego wyznaczył burmistrza jako pośrednika. Jednak w oczach obywateli sytuacja przedstawiała się z lekka inaczej, co zaowocowało różnymi wyprzedażami, zabawami i tańcami na placu z tego, co usłyszała w strzępkach rozmów mijanych osób. Tam właśnie podążyła z Ariel.
Wkrótce do ich uszu zaczęła docierać muzyka wygrywana przez miejscową orkiestrę. Melodia była tak żywiołowa i skoczna, że nogi same rwały się do tańca. [Imię] kiwnęła zachęcająco w kierunku kręcących się rytmicznie na placu ludzi i złapała Ariel za rękę, uśmiechając się od ucha do ucha, kiedy do nich dołączyli. W przeciwieństwie do bali odbywających się w zamku, tutaj nikt nie wymagał dostojnych ruchów, gracji i perfekcyjności. Tak naprawdę nawet zwykłe skakanie w miejscu zdołałoby przejść i to [Imię] najbardziej się podobało i miała nadzieję, że w taki sposób ośmieli bardziej Ariel.
Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy okazało się, że jej partner potrafił doskonale tańczyć! Choć doskonale nie oddawało rzeczywistego poziomu jego umiejętności; poruszał się tak, jakby tworzył jedną całość z muzyką i nie wyglądał już delikatnie ani krucho jak podczas ich pierwszego spotkania.
Gdy tańczyli razem blisko, acz w przyzwoitej odległości, [Imię] poczuła zapach jego skóry, świeży niczym wschód słońca nad oceanem. Spoglądała mu w oczy, jednak te zaczęły ją peszyć — spuściła lekko głowę. Zarumieniła się i odwróciła ponownie wzrok, żeby nie patrzeć na skrawek szyi widoczny w rozchyleniu kołnierza koszuli. Cieszyła się, że muzyka wygrywana była tak głośno, uniemożliwiając mówienie. Miała dzięki temu świetną wymówkę, by przemilczeć swoje zawstydzenie.
Mimo to [Imię] bawiła się świetnie. Im dłużej znała Ariel, tym bardziej była wdzięczna losowi za połączenie ich ścieżek. Tylko przy nim i Maksie czuła się w pełni rozluźniona, bez obawy przed byciem ocenianą czy sądzoną. Poza tym jego obecność działała na nią kojącą i już prawie nie pamiętała, kiedy ostatni raz zdarzyło jej się zdenerwować.
Zdecydowanie był osobą, na której bardzo jej zależało.
Przyjacielem, o jakim dotychczas nawet nie ośmielała się marzyć.
Chapter 5: Kobieca zazdrość ~ Ariel
Chapter Text
To nie tak, że chcę cię tylko dla siebie. Chyba że nie masz nic przeciwko.
ღ Ariel ღ
Gdy Serafina, ciotka [Imię] od strony ojca, przyjechała w odwiedziny z dwójką swoich córek, spowodowało to wszechobecną radość i natychmiast zaczęto przygotowywać stosowne rzeczy na tę okazję, między innymi rodzinną kolację i parę występów królewskich artystów. [Imię] była jak zawsze bardzo szczęśliwa, mogąc spotkać swe ukochane kuzynki — Laurę i Anastazję.
Dziewczyny od dziecka dogadywały się wspaniale, zupełnie jakby były siostrami. [Imię] i Laura miały tyle samo lat, a Anastazja urodziła się tylko rok później, więc właściwie wychowywały się razem. Jednak — na pierwszy rzut oka — nikt nie pomyślałby, że [Imię] jest połączona z nimi więzami krwi. Jej lśniące czarne włosy, przez większość czasu wiązane w koński ogon, diametralnie różniły się od złocistych kosmyków Laury i Anastazji, które opadały miękkimi potokami na ramiona. Ich karnację również się różniły: księżniczki z sąsiedniego królestwa wyglądały, jakby rzadko wychodziły na światło słońca, ich blada skóra przypominała świeżo opadnięty śnieg, gdy tymczasem [Imię] mogła pochwalić się opalenizną, którą zyskała na częstych spacerach po plaży. Nawet kolory oczu diametralnie się różnił, ich szmaragdowe tęczówki wyróżniały się znacznie bardziej niż błękitne kule [Imię].
Można by przypuszczać, że na tym kończyły się różnice, ale nic bardziej mylnego. W dzieciństwie, owszem, dziewczyny cechowały się podobną żywiołowością, ciekawością i skłonnością do wpadania w kłopoty. Jednakowoż, już jako młode panny gotowe do zamążpójścia, Laura i Anastazja zmienił się, wydoroślały i cechowały się większym taktem oraz subtelnością. Oczywiście [Imię] takich cech również nie brakowało, też była księżniczką i to koronną w dodatku, lecz w głębi serca zawsze trzymała swą prawdziwą naturę. Naturę podróżniczki i łowczyni wrażeń.
Jednak żadna z tych różnic nie była w stanie zniszczyć łączącej księżniczek więzi.
— Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że przyjechałyście — oznajmiła [Imię], gdy formalności miały już za sobą.
— My też! Mamy ci tyle do opowiedzenia — odparła Anastazja. Jej uśmiech był naprawdę zaraźliwy i gdyby [Imię] się wcześniej nie uśmiechała, teraz z pewnością by zaczęła. — Ty chyba nam także. Słyszałyśmy o tej strasznej katastrofie. Cieszymy się, że nic ci się nie stało.
— Miałam dużo szczęścia — przyznała [Imię].
— A kim jest ten uroczy młodzieniec, który stoi przy sir Williamie i na nas patrzy? — wtrąciła nagle Laura.
[Imię] nie musiała podążyć za jej wzrokiem, żeby dowiedzieć się, o kim mówiła, mimo to i tak to zrobiła. Wpatrzone w nią spokojne jak morze w słoneczny dzień oczy sprawiły, że jej serce odrobinę szybciej zabiło. Odwzajemniła uśmiech i dała znak ręką, żeby Ariel do nich podszedł. Za plecami czuła intensywność spojrzeń swoich kuzynek, które gdyby mogły, najpewniej przeszyłyby ją na wylot.
— Księżniczko Lauro, księżniczko Anastazjo pozwólcie, że przedstawię wam mojego przyjaciela. — [Imię] delikatnie położyła młodzieńcowi dłoń na ramieniu, aby zapewnić go o swoim wsparciu. — Nazywa się Ariel. Pewnego dnia natknęłam się na niego na plaży. Najpewniej jego również morze nie oszczędziło. Zdecydował się zostać z nami w zamku.
Laura zlustrowała Ariel uważnym spojrzeniem, a gdy skończyła, uśmiechnęła się słodko i wyciągnęła dostojnie rękę. Ariel najpierw zerknął na [Imię], a czyn ten nie umknął niczyjej uwadze. Kiedy księżniczka skinęła głową, dopiero wtedy młodzieniec ujął za dłoń Laury. Nie skłonił się jednak ani nie pocałował jej wierzchu, co wszystkich — z wyjątkiem [Imię] — zaskoczyło.
— Stamtąd, skąd pochodzi Ariel, panują nieco inne zwyczaje. Tam wystarczy uściśnięcie dłoni jako oznakę szacunku — wyjaśniła [Imię], improwizując. Nigdy nie przymuszała Ariel do nabycia ich zwyczajów oraz etykiety i kategorycznie zabroniła komukolwiek z pałacowej służby to robić, jeśli sam takiej woli nie wykazywał, i choć nikomu to ostatecznie nie przeszkadzało, tak goście z innego królestwa mogli poczuć się urażeni. [Imię] musiała temu zaradzić. — Jest też po wypadku i nie może mówić.
— Och...
Na tę ostatnią informację twarze księżniczek mimowolnie złagodniały. Laura zabrała dłoń, a Anastazja swojej nie wyciągnęła; nie chciały sprawiać Ariel dyskomfortu, dlatego przez cały czas miło się uśmiechały.
— Bardzo nam przykro. Proszę, czuj się w naszym towarzystwie swobodnie — powiedziała Laura, kładąc dłoń na sercu, co oznaczało gest najwyższej szczerości.
[Imię] uśmiechnęła się szeroko. Nie musiała się już dłużej martwić, czy jej kuzynki zaakceptują Ariel.
~*~
Siedząc przed lustrem w swojej komnacie, [Imię] po raz pierwszy w życiu tak długo wpatrywała się w swe oblicze. Kolejno przyglądała się oczom, nosowi, ustom, policzkom, aż w końcu jej uwaga skupiła się na czarnych jak heban włosach. Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, czy była odbierana jako piękna lub atrakcyjna. Dla kogoś o tak szerokich horyzontach ciało zdawało się zaledwie narzędziem. Ważnym i niezbędnym, acz nie potrzebowała pięknej twarzy ani idealnej figury, żeby osiągać wyznaczone cele. Potrafiła władać zarówno mieczem jak i słowem. Walczyć za pomocą ręki i umysłu. Kochać sercem, a nie oczami. Zresztą od dziecka matka powtarzała jej, że chorobliwe przejmowanie się urodą to domena złych ludzi. Gdy tylko o tym usłyszała, wiedziała, że nie ulegnie takiemu pragnieniu, że nie będzie przejmować się tym, co na zewnątrz.
Czemu więc zaczęła nagle spoglądać w taflę lustra? Sama do końca nie wiedziała. Nie zobaczyła w nim niczego, czego by już wcześniej nie widziała. Nie potrafiła nazwać siebie piękną ani brzydką. Dla niej takimi słowami nie dało się opisać człowieka. Nie była jak słońce, nie przypominała czystego złota jak Laura i Anastazja, ale w przeciwieństwie do innych, ona dostrzegała w swoich kuzynkach coś znacznie więcej: inteligencję, wdzięk, poczucie humoru, serdeczność. I znacznie, znacznie więcej. Kogokolwiek by nie pokochały, ten ktoś byłby szczęściarzem. A jednak czuła się dziwnie, kiedy widziała Laurę lub Anastazję w towarzystwie Ariel. Coś jakby przygniatało jej klatkę piersiową, a serce przeszywała strzała. Nie wiedziała, jak poradzić sobie z tymi uczuciami. Próbowała utonąć w pracy, robić dobrą minę, przekonywać siebie, że wszystko w porządku, ale nic nie pomagało.
Nagle rozległo się pukanie.
— Kto tam? — zawołała. Gdy w odpowiedzi dostała trzy kolejne stuknięcia, bez wahania dodała: — Możesz wejść.
Ariel najpierw wsunął głowę, jak gdyby upewniał się, że został dobrze zidentyfikowany, a potem z uśmiechem wszedł do środka. Wydawał się radosny i beztroski jak zawsze, jednak [Imię] znała go zbyt dobrze, żeby nie zauważyć jego niepewności najpewniej wywołanej wejściem do jej komnaty. Nie był to pierwszy raz, kiedy przyszedł ją odwiedzić, lecz dopiero tym razem nikt im nie towarzyszył; ani sir William, ani Maks, ani któraś ze służących.
— Coś się stało? — zapytała po odwróceniu się przodem do Ariel, próbując jednocześnie zapomnieć o znajdującym się za nią lustrem.
Młodzieniec pokręcił żwawo głową, po czym pokazał [Imię] napis na kartce. Jej twarz ozdobił ciepły uśmiech.
— Ze mną wszystko w porządku. Wyszłam wcześniej, żeby odpocząć. Przepraszam, jeśli cię zaniepokoiłam. — Cierpliwie poczekała, aż Ariel nakreśli nowy tekst. Potrwało to zaledwie trzy machnięcia gołębich skrzydeł. — Och, nie, nie przeszkadzasz mi! Nigdy mi nie przeszkadzasz. Możesz się rozgościć.
Po szybkim rzuceniu okiem na pokój, Ariel zdecydował się usiąść na taborecie, czyli jedynym zdatnym do siedzenia miejscem poza łóżkiem [Imię].
— Teraz z kolei to ja muszę zapytać, czy z tobą wszystko w porządku? Widzę wyraźnie, że coś cię gryzie...
Ariel westchnął ciężko, jednocześnie swym wydechem wznosząc część swojej gęstej rudej grzywki. Z ociąganiem napisał wyjaśnienie.
[Imię] z zainteresowaniem spojrzała na kartkę. Jej serce niemal się zatrzymało.
— Laura i Anastazja chcą cię ugościć u siebie? — zapytała lekko drżącym głosem. Pospiesznie odchrząknęła, na powrót się uśmiechając. — To bardzo miło z ich strony. Chcesz z nimi wrócić do królestwa?
Tym razem Ariel nie marnował miejsca na kartce, pokręcił szybko głową. [Imię] odetchnęła w duchu z ulgą.
— Nie musisz jechać, jeśli nie chcesz. Nie musisz nawet odmawiać wprost, mogę to zrobić za ciebie tak, żeby nie sprawić Laurze i Anastazji przykrości. Czy tego chcesz?
W końcu Ariel udzielił twierdzącej odpowiedzi. Tyle wystarczyło, żeby [Imię] poprawił się humor. Nawet bolesny ucisk w klatce piersiowej zniknął. Czy to oznaczało, że była samolubna?
Może trochę.
Chapter 6: Poważny strach ~ Ariel
Chapter Text
Nie jestem w stanie się przełamać. Jeszcze nie teraz.
ღ Ariel ღ
Prywatna sala treningowa [Imię] była niemal pusta, znajdował się w niej tylko stojak na miecze i dwie kukły, choć księżniczka rzadko z nich korzystała, gdyż najczęściej po prostu toczyła sparingi z sir Williamem. Żywy, mogący się obronić przeciwnik stwarzał o wiele większe wyzwanie, zwłaszcza gdy posiadał tak szeroką wiedzę i doświadczenie jak ów rycerz.
Tym razem nie było inaczej.
— Miękko na nogach, [Imię]!
W sali, księżniczka i rycerz, zapominali o swoich tytułach i pojedynkowali się jak równy z równym.
— Nie odsłaniaj się, gdy bierzesz zamach!
[Imię] słyszała te instrukcje setki, jak nie tysiące, razy. Dość często odnosiła wrażenie, że sir William je wymawiał z przyzwyczajenia albo żeby ją zdekoncentrować, kiedy zyskiwała nad nim przewagę. Ona jednak była przyzwyczajona do jego krzyków podczas walki, więc w ten sposób nie mógł zyskać nad nią przewagi. Zresztą sam wkrótce doszedł do tego wniosku i postanowił spróbować czegoś nowego.
— Słyszałem, że księżniczki zaprosiły Ariel do swojego królestwa — rzucił od niechcenia, jakby dzielił się informacją o pogodzie. Tylko przebiegły błysk w stalowych oczach zdradzał jego nieczystą intencję. — Wyjeżdżają już jutro, prawda?
— Tak — sapnęła [Imię] i odparowała cios mężczyzny. Na pierwszy rzut oka wydawała się niewzruszona, ale William znał ją doskonale i widział, że spoważniała. — Ale Ariel z nimi nie wraca.
— Och, a czemuż to? Przecież wróciłby do nas po tygodniu albo dwóch.
— Nie chciał wyjeżdżać.
— Jestem przekonany, że nie tylko on.
Ciche parsknięcie wyrwało się z ust [Imię]. Szybko się domyśliła, co sir William próbował osiągnąć, tak ją drażniąc, ale nie zamierzała dać się zdekoncentrować, a tym bardziej podpuścić. Sytuacja z Ariel i jej kuzynkami była opanowana i nie musiała się niczym martwić.
— Za dużo gadasz, Williamie — mruknęła. Wykonała serie szybkich ataków, uśmiechając się zuchwale. Skoro jej przeciwnik uznał, że prowokacją coś osiągnie, zamierzała mu pokazać, jak delikatnie go dotychczas traktowała.
Po tym, jak sir William zablokował jej ataki, nie wycofała się — wciąż napierała, słysząc, jak ostrze przecina powietrze z diabolicznym, złowrogim świstem. Cięła i wymierzała pchnięcia, a jej ruchy były zarazem oszczędne i efektywne. Sir William w ostatniej chwili wykonał gwałtowny unik przed jej szybkim ciosem, po czym odsunął się na bezpieczną odległość, ogłaszając poddanie się.
— Tak jak się obawiałem, już mnie nie potrzebujesz — oznajmił przegrany ze wzniosłością, dumą i nutką smutku.
[Imię] uśmiechnęła się skromnie.
— Wcale nie. Wciąż cię potrzebuję do sparingów.
— Ha! Chociaż tyle dobrego.
Podziękowali sobie nawzajem za pojedynek, a potem oddalili się, żeby doprowadzić siebie do ładu. Ponadto [Imię] nabrała ochoty na kąpiel. Czuła, że właśnie tego potrzebowała po tak wyczerpującym sparingu. Odpięła kilka górnych guzików swej białej koszuli, rozkoszując się zimnym powietrzem otulającym jej szyję. Głęboko oddychając, zmierzała w kierunku swojej komnaty. Przejeżdżała wzrokiem po wnętrzu korytarza, zastanawiając się, czy kiedyś dane jej będzie zobaczyć piękno w postaci innej od królewskiego zamku — dostojnego, kamiennego i surowego. Każda sala zdawałaby się pusta i zimna, gdyby nie czarujące obrazy w złoconych ramach, antyczne szkło, fantazyjne kinkiety dźwigające lampy, dywan w morskim kolorze. Przyjezdnych zawsze zachwycał ów aranżacja, zarówno wschodnie jak i zachodnie pałace cechowała architektura zupełnie odmienna. [Imię] słyszała od niejednego zagranicznego gościa o pełnych bogactwa i przepychu komnatach, licznych wieżach, lecz nie kwadratowych, a szpiczastych, i fontannach kolorów, zamiast jednego lub dwóch głównych barw. [Imię] pamiętała, jak zapytała Ariel, czy podoba mu się jego nowy dom. Odpowiedział, że tak, choć wcale nie przyglądał się pomieszczeniu; przez cały czas patrzył tylko na nią.
Gdy przechodziła obok wejścia do ogrodu, dostrzegła czyjąś sylwetkę siedzącą przy zatoce. Nie mogła dostrzec, kim dokładnie ów osoba była z uwagi na dość dużą odległość, ale jej serce wiedziało, kto się tam znajdował, przez co jej nogi mimowolnie poniosły ją w stronę cicho szumiącej wody.
Po podejściu bliżej wyraźniej już widziała sylwetkę Ariel, to jak moczył stopy w wodzie i jak smutny miał wyraz twarzy. Jej serce boleśnie się ścisnęło.
— Hej — przywitała się, ledwie wyszeptując ów słowo, jak gdyby Ariel był delikatnym motylem, którego nieostrożny ruch bądź hałas mógł spłoszyć. — Wszystko w porządku?
Ariel nie miał przy sobie kartki, więc nie mógł udzielić jej wyjaśniającej odpowiedzi. [Imię] jednak wystarczyło jedno spojrzenie w jego udręczone oczy, żeby upewnić się w swoim wcześniejszym przypuszczeniu o tym, że wcale nie było z nim dobrze.
— Tęsknisz za domem? — zapytała. Gdy usiadła obok Ariel, ich ramiona lekko się stykały.
Młodzieniec po chwili kompletnego bezruchu wreszcie pokiwał głową.
— Jeśli powiesz mi, gdzie jest twój dom, pomogę ci do niego wrócić.
Jej oferta pomocy była całkowicie szczera, niemniej czuła ogromny ból na samą myśl o tym, że mogliby się rozstać i — co bardzo prawdopodobne — więcej się nie zobaczyć. Potrafiłaby jednak zachować te uczucia dla siebie i nigdy ich nie okazać, jeśli właśnie to uszczęśliwiłoby jej przyjaciela.
Lecz ku jej zdziwieniu Ariel pokręcił głową.
— Czy...czy stało się coś, przez co nie możesz wrócić do swojego domu? — odgadła. Ariel wyglądał na jeszcze bardziej zdołowanego. — Och, tak bardzo, bardzo mi przykro.
[Imię] objęła Ariel ramieniem i delikatnie do siebie przyciągnęła, ich głowy się stykały. Księżniczka chciała powiedzieć coś jeszcze, coś, co pokrzepiłoby Ariel, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Nie znała jego bliskich, nie wiedziała, co stracił ani jak się z tym dokładnie czuł. Był taki skryty i nieśmiały, że nawet na papierze nie potrafił przekazać jej wszystkich swoich odczuć.
I wtedy [Imię] olśniło, co jeszcze mogło Ariel nieustannie dołować.
— Martwisz się, że już nigdy nie będziesz mówił?
Ariel delikatnie skinął głową. [Imię] odsunęła się, żeby wolną dłonią nakierować twarz młodzieńca ku swojej. Mimo panującego półmroku dostrzegła na jego policzkach delikatny rumieniec i iskry w oczach. Uśmiechnęła się i pogłaskała go po policzku.
— Mnie nie przeszkadza to, że nie możesz mówić za pomocą głosu. Nieważne, co inni twierdzą, wcale nie jesteś przez to mniej wartościowy. Masz piękne serce. Nadajesz zwykłym rzeczom większego sensu. Czasem zachowujesz się dziwnie, ale i w tym jest pewien urok. Jesteś wyjątkowy. Cieszę się z każdego dnia, każdej minuty, którą razem spędzamy. Cokolwiek się wydarzy, zawsze będę po twojej stronie.
Im dłużej [Imię] przemawiała, tym bardziej zmieniała się otaczająca ich atmosfera, aż stała się całkowicie lekka, swobodna i pod pewnym względem magiczna. Świat na moment przestał istnieć, byli tylko oni i kojący szum morza. Bezwiednie zaczęli pochylać się ku sobie, jednak tę wyjątkową chwilę zakłóciło szczekanie psa. [Imię] odsunęła się gwałtownie, jej serce biło szaleńczo, a policzki paliły żywym ogniem. Musiało minąć kilka sekund, zanim zdołała się otrząsnąć i z uśmiechem odwrócić do swojego ukochanego pupila, który z zatrważającą prędkością biegł ku nim. W pewnej odległości za nim szły Laura i Anastazja. Miały tak radosne i bezwstydne miny, że [Imię] od razu pojęła, że wszystko widziały.
Jeszcze nigdy w życiu [Imię] tak bardzo nie pragnęła zapaść się pod ziemię, jak w owej chwili.
Chapter 7: Świętowanie urodzin ~ Ariel
Chapter Text
Młodzieńcza wrażliwość jest czymś, czego nie spodziewała się potrzebować.
ღ Ariel ღ
Tego dnia [Imię] i Ariel wybrali się z Maksem na spacer wzdłuż plaży. Słońce świeciło jasno, zielone fale muskały piaszczysty brzeg, a potem cofały się, pozostawiając po sobie białe strumienie piany. Morska bryza dmuchała im w twarze, a jak okiem sięgnąć morze kołysało się i połyskiwało światłem.
[Imię] zazwyczaj otwarta i chętna do rozmowy, tym razem wyjątkowo milczała, rozmyślając nad decyzjami, które musiała podjąć w niedalekiej przyszłości. Gdy jednak Ariel się zatrzymał i wskazał na morze, posłusznie spojrzała w jego stronę. Zobaczyła, jak mewy radośnie ślizgały się po falach, próbując złapać jakąś smakowitą rybę. Ten widok sprawił, że zaczęła się zastanawiać nad ciężarem ograniczeń szczura lądowego.
— Jak myślisz, co kryje się za chmurami albo w morskiej toni? — odezwała się, ani na moment nie odrywając wzroku od morza. Zaraz jednak przypomniała sobie, że bez patrzenia na Ariel nie zdoła poznać jego odpowiedzi. Odwróciła się do swego towarzysza, którego jeszcze nigdy nie widziała tak zmieszanego i radosnego jednocześnie. — Sprawiasz wrażenie, jakbyś dużo o tym wiedział, ale nie był pewien, czy podzielić się ze mną tą wiedzą.
Spanikowany Ariel szybko pokręcił głową, a jego oczy wręcz krzyczały, że jego zamiary były całkowicie inne.
— Czy mam więc rozumieć, że jak wrócimy do zamku, to wszystko mi wytłumaczysz? — zapytała.
Mimo że Ariel często ją rozbawiał i podnosił na duchu, nie potrafiła przestać się dziwić temu, że czynił to często zupełnie nieświadomie i to nawet nic nie mówiąc. Poniekąd przypominał jej tym młodszego brata, którego od zawsze pragnęła mieć, lecz jak sobie szybko uświadomiła, nie do końca darzyła go tak niewinnymi uczuciami, jakimi on z pewnością darzył ją.
Jednak myśli [Imię] na ten temat odpłynęły w momencie, gdy przemoknięty Maks zaczął tarzać się w piasku. A była pewna, że zdoła go przypilnować!
— Maks! Do mnie! — zawołała, złorzecząc w duchu na swoją lekkomyślność. — Coś ty najlepszego narobił?
[Imię] przykucnęła przy swoim ogromnym pupilu, którego grube futro było splątane i brudne od piasku. Nie miała za wesołej miny, gdy oceniała poczynione przez niego szkody, lecz nie gniewała się zbyt długo; jego czarne oczka i wywalony jęzor za bardzo ją rozczulały.
— Masz szczęście, że tak mocno cię kocham i że będę cię usprawiedliwiać przed służbą najlepiej, jak potrafię.
Maks zaszczekał radośnie, a jego merdający ogon wyrzucał w powietrze drobinki piasku. [Imię] i Ariel zaśmiali się na ten widok i w zdecydowanie swobodniejszej atmosferze wrócili do zamku. Gdyby nie czekające na księżniczkę obowiązki, sama zajęłaby się doprowadzeniem Maksa do porządku, ale musząc spotkać się z ojcem, nie ośmieliła się zbyt długo zwlekać.
Pospiesznie się przebrała z pomocą służących, zakładając po raz pierwszy od dłuższego czasu suknie i biżuterie. Nie była to jej wola, po prostu nie chciała sprawiać kłopotów ani przynieść ojcu wstydu, zwłaszcza jeśli planował ją komuś ów dnia przedstawić. Jej włosy spływały falowanymi czarnymi kaskadami na plecy i ramiona, co ciężej znosiła, niż noszenie gorsetu; musiała się nieustannie pilnować, żeby nie zebrać ich w jedno miejsce i nie związać.
Gdy wreszcie była gotowa, sir William odprowadził ją przed odpowiednią salę. Obecność osobistego rycerza już sama w sobie wzbudziła jej podejrzenia, ale kiedy oznajmił, że zaczeka na nią poza komnatą, wiedziała, że szykowało się coś złego.
Weszła do królewskiej sali o wysokim sklepieniu i ze staroświeckim kandelabrem w akompaniamencie echa swoich kroków. Wtem niemal się zatrzymała. Gdy zobaczyła Lorda Aleksandra w towarzystwie swojego ojca, pożałowała, że nie spróbowała wymigać się od ów spotkania chorobą. W mig przypomniała sobie, jak wiele problemów ostatnimi czasy przysporzył jej Lord Aleksander. Najpierw obrzucił ją brakiem odpowiedzialności i zdrowego rozsądku po tym, jak prawie umarła podczas sztormu, a później gorliwie oponował przed przyjęciem Ariel jako gościa i [Imię] była pewna, że wciąż próbował nagabywać króla do pozbycia się młodzieńca z zamku, gdy tylko nie znajdowała się w pobliżu.
— Moja droga [Imię], wreszcie jesteś! — Oblicze króla Henryka rozjaśniło się po zobaczeniu córki. [Imię] jednak nie potrafiła odwzajemnić jego radości, i z posępną miną podeszła bliżej.
— Witaj, ojcze, Lordzie Aleksandrze... — zrobiła wymowną pauzę, jak gdyby chciała coś jeszcze dodać. Milczała jednak, patrząc na mężczyznę z wrogością.
Był wiekiem zbliżony do sir Williama, lecz w niczym nie przypominał sylwetki wysokiego, potężnego rycerza o srogiej twarzy i błyszczących oczach, w których czaiła się ironia. Jej strażnik cechował się dumną postawą, swobodnymi i wyważonymi ruchami, podczas gdy Lord Aleksander stale się garbił i zdawał się chodzić wiecznie ospały, co sygnalizowało wszystkim jego problemy z bezsennością.
Lord Aleksander wyraźnie miał jej wiele do powiedzenia i tylko obecność króla powstrzymywała go przed wyrażeniem swojego niezadowolenia w formie słów.
— Cieszę się, że już jesteś przygotowana na wieczór — oznajmił król Henryk. Pytające spojrzenie [Imię] uświadomiło mu, że zapomniał jej o czymś powiedzieć. — Postanowiliśmy wyprawić ci jeszcze raz urodziny, tutaj w zamku. Doszliśmy do wniosku, że minęło wystarczająco dużo czasu od tamtej tragedii i że możemy wyprawić ci bal, na jaki zasługujesz.
— To... — [Imię] była tak oburzona, że ledwie mogła mówić — ...to fatalny pomysł. Nie zgadzam się brać w tym udziału.
— Za późno, księżniczko. Goście już zostali zaproszeni i szczytem pogardy byłoby ich wystawić. — Lord Aleksander spojrzał na [Imię] chłodno.
Ilekroć księżniczka słyszała jego surowy głos, czuła gniew i irytację.
— To nie ja ich zaprosiłam, więc nie jestem im nic winna.
— Moja droga — król położył jej swoją ciężką dłoń na ramieniu — Lord Aleksander osobiście pomógł nam wszystko przygotować. A sam pomysł należy do twojej matki. Serce jej pęknie, jeśli nie weźmiesz udziału w balu.
— Czy mama czuje się na tyle dobrze, żeby uczestniczyć w balu?
— Oczywiście, że nie. Przecież wiesz, jaka jest osłabiona.
— Więc się o niczym nie dowie, jeśli nikt jej nie powie prawdy.
Oblicze króla nagle spoważniało.
— Chcesz okłamywać własną matkę?
— Nie okłamywać, tylko chronić przed niepotrzebnym stresem — odrzekła [Imię] z pewnością siebie, której w rzeczywistości wcale nie czuła. Wiedziała, że była na przegranej pozycji i że żaden argument nie mógłby jej ocalić.
— To tylko bal, księżniczko. Kiedy zasiądziesz na tronie, będziesz nagminnie w nich uczestniczyła — wtrącił Lord Aleksander.
[Imię] nawet nie uraczyła go spojrzeniem, kiedy odparła:
— Czy Ariel również został zaproszony?
— Nie dostał pisemnego zaproszenia, ale to przecież oczywiste, że może wziąć udział w balu. — Król uśmiechnął się czule. Mimo niepochlebnych słów niektórych szlachciców, nie miał nic przeciwko niememu młodzieńcowi. Uszczęśliwiał jego córkę i przy tym nikomu nie szkodził, a to mu w zupełności wystarczało.
— W takim razie przyjdziemy razem. — Po raz pierwszy od wejścia do sali [Imię] wyglądała na zadowoloną. Dygnęła przed królem, zanim odeszła uprzedzić o wszystkim Ariel, w duchu wytykając Lordowi Aleksandrowi język.
~*~
[Imię] nie potrafiła skupić się na zabawie, co poniektórzy goście delikatnie jej wytykali. Zbywała te uwagi z mniejszym bądź większym uśmiechem, nie mając tak naprawdę ochoty ani humoru, żeby ich zabawiać. Gdyby ktoś nie ocalił jej życia, zamiast powtórnych urodzin, zostałaby zorganizowana żałobna uroczystość, czym jako jedyna zdawała się przejmować. Tęsknie spoglądała w stronę okna, skąd rozpościerał się widok na królewski ogród i małą zatoczkę, którą rozświetlało blade światło gwiazd i księżyca. Ileżby dała za chwilę odosobnienia!
Miała dość młodzieńców, których podsyłał Lord Aleksander. Byli przystojni, z dobrych rodzin i elokwentni, ale poruszane przez nich tematy ani trochę ją nie interesowały. Próbowała parę razy nakierować rozmowy na ciekawsze zagadnienia, zapytała o ulubione formy podróży, o cele, marzenia, jakie starali się zrealizować, lecz otrzymywała tylko wymijające bądź mało satysfakcjonujące odpowiedzi, jak gdyby pytała o jakieś dziwne rzeczy.
Nic w sali balowej nie sprawiało jej radości; ani białe kwiaty w kolorze morskiej piany, ani obficie zapełnione stoły jej ulubionymi potrawami, ani słodkie muśnięcia harfy. Gdy jeden ze służących zaproponował jej kielich wina, pokręciła tylko głową. Starała się zbyt często nie patrzeć w stronę Ariel, którego szlachcianki sobie szczególnie upodobały. Brak głosu wcale nie był dla nich wadą. Mogły mówić zawzięcie o wszystkim bez obawy, że młodzieniec zmieni temat albo im przerwie.
— Wasza Wysokość, wyglądasz dzisiaj wyjątkowo przepięknie. — Podszedł do niej młody szlachcic o bujnych włosach w kolorze lnu i na przywitanie ucałował grzbiet jej dłoni.
[Imię] poruszała się i odpowiadała bez większego zastanowienia. Jej niewidzące oczy sugerowały, że myślami była gdzieś daleko.
— Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zatańczysz ze mną, Wasza Wysokość?
Księżniczka wreszcie skupiła się całkowicie na stojącym przed nią szlachcicu. Czy się jej przedstawił? Możliwe, choć tego nie pamiętała. Nie miała też ochoty z nim tańczyć. Z jednej strony wiedziała, że powinna się zgodzić, że powinna na poważnie zacząć zastanawiać się nad wyborem narzeczonego. Z drugiej — czuła się strasznie przytłoczona tym wszystkim. Nie chciała wyjść za mąż ze względów politycznych, nie, kiedy nie kochała tej drugiej osoby. W przeszłości była pogodzona i przygotowana na taką sytuację. Czemu to się zmieniło?
— Proszę mi wybaczyć, źle się czuję, więc wrócę do siebie. Proszę jednak się tym nie przejmować i dobrze się bawić. — [Imię] dygnęła, po czym ruszyła w stronę wyjścia z sali balowej.
Patrzyła przed siebie, ignorując ból w klatce piersiowej. Poprosiła tylko jednego ze służących, żeby poinformował jej ojca o tym, że wychodzi z przyjęcia wcześniej przez złe samopoczucie, a następnie opuściła salę pełną bawiących się radośnie ludzi, z udręką i smutkiem.
Chapter 8: Deklaracja uczuć ~ Ariel
Chapter Text
Jedynie czyste serce może śpiewać.
ღ Ariel ღ
[Imię] powoli zaczęła się wybudzać. Przez grube zasłony i kotary przy łóżku nie docierało do komnaty światło słońca, za to doskonale było słychać szum fal uderzających o brzeg. Ten kojący dźwięk nie ułatwiał księżniczce opuszczenia krainy snów, jednak coraz większa świadomość tego, co dokoła się działo, wreszcie sprawiła, że otworzyła oczy.
Gdy tylko się poruszyła, leżący na podłodze Maks natychmiast się zerwał i wskoczył do jej łóżka, szczekaniem i lizaniem po rękach zachęcając ją do wstania. [Imię] obdarzyła pupila równie sporą dawką czułości, przez moment nie widząc świata poza swoim czworonożnym przyjacielem. Od sześciu lat był nieprzerwanie przy niej, wnosząc radość do jej życia. Kiedy czuła się samotna, smutna albo zła, zawsze mogła liczyć na jego obecność i nieograniczoną miłość.
Tym razem nie było inaczej.
— Jak dobrze, że mam ciebie — mruknęła. Maks szturchnął jej dłoń, dając znać, żeby nie przestawała go głaskać. [Imię] spełniła tę prośbę z uśmiechem, a lód w jej duszy zaczął powoli topnieć.
Niedługo później po komnacie rozległ się dźwięk pukania. Zawstydzona leżeniem jeszcze w łóżku księżniczka zawołała:
— Kto tam?
— Służąca, Wasza Wysokość. Przynoszę śniadanie.
— Wejdź.
Młoda dziewczyna o okrągłej piegowatej twarzy i kasztanowych włosach związanych w warkocz — ostrożnie niosąc srebrną tacę — wkroczyła do komnaty, starając się zbyt ostentacyjnie po niej nie rozglądać.
— Gdzie położyć tacę? — zapytała.
— Wezmę ją. — [Imię] dała Maksowi znać ręką, żeby z niej zszedł, po czym, wolna od ciężaru swojego pupila, usiadła i przyjęła tacę ze śniadaniem. — Dziękuję, możesz odejść.
— Czy mam później przyjść po naczynia?
— Nie, poradzę sobie.
Służąca otworzyła usta, żeby o coś jeszcze zapytać, lecz [Imię] posłała jej jednoznaczne, srogie spojrzenie, które uciszyło młodą dziewczynę i parę sekund później księżniczka znowu była w komnacie tylko z Maksem. Zapach ziołowej herbaty i ciepłego mleka przyjemnie pieściły jej nozdrza, podobnie jak aromat unoszący się z talerza pełnego zupy warzywnej.
Najwidoczniej wszyscy już wiedzą, że źle się wczoraj poczułam, przemknęło [Imię] przez myśl. Zachowanie służącej tylko to potwierdzało i niewykluczone, że chciała ją zapytać, czy potrzebuje wizyty lekarza. [Imię] mogłaby udawać chorą i w ten sposób opóźnić sprawy związane ze znalezieniem partnera, czułaby się jednak źle, kłamiąc. Poza tym podejrzewała, że ojciec wszystkiego się już domyślił i dlatego nie posłał za nią nikogo, kiedy wyszła wczorajszego wieczora wcześniej. Gdyby nie potrafił czytać z ludzi jak z książek, nie byłby tak wspaniałym i szanowanym królem, a w zamku roiłoby się od ludzi gorszych niż Lord Aleksander, który mimo wszystko lojalność stawiał na pierwszym miejscu.
[Imię] małymi łykami piła ciepłą herbatę, głaszcząc wolną ręką Maksa po głowie. Potem ze smakiem zjadła zupę, czując się zdeczka lepiej po napełnieniu żołądka. Chwilę odczekała, zanim wypiła mleko, które w międzyczasie zdążyło ostygnąć. Kiedy opróżniła wszystkie naczynia, zaczęła doprowadzać się do ładu. Przemyła twarz w nieruszonej wczorajszego wieczoru misce z wodą, wzdrygając się od nagłego chłodu. Kilka zimnych kropelek spłynęło po jej szyi, aż do dekoltu, zanim zdążyła je zetrzeć ręcznikiem. Włosy związała, a piżamę zamieniła na bufiastą białą koszulę i spodnie z luźnego, choć dobrze wykonanego materiału, który po zmoczeniu nie stawał się jakoś szczególnie ciężki. Ruchy [Imię] były sprawne i szybkie, toteż z pustymi naczyniami ruszyła w stronę drzwi, mimo że najdłuższa wskazówka zegara zdołała zrobić zaledwie trzy pełne kółka od momentu, kiedy skończyła jeść śniadanie.
Po wyjściu na korytarz niemal od razu natknęła się na Ariel. Był jej widokiem nie mniej zaskoczony niż ona, co zdradzały jego szeroko rozwarte oczy. Zaraz jednak szok zastąpiła radość, czego [Imię] nie potrafiła do końca odwzajemnić; uśmiechnęła się tylko lekko w odpowiedzi i poszła dalej.
Jakże wielce się zdziwiła, kiedy Ariel złapał ją za ramię.
— Coś się stało? — Z gracją i refleksem kota odwróciła się, a żadne z niesionych przez nią na tacce naczyń nie wydało choćby najmniejszego brzdęknięcia.
Jeszcze przed momentem wesoła oblicze Ariel stało się zatroskane. Widok tak szczerze przejętych i zmartwionych oczu poruszył [Imię] do żywego. Zaraz jednak uderzyło w nią straszliwe poczucie winy, gdy przeczytała z podsuniętej kartki, że Ariel usłyszał o jej złym stanie zdrowia i chciał jak najszybciej to sprawdzić, ale zabroniono mu tego.
— Jak długo kręcisz się w pobliżu mojej komnaty? — Na to pytanie nie otrzymała konkretnej odpowiedzi, jako że wzruszenie ramion można było różnie odczytywać. — Przepraszam, że przysporzyłam ci zmartwień. Nic mi nie dolega. Po prostu... przyjęcia to nie moja bajka. Nie czuję się na nich najlepiej, dlatego wczoraj wcześniej wyszłam. To wszystko.
Czy to nie kłamstwo? Wiedziała przecież, że chodziło o coś więcej. Nawet jeśli nie chciała rozmawiać na temat politycznego małżeństwa, a już zwłaszcza z Ariel, to powinna mu o tym powiedzieć, zanim będzie za późno. Tak postąpiłaby dobra osoba — jednak [Imię], po raz pierwszy w życiu, nie potrafiła postąpić jak takowa.
— Jeśli nie masz nic w planach, możesz potowarzyszyć mi w drodze do kuchni. Och, i nie myśl, że zapomniałam o opowieściach, którymi miałeś mnie uraczyć!
[Imię] trajkotała beztrosko i to z taką naturalnością, że nikt nie pomyślałby o drugim dnie jej zachowania, choć w rzeczywistości była to tylko obłuda, mająca zagłuszyć głos sumienia.
Wszystko wydawało się w porządku, ale [Imię] nie mogła za długo udawać. Zwłaszcza po rozmowie z ojcem, który delikatnie skrytykował jej zachowanie na balu i zapewnił, że dopóki okoliczności ich nie zmuszą, nigdy nie poprosić jej o wyjście za mąż ze względów politycznych. Jednak to oświadczenie nie uspokoiło w pełni księżniczki. Wciąż czuła się niespokojnie, jakby przytłoczona przez niewidzialny ciężar ciągnący ją bez ustanku na dno.
Gdy wyjrzała przez okno swojego gabinetu na spokojne morze, uświadomiła sobie, że chciałaby ponownie znaleźć się na statku, poczuć zapach bryzy, przyjemne kołysanie pokładem czy też zobaczyć delfiny sunące po falach i wesoło do siebie popiskujące. Stworzyć w ten sposób nowe wspomnienie, które wymazałoby to wcześniejsze z koszmarnej nocy. Ale król nigdy by jej na to nie pozwolił, a — jak na ironię — samodzielne decyzje mogłaby podjąć jedynie po ślubie, przechodząc spod opieki ojca na męża.
A kiedy pomyślała o mężu, przed oczami przemknęła jej pewna niezwykle urokliwa i niewinna twarz. Szybko poklepała dłońmi rozpalone policzki i wróciła przed biurko, żeby na powrót zająć się pracą. Chciała w pożyteczny sposób spożytkować wolny czas, lecz ciągle gdzieś uciekała myślami i w przeciągu ostatniej godziny nie poczyniła żadnych postępów. Westchnęła ciężko, odchyliła głowę do tyłu i zamknęła oczy, zastanawiając się, w jaki sposób odzyskać spokój ducha. Czekanie na rozwiązanie było męczarnią, dlatego z ulgą przyjęła gościa, który chwilę później zapukał do jej drzwi.
— Ariel! — Od razu się wyprostowała, czując, jak gdyby razem z młodzieńcem do komnaty przedostała się morska bryza. Widzieli się raptem parę godzin temu, a już zdążyła się za nim stęsknić. — Wszystko w porządku?
Ariel pokiwał głową i podszedł bliżej, pokazując jedną ze stron notesu: Przeszkodziłem ci w pracy?
— Nie, bez obaw. Wcale nie pracowałam — odparła [Imię] szczerze. — Chciałbyś kontynuować naszą rozmowę o morzu?
Twarz Ariel rozpromienił szeroki uśmiech. W obliczu takiego entuzjazmu [Imię] nie mogła pozostać przygnębiona, zaproponowała więc, żeby udali się na plażę, co także zostało pozytywnie przyjęte.
Minęła dłuższa chwila, nim opuścili mury zamku. Jedyną osobą, której [Imię] powiedziała o ich wyjściu, był sir William. Księżniczka jednak szybko zapomniała o zamku i związanych z nim troskach; rozkoszowała się pięknym odcieniem żółtego, który padał na okolice przez prześwitujące między chmurami słońce. Było jednocześnie jasne i blade, lecz nie raziło w oczy. W obliczu takiego światła morze zdawało się jeszcze bardziej czarujące i czyste.
— Mamy szczęście, że wiatr jest słaby. Nie będziesz mieć problemu, żeby pisać w notatniku — rzuciła [Imię] z pewną nutką melancholii w głosie.
Ariel złapał ją za rękę, a następnie od razu puścił, gdy ze skutkiem przyciągnął jej uwagę. Wpatrywał się w nią pięknymi błękitnymi oczami, które lśniły jak klejnoty w nieskazitelnej twarzy. Było w nich coś magicznego, coś, co sprawiało, że [Imię] zaczynała tęsknić za czymś nieznanym.
Zanim zdążyła zadać pytanie, Ariel pokazał ilość zapisanych stron, jakby chcąc ukazać, że wszystko, co chciał jej powiedzieć, już jakiś czas temu spisał na kartkach swojego notesu. Jego zdeterminowana, a zarazem zdesperowana mina zmartwiła ją i dlatego z niepokojem wzięła brulion w swoje ręce. Głęboko spojrzała Ariel w oczy, czując, że za moment całkowicie zmieni sposób patrzenia na niego. Mimo to uśmiechnęła się promiennie, jak gdyby dając mu znać, że nie ma powodu do zmartwień i że zareaguje dobrze niezależnie od tego, co przeczyta.
Jednak nic nie mogło przygotować jej na tak szokujące wyznania.
Okazało się, że Ariel był trytonem. Co więcej, jednym z siedmiu, którzy określani byli w podwodnym świecie jako książęta. W dniu swoich szesnastych urodzin mógł wreszcie wypłynąć na powierzchnię i zobaczyć, jak wyglądało niebo, słońce oraz ptaki. Nie wiedział, czy tego dnia natknie się na ludzi, choć miał na to ogromną nadzieję. Wkrótce dostrzegł przepływający po morzu statek i postanowił za nim podążać, co jakiś czas wspinając się i zerkając na bawiących się na pokładzie marynarzy. Niedługo przed nimi dostrzegł zbliżający się sztorm, nie mógł jednak nic zrobić, żeby ostrzec ich przed zbliżającym się niechybnie niebezpieczeństwem. Chciałby uratować wszystkich, ale sił by mu nie starczyło, dlatego to ją spróbował ocalić. Zauroczony jej pięknem i silnym pragnieniem posiadania nieśmiertelnej duszy, poprosił morskiego czarnoksiężnika o nogi. [Imię] domyśliła się ceny za tę usługę jeszcze zanim doczytała resztę notatek.
Okropna transakcja okazała się bardziej straszna, niż [Imię] kiedykolwiek ośmieliłaby się podejrzewać. Czas Ariel w świecie ludzi miał wkrótce dobiec końca, jako że morskie istoty nie mogła zbyt długo żyć na lądzie. To, co wywodziło się z morza, musiało — prędzej czy później — do niego wrócić, lecz niekoniecznie w tej samej postaci, w jakiej go opuszczało.
Wszystko, o czym [Imię] przeczytała, wydawało się zbyt nieprawdopodobne, żeby mogła w to uwierzyć. A jednak wierzyła. Z zaskakującą jasnością przypomniała sobie o wieczorze, kiedy prawie umarła, o bezsilności, osłabieniu i płucach desperacko pragnących odrobiny powietrza, tak jak o pierwszym świadomym spotkaniu z Ariel, gdy czuła, że był kimś wyjątkowym.
Gdy zerknęła na Ariel znad notesu, zobaczyła w jego oczach lęk. Pewnie nie zdradziłby jej żadnej z tych rzeczy, jeśli nie miałby do dyspozycji kartek i pióra, choć i taka forma wyznania wiele go kosztowała, o czym świadczyły lekko nierówne litery, które zostały nakreślone przez niepewną dłoń. Czy to nie oznaczało, że mogłaby go stracić z dnia na dzień?
Upuściła brulion i objęła Ariel, czym kompletnie go zaskoczyła. Sama myśl, że zniknąłby tak tajemniczo jak się pojawił, ścisnęła boleśnie jej serce, które coraz rozpaczliwiej łomotało.
— Czy chcesz wrócić do morza?
Nieważne, jak bardzo pragnęła, żeby z nią był; jeśli powrót do rodziny uczyniłby go szczęśliwym, pogodziłaby się z jego odejściem. Ariel jednak pokręcił nieznacznie głową, delikatnie odwzajemniając jej uścisk. To ją złamało.
Kochała go. Od początku był wobec niej przyjazny. Pokrzepiał ją i towarzyszył niemal na każdym kroku, co dawało jej siłę i chęci do pragnienia od życia czegoś więcej, niż wypełniania królewskich obowiązków. Pragnęła kogoś pokochać i to z wzajemnością. Doznać miłości, przez którą poczułaby się wolna i spełniona. Nie chciała niczego przed nim ukrywać, a już szczególnie nie teraz, kiedy zdradził jej swój największy sekret.
— Czy jest coś, co mogę zrobić, żeby ci pomóc? — wyszeptała.
Ariel nie mógł jej odpowiedzieć, mimo to jego oczy również zdawały się ją o coś pytać: Czy mnie kochasz?
[Imię] pogładziła jego piękne karmazynowe włosy, ucałowała białe czoło i uśmiechnęła się tak dobrotliwie, jakby chciała mu podarować wszystko, począwszy od dóbr materialny, a kończąc na swoim sercu i duszy.
Wtedy wydarzyła się rzecz nadzwyczajna. Najpierw pojawiło się światło tak złociste jak najczystsze złoto, a potem [Imię] usłyszała głos tak wdzięczny, kojący i słodki, jak nadziemska muzyka.
— Kocham cię, [Imię]. Kocham cię nad wszystko na świecie.
Chapter 9: Reakcja bliskich ~ Ariel
Chapter Text
Miłość to piękne uczucie, które można mnożyć i dzielić bez żadnych zasad ani ograniczeń.
ღ Ariel ღ
[Imię] czuła pewien strach związany z ogłoszeniem jej relacji z Ariel. Nie chodziło o wstyd, nawet przez chwilę nie pomyślała o tym, że ktoś mógłby z niej zaszydzić z powodu miłości do istoty pochodzącej z głębin. Po prostu bała się zainteresowania, jakie to na nich ściągnie. Przyciąganie uwagi z powodu królewskiego pochodzenia dało się łatwo zbagatelizować czy też obrócić w żart, zmieniając temat na coś bardziej interesującego. Jednak z uczuciami sprawa przedstawiała się inaczej. Tam, gdzie pojawiały się silne emocje, tam ludzie lgnęli z różnych pobudek. Naprowadzenie dyskusji na inne rejony już nie było takie proste.
Księżniczkę martwiła również reakcja rodziców, a konkretniej matki. Król Henryk, znany ze swej mądrości i opanowania, był nie lada zdziwiony, gdy dowiedział się, że Ariel mógł mówić. [Imię] razem z ukochanym stawiła się przed ojcem i najlepiej jak potrafiła, opowiedziała o tym, co sama wiedziała i zdołała zrozumieć; resztę dopowiadał Ariel, a ci, co znajdowali się wtedy w sali królewskiej, słuchali wypowiadanych przez niego słów z rozkoszą, ledwie rozumiejąc ich sens. Jego głos przyciągał i oczarowywał, i gdyby tylko znajdował się w wodzie, ludzie z pewnością podążyliby za nim. Ten fakt bardzo niepokoił [Imię], która bała się, że ojciec każe mu wrócić tam, skąd przybył.
Ostatecznie żadne słowa, które mogłyby zwiastować niedalekie wygnanie, nie padły, ale to tylko na chwilę uspokoiło [Imię], bowiem wiedziała, że jeśli matka zdecyduje inaczej, to ojciec — w trosce o zdrowie i samopoczucie swojej królowej — podąży wedle jej woli.
— Może będzie lepiej, jeśli sama do niej pójdę? — zastanawiała się na głos, chodząc niespokojnie po swojej komnacie.
Widząc zmartwienie [Imię], które w przeciągu ostatnich dni nieustannie się nasilało, Arielowi w końcu również zaczęło udzielać się jej samopoczucie. Wcześniej próbował nie tracić optymizmu i pogody ducha; jego miłość była odwzajemniona i to mu w pełni wystarczało. Ale co jeśli inni spróbują ich rozdzielić? Co prawda dzięki szczerości uczuć [Imię] zdołał odzyskać głos, lecz jeżeli wkrótce jej nie poślubi, urok sprawi, że zamieni się w pianę morską. Nie mógł w nieskończoność przebywać w świecie ludzi. Nie bez części człowieczej duszy, a tę mógł otrzymać tylko od samego człowieka, przysięgającego stać się z nim jednością. Cały czas rozważał, czy nie powiedzieć [Imię] o tym, bał się jednak, że tylko dołożyłby jej zmartwień.
— Nie, to nie zadziała. Poprosi, żeby ktoś po ciebie poszedł. — [Imię] zatrzymała się na środku pokoju i umieściła wzrok w jakimś niewidzialnym punkcie na ścianie.
— Może będę jak najmniej się odzywał? — zasugerował Ariel.
— Nie, to tylko wzbudzi jej podejrzenia...
— Jest więc coś, co możemy zrobić?
[Imię] spojrzała na Ariel. Nadal nie mogła przestać się dziwić, jak szybko przyzwyczaiła się do słyszenia jego głosu. Przecież tygodniami komunikowała się z nim tylko za pomocą kartki i gestów, czego nikt by się nie domyślił, gdyby ich teraz zobaczył. Jednak najbardziej intrygujący był fakt, że zdawała się odporna na przyciąganie, któremu ulegali pozostali. Niemniej uśmiech pojawiał się na jej twarzy, ilekroć słyszała, jak swobodnie mówił, po cichu pragnąc, aby nie przestawał.
Z każdym dniem zakochiwała się w Ariel coraz bardziej, a wraz z wrastała obawa [Imię], że pewnego razu go straci.
— Przepraszam, że o to pytam, ale muszę się upewnić — [Imię] stanęła przed Ariel i, po chwili wahania, złapała go za rękę — czy jesteś pewien, że chcesz...
— Jestem — przerwał jej, obdarzając przy tym zdeterminowanym spojrzeniem.
Ariel widział, że [Imię] jeszcze w pełni nie rozumiała swoich uczuć. Nikogo wcześniej nie kochała w taki sposób jak jego, on także nie pokochał nikogo przed nią, ale decyzję o pozostaniu z nią na zawsze podjął już u morskiego czarnoksiężnika, więc miał więcej czasu, żeby wszystko przemyśleć. Nie spodziewał się jednak, że sprawy w świecie ludzi będą aż tak skomplikowane.
Przez większość czasu był odbiorcą. Wszystko, co miał w świecie ludzi, otrzymał od [Imię] bezpośrednio bądź pośrednio. Wiedział, że sprawiało jej to przyjemność — dawanie i wywoływanie radości powodowało niesamowitą satysfakcję — ale też musiał w jakiś sposób się odpłacić. Żył przecież, żeby ją kochać. Pragnął również wyznać jej, co tak naprawdę uważał, nawet jeśli oznaczało to przełamanie się i wyjście ze strefy komfortu.
— Tak naprawdę wcale nie chodzi o twoją mamę, prawda?
[Imię] wzdrygnęła się.
— Co masz na myśli?
— To zależy od ciebie, [Imię]. Ja już oddałem ci swoje serce. Jeśli boisz się mnie i mojego głosu, albo jeśli boisz się o bezpieczeństwo swych bliskich, powiedz tylko słowo, a wrócę do morza.
Serce [Imię] niemal stanęło. Mocniej ścisnęła trzymaną dłoń, biorąc głęboki oddech, zupełnie jak wtedy, kiedy wypadając ze statku, mknęła w kierunku wody.
— Chyba zaszło między nami nieporozumienie — zaczęła, kreśląc na skórze Ariel kółka. Szybko zauważyła, że na nich oboje działało to uspokajająco. — Ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, żeby się z tobą rozstać. Gdyby zaszła taka konieczność, odeszłabym stąd razem z tobą. To czymś innym się martwiłam. Tym, że... któregoś dnia pożałowałbyś pozostania ze mną tutaj, na lądzie.
Z punktu widzenia Ariel było to tak niedorzeczne przypuszczenie, że gdyby nie szok, roześmiałby się. Zamiast tego na moment zamknął oczy i zetknął ich czoła.
— Od zawsze marzyłem o tym, żeby się tutaj znaleźć. Poznać ludzi i świat, w którym istnieją pory roku, cykl dnia i nocy, poczuć smak wiatru i słońca. W morzu żyją drogie mi osoby, ale oni nigdy nie rozumieli moich marzeń związanych z twoim światem. Teraz... kiedy wreszcie tu jestem i to jeszcze z tobą... Nie ma mowy, żebym kiedykolwiek pożałował swojej decyzji. Tęsknię za matką i braćmi, ale wiem, że u nich wszystko dobrze. — Ariel cicho zachichotał. — Co kilka nocy wymykałem się nad zatokę. Nie mogłem z nimi rozmawiać. Oni też nie mogli się odezwać, żeby nikogo nie ściągnąć do morza, ale mimo to doskonale się rozumieliśmy. Nie musisz się martwić ani o nich, ani o mnie.
[Imię], szczęśliwa jak nigdy wcześniej, złożyła lekki pocałunek na jego ustach, uśmiechając się w taki sposób, jakby nie mogła odczuwać większej radości. Myśl o spotkaniu z matką przestała jej ciążyć.
~ ♥ ~
Gabriela zawsze miała problemy ze zdrowiem, jednak dopiero z czasem dało się to dostrzec. W dzieciństwie prawie w ogóle nie zdarzały jej się żadne nieprzyjemności, lecz już jako młoda panna zaczęła zdradzać pierwsze oznaki choroby. Z tego powodu część szlachciców odradzała, w tamtym czasie księciu, Henrykowi ślubu z nią, szczególnie że było duże ryzyko, iż Gabriela nie zdoła wydać na świat żadnego potomstwa. Jednak oczekiwania społeczeństwa nie zdołały wpłynąć na ich miłość i ostatecznie para nie tylko przysięgła sobie wierność, ale również doczekali się córki.
To wydarzenie zmieniło wszystko.
Nie tylko para młoda była szczęśliwa z nowego członka rodziny, ale również wszyscy w królestwie podzielali ich radość, choć ta — niestety — nie trwała zbyt długo. Poród sprawił, że królowa jeszcze bardziej popadła na zdrowiu i wkrótce nie mogła opuszczać swojej komnaty na więcej niż parę godzin, gdyż po zmęczeniu traciła przytomność bądź kaszlała krwią. [Imię] jedynie raz zdołała zobaczyć matkę w złym stanie, gdyż ta bardzo uważała, żeby nikt nie widział jej chwil słabości, mimo to ów obraz utrwalił się w pamięci — wówczas małoletniej [Imię] — na stałe.
Nim [Imię] stała się panną, stan Gabrieli tak się pogorszył, że kobieta praktycznie przestała opuszczać swoją komnatę. Gdy czuła się lepiej, przyjmowała gości, jednak zawsze byli to mieszkańcy zamku, nigdy ktoś z zewnątrz.
Ariel miał być pierwszą taką osobą.
Choć [Imię] zdołała się uspokoić i weszła do komnaty matki z lekkim uśmiechem, tak Ariel nagle przeszedł strach. Pragnął jak najlepiej wypaść, więc szybko zaczął żałować, że lepiej do ów spotkania się nie przygotował. Gdyby tylko wiedział, że jego myśli szybko zostaną przez Gabriele dostrzeżone i że spowodują u niej gromki śmiech.
— Tyle się o tobie nasłuchałam, mój drogi. Szkoda tylko, że nie od mojej córki. — Kobieta spojrzała wymownie na [Imię], której policzki delikatnie się zaróżowiły. — Nie obrażę się jednak, jeśli usłyszę o wszystkim jeszcze raz.
Na twarzy Ariel pojawił się nieśmiały uśmiech. Gabriela nie tylko wyglądem przypominała [Imię], zdawała się być tak samo ciepłą i dobrą osobą, co bardzo go uspokoiło. Niemniej wdzięk i dostojność kobiety sprawiała, że nie mógł w pełni opuścić gardy. W końcu nie bez powodu wszyscy stawiali jej zdanie na pierwszym miejscu.
Dla [Imię] rozmowa z matką była szczególnie ważna. Czuła, że jeśli nie potępi ona jej czynów, że jeśli nie nazwie jej samolubną za pragnienie zatrzymania Ariel na lądzie, będzie mogła w pełni zaakceptować swoje uczucia.
Gabriela, na szczęście, nie trzymała ich długo w niepewności.
Chapter 10: Przygotowania ślubne ~ Ariel
Chapter Text
Głos serca to najpiękniejszy głos.
ღ Ariel ღ
Królestwo z pewnością miało niepowtarzalny urok, którego nadawały mu nietuzinkowe krajobrazy; z jednej strony było widać góry, z drugiej — morze. Jednak to ulokowanie zamku najbardziej oczarowywało i dziwiło wszelkich gości zza granicy, gdyż mało który władca decydował się na siedzibę znajdującą się tak blisko wody. Co roztropniejsi próbowali przekonać króla Henryka do wybudowania nowej fortecy, w korzystniejszym i bezpieczniejszym miejscu, lecz nigdy nie udało im się osiągnąć swojego celu. Dla króla Henryka istniał ważny powód, przez który jego poprzednicy mieszkali w takim, a nie innym regionie.
Jaki to był powód? Tego nikomu nie zdradził. A przynajmniej do pewnego czasu.
[Imię] wcześniej była przekonana, że wyprawią z Ariel ślub na statku, gdy jego usłyszała od ojca, że jeden z jej przodków również zakochał się kiedyś w istocie z głębin i żeby móc się ze swoją wybranką często widywać, wybudował zamek blisko morza i ofiarował jej wszystko, czego tylko pragnęła, począwszy od najróżniejszych historii o ludziach, a te zdawały się ją mocno interesować, kończąc na rzeczach, które w wodzie mogły przetrwać od kilku do kilkunastu lat. Od tamtego czasu ich królestwo mogło liczyć na ciche wsparcie syren i trytonów, dlatego fale nigdy nie dosięgały zamkowych murów i innych budynków stojących blisko plaży.
Na początku [Imię] było trudno w to uwierzyć, jednak nawet Ariel przyznał, że od setek lat syreny i trytony uważali, żeby nie śpiewać w pobliżu jej królestwa, a na pytanie o ludożerstwo wśród swojego gatunku stanowczo odparł, że to kłamstwo i że nikt celowo nie zrobiłby człowiekowi krzywdy. Chociaż nie mógł nie zapewnić, żeby taki stan rzeczy miał miejsce zawsze. O wydarzeniach, które działy się wieki temu, mało kto pamiętał, a jeszcze mniej chciało o nich rozmawiać.
W każdym razie te nowe informacje sprawiły, że [Imię] zaczęła rozważać, czy jednak nie zorganizować wesela w zamku, które zajmowało w jej sercu szczególne miejsce. A skoro po ślubie planowali z Ariel wyruszyć w podróż, tym bardziej chciała w jakiś specjalny sposób pożegnać się ze wszystkimi. Czy więc mogła być ku temu lepsza sposobność?
Tym, co najbardziej [Imię] przekonywało, była szansa na obecność Gabrieli. Na ślub na statku nie zdołałaby się zjawić, ale taki, który odbyłby się w któreś z zamkowych hall bądź ogrodzie — to mogło się udać. Istniała jednak pewna rzecz, która sporo utrudniała.
— Ile osób z twojej rodziny się zjawi? — zapytała [Imię] siedzącego po przeciwnej stronie biurka Ariel, który drapał Maksa za uchem, co pupilowi bardzo się podobało.
— Matka, bracia, dziadek... Sebastiana, Flora, Blagiera...
[Imię] zapisała liczbę wszystkich podanych gości.
— A więc jedenaścioro ich będzie?
— Tak. — Ariel bez wahania przytaknął. Zaraz jednak się zmieszał, jakby nagle coś sobie przypomniał. — Chociaż może wpaść ktoś jeszcze...
— Kto?
— Każdy poddany, który będzie chciał zobaczyć ślub jednego z książąt?
— Czemu to zabrzmiało, jak pytanie?
— Cóż... Nie jestem pewien, jak bardzo poważni byli moi bracia, gdy mi o tym mówili.
[Imię] przetarła zmęczone oczy, zastanawiając się, ilu mieszkańców liczyło morskie królestwo. Po chwili jednak uznała takie rozmyślania za absurdalne, gdyż wiedziała, że w zatoczce przy ogrodzie nie pomieściłoby się więcej niż kilkanaście syren, a przypuszczała, że w morskiej toni mogły się kryć setki istot znających Ariel.
Wtem Ariel sięgnął po jej dłoń, której skóra, od długiego przebywania z dala od słońca, zrobiła się zdeczka blada. Młodzieniec nie mógł się doczekać, kiedy odzyska dawną opaloną cerę, chociaż i tą obecną kochał równie mocno, co poprzednią.
— Nie martw się, [Imię]. Mnie zależy tylko na obecności mojej rodziny. Pozostali nie muszę być blisko, żeby wspierać nas w tym ważnym dniu. Syreny i trytony nie tylko mają mocne i piękne głosy, pozostałe zmysły również mamy silne. Nawet jeśli nie będą w zatoce, a przy plaży, i tak zdołają wszystko usłyszeć.
Po usłyszeniu takiej rewelacji, [Imię] zmrużyła oczy.
— Ile takich super-zdolności macie?
Ariel roześmiał się, a słodka melodia jego śmiechu sprawiła, że serce [Imię] zatańczyło w jej piersi.
— To wszystko, czym się wyróżniamy za życia.
— Za życia? — [Imię] uniosła brwi. — Czy śmierć w morzu wygląda inaczej?
Twarz Ariel nagle spoważniała, przez co jego delikatne oblicze nabrało ostrości. Wolałby nie odpowiadać na pytanie [Imię], ale czuł, że powinien jej wreszcie zdradzić prawdę.
— Dla nas tak. Żyjemy dłużej niż ludzie, ale za to nie mamy nieśmiertelnej duszy. Po śmierci nie opuszczamy tego świata. Po prostu zamieniamy się w morską pianę.
— Czy ciebie też to spotka? — [Imię] mocniej ścisnęła jego dłoń, jak gdyby nie miała zamiaru go nigdy puścić.
— Nie, dzięki twojej miłości. — Oczy Ariel były tak samo pełne nadziei i uczuć jak podczas ich pierwszego spotkania. — Kiedy ludzie zawierają małżeństwo, ich dusze stają się jednością, prawda? — [Imię] przytaknęła. — W przypadku małżeństwa człowieka i istoty z morza, człowiek dzieli się ze swoją duszą, sprawiając, że syrena bądź tryton na stałe zamienia się w człowieka.
[Imię] wzdrygnęła się, lecz nie puściła ręki Ariel, gdyż wcale nie bała się go ani nie czuła się przez niego oszukana. Właściwie to od razu domyśliła się, czemu wcześniej jej o temacie duszy nie powiedział. Sama martwiłaby się opowiadać o takich rzeczach z obawy, że druga strona zaakceptuje jej uczucia jedynie z litości, dlatego nie dziwiła się jego zachowaniu. Po prawdzie to czuła ulgę, że wyznał ten fakt w takim, a nie innym momencie.
Im dłużej [Imię] milczała, tym bardziej spięty robił się Ariel, o czym uświadomił ją słabnący uścisk dłoni, a dopiero potem, gdy uniosła głowę, jego wyraz twarzy.
— Dziękuję, że mi powiedziałeś. Teraz lepiej wszystko rozumiem.
— Naprawdę? Nie jesteś zła ani rozczarowana?
— Jak mogłabym być? Skoro chcę cię zatrzymać, muszę zapłacić cenę — odparła z ciepłym uśmiechem. — A jeśli muszę podzielić się duszą, żeby cię nie stracić, to niech tak będzie. Nie przeszkadza mi to i tobie też nie powinno. W końcu to jedno z twoich marzeń, czyż nie? Pozwól mi pomóc je spełnić.
W oczach Ariel żarzyły się iskierki radości. Pochylił się nad biurkiem, [Imię] uczyniła to samo, ich twarze dzieliło zaledwie parę centymetrów. Razem ze słodkimi słowami miłości, poprzedzającymi pocałunek, [Imię] owinął przyjemnym i rześki zapach morza, jednak tym razem nie czuła strachu przed zatonięciem w tę cudowną fanaberię uczuć i doznań.
Nie przerywając pocałunku, uśmiechnęła się, gdy złakniony uwagi Maks, polizał ich złączone dłonie.
Miała nadzieję, że już zawsze będzie otoczona tak szczerą miłością.
Chapter 11: Pierwsze spotkanie ~ Bell
Chapter Text
Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.
ღ Bell ღ
Dawno, dawno temu w odległej krainie żyła w pięknym zamku królewna. Choć niczego jej do szczęścia nie brakowało, była samolubna i arogancka. W sercu trzymała tylko zawiść, a poddanych traktowała jak niewolników.
Pewnego razu, gdy w krainie nastała ciemna i sroga zimowa noc do zamku przybył stary żebrak. Niewiele miał do zaoferowania, mimo to poprosił o schronienie, w zamian oferując księżniczce czerwoną różę. Jednak łachmany przybysza wzbudziły w następczyni tronu odrazę, podobnie jak jego niekorzystny wygląd. Odrzuciła więc dar i rozkazała strażnikom wyrzucić staruszka poza bramę.
Wówczas żebrak ostrzegł księżniczkę, aby nie dawała się zwieść pozorom, gdyż prawdziwe piękno bywa niekiedy głęboko ukryte. Na dziewczynie jednak słowa przybysza nie zrobiły najmniejszego wrażenia. Kiedy ponowiła rozkaz, stary żebrak zamienił się w dostojnego czarodzieja.
Na widok magii strach obezwładnił księżniczkę, która zaczęła się gorączkowo tłumaczyć i usprawiedliwiać swoje zachowanie, ale było już za późno; czarodziej wiedział, że dziewczyna nie ma w sercu miłości. W ramach kary zamienił ją w straszliwą rogatą bestię i rzucił klątwę na wszystkich mieszkańców zamku.
Wstydząc się i nienawidząc swojego nowego oblicza, bestia ukryła się za murami, mogąc świat oglądać tylko w zaczarowanym zwierciadełku. Róża ofiarowana przez czarodzieja, również zaczarowana, miała kwitnąć do dwudziestych pierwszych urodzin księżniczki. Jeśli w tym czasie, zanim odpadnie ostatni płatek róży, nauczy się ona kochać i zdobędzie czyjąś miłość, klątwa zostanie zdjęta. W przeciwnym razie, na zawsze pozostanie potworem.
Wszystko to wydarzyło się w noc taką jak ówczesna, tylko zamiast śniegu padał deszcz. [Imię] patrzyła na krople uderzające z łoskotem w okno jej komnaty. Wiał tak silny wiatr, że drzewa niemal wyginały się w pół. Słysząc wycie wilków, bestia wbiła mocniej pazury w podłokietnik fotela. Nie mogła nawet przez chwilę udawać człowieka, gdyż co chwilę coś musiało jej przypomnieć o byciu potworem.
Podniosła się i z impetem rzuciła fotelem w ścianę. Głuchy warkot rozbrzmiał w jej gardle, gdy uświadomiła sobie, co zrobiła. Po chwili wolno podeszła do zaczarowanej róży, której widok pogrążał ją w coraz większej rozpaczy. Przestała czuć jakąkolwiek nadzieję już lata temu. Nie wierzyła, żeby mógł znaleźć się ktoś, kto pokochałby bestię.
Wtem usłyszała jakieś ożywienie na korytarzu. Jej włochate brwi zmarszczyły się gniewnie, gdy upragniony spokój nie nadchodził. Zbliżyła się do drzwi, które choć otworzyła bez najmniejszego hałasu skryci za marmurową balustradą słudzy wzdrygnęli się i spojrzeli na nią pełnymi strachu oczami.
— Co się tutaj dzieje? — warknęła [Imię], podchodząc do służących spokojnym, wyważonym krokiem, niczym przyczajona bestia.
— Nic nadzwyczajnego, Wasza Wysokość. — Lumiera pokłoniła się nisko, machając finezyjnie świecznikową ręką. — Tylko... Tak się złożyło, że... Mamy w zamku gościa!
— Gościa? — W głosie [Imię] zabrzmiało niedowierzanie wymieszane z obrzydzeniem. — Jakiego znowu gościa?
— T-t-to... pewna starsza kobieta. Zawierucha musiała ją złapać w trakcie podróży. Szukała w zamku schronienia. Nic strasznego się nie stało. Posiliła się, wypiła przygotowaną przez nas gorącą czekoladę. Jestem pewna, że gdy pogoda się polepszy, zaraz odjedzie!
— Obyś miała rację, Lumiero. Nie chcę widzieć żadnych obcych ludzi w moim zamku. I — [Imię] zniżyła głos — lepiej dla was, żeby niczego nie zepsuła ani nie ukradła.
— N-na to może być za późno, Wasza Wysokość — wypaliła pani Trybik bez zastanowienia. — Ta kobieta zerwała jedną z róż z królewskiego ogrodu.
— Co?!
W oczach bestii zapłonęła furia. Bezceremonialnie wyminęła trzęsących się poddanych i zbiegła po schodach, w mgnieniu oka znajdując się w jadalni, gdzie przy bogato zasłanym stole siedziała starsza kobieta o siwych włosach i odziana w załatane, stare łachmany.
[Imię] spojrzała na nieproszonego gościa, którego bezczelność sprowokowała ją do wybuchu wściekłości. Ów człowiek nie był jednak pozbawiony instynktu samozachowawczego i na widok ogromnej bestii, kobieta od razu jakby skuliła się wewnętrznie. Być może gdyby nie brakowało jej również rozumu, powstrzymałaby swoje lepkie ręce od dotykania czyjeś własności.
— Jesteś bardzo niewdzięczna — odezwała się bestia strasznym głosem. — Pozwoliłam ci uniknąć nocnej zawieruchy i schronić się w moim zamku, a ty odpłacasz się, kradnąc moje róże, które cenię ponad wszystko! Zasługujesz na śmierć za swój uczynek!
Kobieta zerwała się z krzesła i padła przed Bestią na kolana.
— O daruj mi, Pani, błagam o wybaczenie! Nie chciałam kraść twojej róży, a jedynie spełnić obietnicę daną jednemu z moich synów.
— Nie nazywaj mnie Panią — wtrąciła z kpiną [Imię] — lecz bestią. Nie cierpię fałszywych komplementów. Wolę, gdy ludzie nazywają rzeczy po imieniu i nie myśl sobie, że twoje gładkie słówka coś zmienią. Nie wybaczę ci tego, co zrobiłaś!
Los biednej kobiety został przypieczętowany. Bestia zabrała ją do celi w opuszczonej wieży, gdzie nie było niczego poza zardzewiałymi łańcuchami i wiekowymi kratami. Powietrze unosiło się tam tak ciężkie, że drażniło płuca i gardło.
— C-co zamierzasz ze mną zrobić? — zapytała ze strachem kobieta.
— Zupełnie nic. Nie lubię się brudzić. Poczekam, aż umrzesz z głodu, a wtedy każę rzucić twoje ciało wilkom — odpowiedziała spokojnie bestia, zanim brutalnie wrzuciła kobietę do jednej z zapyziałych cel. — Jeśli chcesz przyśpieszyć ten proces, możesz spróbować uciec — dodała, po czym ostatni raz spojrzała na nieznajomą i wyszła.
[Imię] ruszyła w stronę swojej komnaty, ignorując Lumierę i panią Trybik, które próbowały przekonać ją do okazania łaski starej kobiecie. Bestia uśmiechnęła się potwornie, widząc w całej sytuacji ironię. Na szczęście tym razem nieznajoma nie posiadała magicznych mocy i [Imię] nie musiała się jej obawiać. Choć wątpiła, żeby w przeciwnym razie odczuła jakikolwiek strach. W końcu miała skamieniałe serce, a do tego wyglądała jak potwór, więc czego mogłaby się obawiać? Nie wierzyła, by spotkało ją coś jeszcze gorszego, a nawet jeśli — prawdopodobnie przyjęłaby z ulgą wszystko, co zakończyłoby jej nędzny los.
— Nie zmienię swojej decyzji — zawyrokowała. — Dajcie mi spokój.
Machnęła łapą, jakby odganiała irytujące owady wirujące dokoła jej głowy, a następnie zamknęła się w swojej komnacie, gdzie znowu mogła oddać się gorzkiej rozpaczy. Momentami miała ochotę zawodzić i skomleć jak zwierzę, ale pozostałość po królewskiej dumie nie pozwoliła jej upaść tak nisko. Usnęła więc koło magicznej róży z nikłą nadzieją, że tym razem los okaże jej miłosierdzie i żadne koszmary się nie pojawią.
Było to czcze życzenie, które nie zostało wysłuchane. [Imię] mamrotała w półśnie błagania do czarodzieja, by ten przywrócił jej dawny wygląd, jednak zamiast tego stała się jeszcze potworniejsza. Straciła nawet zdolność mówienia ludzkim głosem i posługiwania się słowami. Na zawsze zamieniła się w bestię.
Przerażona ocknęła się i pospiesznie rzuciła okiem na swoje włochate ciało, czując zarówno ulgę, jak i rozczarowanie, gdyż wyglądała dokładnie tak samo, jak wcześniej.
— Los nigdy się nade mną nie zlituje — mruknęła.
Zazdrościła wszystkim księżniczkom, których nie spotkały podobne okoliczności. Nie rozumiała tylko, dlaczego ona musiała trafić na czarodzieja. Z pewnością nie była jedyną dumną władczynią. Z pewnością znalazłyby się okrutniejsze i brzydsze damy. Czemu więc postanowił akurat ją ukarać? Może nie spotkała czarodzieja, a czarnoksiężnika? Wtedy nikogo by nie zdziwiło, że padła jego ofiarą, gdyż czarnoksiężnicy stosowali swoją czarną magię do szerzenia zła i krzywdzenia innych.
Zatapiała się w tych myślach coraz bardziej i bardziej, gdy wtem pojawił się przed nią niezapowiedziany gość.
— Wasza Wysokość, prędko, musisz to zobaczyć! — Pani Trybik wpadła rozgorączkowana do komnaty księżniczki, niemal gubiąc po drodze małe koło zębate ze swojego mechanizmu.
— Co to ma znaczyć, Trybiku? — warknęła [Imię].
— Mężczyzna! Młody mężczyzna zmierza do wieży, gdzie Wasza Wysokość zamknęła tamtą kobietę!
— Obyś nie miała zwidów. W przeciwnym razie wyrzucę cię z zamku.
Pani Trybik wyobraziła sobie, jak wyglądałaby porzucona w lesie ze spakowanym dorobkiem i od razu uśmiech zszedł z jej tarczy. Starała się jednak nie tracić rezonu.
— N-nie zawiedziesz się, W-w-wasza Wysokość! Proszę za mną!
Bestia ruszyła za Trybikiem, tylko na początku dotrzymując jej kroku. Nogi zegara nie pozwalały iść szybko, a [Imię] nie należała do najcierpliwszych osób; potrząsnęła potężnym łbem i poszła przodem, ignorując krzyki Trybika.
Pokonała kręte schody do wieży w kilku susach, dopiero na szczycie zwalniając. Słyszała, jak z ciemności dobiegały dwa głosy; jeden należał do uwięzionej kobiety, drugi do młodego mężczyzny. Oczy [Imię] rozwarły się szerzej. Nie uwierzyła w słowa Trybika, by odgrodzić się od nikłej nadziei, jaką zaczęła czuć. Ale na własne bestialskie uszy przekonała się, że Trybik mówiła prawdę.
[Imię] powoli wyszła zza rogu. Choć pozostawała w cieniu, starsza kobieta dostrzegła zarys jej sylwetki, co sprawiło, że mocniej zacisnęła dłonie na ramionach młodzieńca.
— Już za późno na ucieczkę... — szepnęła kobieta, nie odrywając wzroku od postaci bestii.
— Co? — Młodzieniec podążył za spojrzeniem matki. — Kto tam jest? Pokaż się!
W snopie światła wpadającym przez niewielkie okno pojawiła się najpierw potężna łapa; po kilku sekundach, jakby musiała się wewnętrznie przemóc, bestia pokazała się w całej swej potwornej krasie.
— Co tutaj robisz? — zapytała, patrząc z góry na młodzieńca.
— Przyszedłem po moją matkę.
[Imię] parsknęła pogardliwie.
— Ten sam brak kultury... To prawda, że jabłko pada niedaleko od jabłoni.
— Proszę, wypuść ją — nalegał młodzieniec, ignorując tę niemiłą uwagę i spojrzał bestii prosto w oczy. O dziwo, nie wyglądał na przerażonego ani zgorszonego, a jedynie na szczerze przejętego i zatroskanego. — Nie widzisz, że jest chora?
— W takim razie nie powinna tutaj przychodzić!
— Może przez to umrzeć. Proszę, miej litość. Zrobię wszystko.
Usłyszane słowa wstrząsnęły księżniczką. Brzmiały tak samo, jak jej myśli, których nie była w stanie wypowiedzieć na głos, gdy czarodziej postanowił rzucić na nią urok. Czy jeśli wzgardzi prośbą młodzieńca, spotka ją za to coś strasznego? Co prawda wyglądał jak typowy młody mężczyzna pracujący na roli, potwierdzała to jego sylwetka i ubranie oraz brązowe jak szyszki włosy będące w nieładzie. Miał jednak odwagę wyruszyć na poszukiwanie matki i błagać o litość.
Mimo to [Imię] wciąż dręczyły wątpliwości.
— Nie ma nic, co mógłbyś zrobić — odparła już spokojniejszym głosem, choć wciąż z lekka zdruzgotanym.
— Ależ musi... — Młodzieniec z desperacją spojrzał na odchodzącą bestię. — Wezmę na siebie jej karę! Jestem zdrowszy i sprawniejszy, bardziej ci się przydam, więc proszę, pozwól jej odejść.
— Chcesz...chcesz zamienić się z nią miejscem? — zapytała [Imię] dla pewności, że słuch nie spłatał jej figla.
Ignorując protesty matki, młodzieniec gorliwie przytaknął.
— Tylko jeśli obiecasz ją wypuścić.
— Masz moje słowo. — [Imię], bez namysłu, wyciągnęła z kieszeni płaszcza klucz do celi i rzuciła go pod nogi młodzieńca. — Cieszcie się waszym ostatnim wspólnym wieczorem. Jutro twoja matka opuści zamek i więcej tutaj nie wróci.
Odwróciła się i ruszyła ku wyjściu z wieży. Kiedy znalazła się przy schodach, jej postać z powrotem zniknęła w ciemnościach. Z nieznanego powodu zatrzymała się i spojrzała za siebie; na korytarzu starsza kobieta, cała we łzach, obejmowała syna tak mocno, jakby nie chciała go już nigdy więcej puścić.
— O nie, nie, nie... Nie opuszczę cię, Bell! Wróć do domu, a ja tu zostanę!
— Nie, matko — odpowiedział spokojnie młodzieniec. — Ty wrócisz jutro do domu, a ja tu zostanę.
W końcu bestia ruszyła dalej, nie chcąc przysłuchiwać się rozmowie. Nie czuła wyrzutów sumienia, że rozbijała ów rodzinę. Była zbyt zaślepiona własnym nieszczęściem, by zwracać uwagę na cierpienie innych.
Chapter 12: Drugie spotkanie ~ Bell
Chapter Text
Czasem zranienie kogoś jest wynikiem niemożności poproszenia o pomoc.
ღ Bell ღ
Nie minęła godzina, a [Imię] zdołała pożałować swojej decyzji. Ledwie znosiła towarzystwo służących pod postacią naczyń, więc kolejnej twarzy, tym razem kogoś obcego, zupełnie nie potrzebowała. Miałaby go zaganiać do sprzątania albo gotowania? Niby po co, skoro królewski kucharz, Leonardo, świetnie sobie radził sam, a podupadające zamczysko potrzebowało solidnej renowacji, zamiast kolejnej pary rąk do zbierania pajęczyn.
Była również zła o swój wybuch złości. Przecież już dawno przestała uwielbiać róże, a dokładniej, od kiedy od jednej zaczęła zależeć jej przyszłość. Po prawdzie to nie miałaby nic przeciwko, gdyby kobieta zabrała wszystkie kwiaty z królewskiego ogrodu. Wcześniej kazała je służącym zostawić, więc tylko kwestią czasu było ich zwiędnięcie. Kiedyś znaczyły one dla niej więcej od biżuterii czy pięknych sukien, ale teraz ich widok doprowadzał ją do żalu i wściekłości.
Ale teraz o nic już nie dbała. Wszystko mogłoby przepaść, gdyż nie czuła się z niczym związana.
Z niczym z wyjątkiem zaczarowanej róży, której tak niewiele płatków zostało...
W komnacie bestii każdy mebel nosił ślady jej furii. Niektóre przedmioty zostały nawet roztrzaskane w drobny mak. Nikomu nie wolno było wchodzić do środka, toteż księżniczka zawsze przebywała w bałaganie, brudzie i, niemożliwym do zniesienia przez człowieka, zaduchu i smrodzie.
Gniew z poprzedniego wieczora wyładować musiała na ścianach; głębokie i długie od pazurów rysy zostały brzydko wyszczególnione w promieniach porannego słońca, które mimo grubych zasłon zawsze jakimś cudem zdołały się do środka przedrzeć.
Nie mając dłużej ochoty siedzieć w zamknięciu, [Imię] opuściła bezszelestnie swoją komnatę, dzięki czemu usłyszała rozmowę stojących w holu na parterze ludzi.
— ...ja jestem już stara i niewiele życia przede mną. Mogę tylko żałować, że zostawię was, moje dzieci, same.
[Imię] rozpoznała głos starej kobiety, jej nadludzkie ucho świetnie wychwytywało dźwięki, toteż nawet z tak sporej odległości słyszała, że mówiła wyraźniejszym i czystszym głosem niż wczorajszego wieczoru. Od razu domyśliła się czyja to była sprawka, nie miała jednak ochoty — a przynajmniej na razie — karać za to Lumiery. Czuła również w powietrzu zapach wytrawnego jedzenia, którym bez wątpienia intruzi zostali poczęstowani. Ten fakt wprawił ją w jeszcze większe niezadowolenie, jednak wciąż pozostawała w ukryciu, mimo że szpony mocno wbiła w marmurową posadzkę.
— Nie mów tak, mamo. Wiesz, że to moja wina. To przez moje nierozważne życzenie skończyłaś w celi.
Kobieta objęła syna i zalewając się łzami, wydukała:
— O nie, nie, nie opuszczę cię! Wróć do domu, a ja tu zostanę!
— Nie, matko — odparł spokojnie młodzieniec. — To ty wrócisz do domu, a ja tutaj zostanę. Na pewno nie będzie ze mną źle. Zaufaj mi.
Gdy kobieta wreszcie odjechała na swojej starej, siwej klaczy, mając w oczach cały czas łzy, Bell usiadł na schodach w holu. Nie płakał, lecz wyglądał na wyraźnie strapionego. Na krótki moment [Imię] poczuła coś w rodzaju wyrzutów sumienia; bolało ją serce i nieustannie myślała nad tym, jak lepiej mogła rozegrać wczorajszą sytuację. Chciała powiedzieć młodzieńcowi, że wcale go nie potrzebowała i że może odejść z matką, o ile żadne z nich więcej do zamku nie przybędzie. Szybko się jednak opamiętała i pokręciła włochatym łbem, stawiając dumę na pierwszym miejscu. Ogłosiła już swą decyzję i nie zamierzała jej ot tak zmieniać, a już szczególnie nie z litości.
Nagle zza rogu wyszedł Lucyfer; kiedyś młody i przystojny kamerdyner, teraz był jedynie czarną jak węgiel miotełką o zawsze połyskującej oprawce. Nigdy się ze sobą dobrze nie dogadywali z uwagi na zbliżone charaktery i skłonność młodzieńca do dyskutowania z nią na temat otrzymywanych poleceń. Gdyby nie Lumiera i pani Trybik już dawno [Imię] wyrzuciłaby go za drzwi.
Na jego widok przywarła niżej do posadzki i cicho warknęła:
— Idź znajdź Lumierę. Powiedz jej, że ma pokazać... znaczy, zabrać intruza do jego pokoju. Jak chce się nad sobą użalać, to niech przynajmniej robi to poza zasięgiem mojego wzroku.
Bestia zostawiła zatrwożonego i zaskoczonego Lucyfera, samej podążając schodami na wyższe piętro wschodniego skrzydła. Wspinała się tak długo, aż znalazła się przy wyjściu na dach, na który wyszła bez cienia wahania ani strachu. Spotkał ją tak straszny los, że śmierć byłaby właściwie wybawieniem. Nie planowała jednak specjalnie odbierać sobie życia, gdyż gdzieś głęboko w zimnym sercu czuła odrobinę nadziei. Nadziei, że może jeszcze wróci do swojej prawdziwej postaci.
Tymczasem usiadła obok jednej z figur w kształcie gargulca, samej poniekąd wyglądając bardzo podobnie. Całą piersią odetchnęła rześkim porannym powietrzem, dzięki oczom bestii mogąc spoglądać niemal prosto na słońce. Chciała oderwać się od swych myśli, lecz nie dane jej to było. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, po jakim czasie młodzieniec odważy się uciec.
Parsknęła.
Tak jakby naprawdę go więziła! Główne drzwi zamku były zawsze otwarte, więc młodzieniec mógł w każdej chwili odejść. Nie zamierzała zagradzać mu drogi ani grozić śmiercią. Miała zimne serce, ale nie złe. Nie zabiłaby nikogo, chyba że w obronie własnej, choć kiedyś nawet i tego nie potrafiłaby uczynić. Jak delikatna księżniczka miałaby stawić opór, skoro nawet w dłoniach nigdy nie trzymała czegoś cięższego od szczotki do włosów? Co prawda teraz dysponowała większą siłą, ale co z tego? Przecież na widok krwi robiło jej się słabo.
[Imię] po raz kolejny zatopiła się w swoim smutku i trwała na dachu obok gargulca całkowicie nieruchomo, dopóki słońce nie zawładnęło niebem. Aż taka ilość jasności i ciepła nie odpowiadała bestii, wiatr co prawda bardzo mocno dął na takiej wysokości, lecz ona prawie nie odczuwała jego chłodu ani siły. Zdecydowała się więc wrócić do środka.
Półmrok i zaduch były tym, do czego przez ostatnie kilka lat zdołała przywyknąć. Nie zaakceptować, ale właśnie przywyknąć. Niemniej pamiętała czasy swojej świetności, jak i świetności całego zamku. Dawniej codziennie przyjeżdżali nowi kupcy i handlarze, prezentując najznamienitsze i najrzadsze na świecie towary. Bardowie tłumnie przybywali, by oferować jej rozrywkę. A mężczyźni... Och, iluż miała adoratorów! Mimo swoich wysokich standardów, wciąż mogła w nich bez skrępowania przebierać. Co tydzień wyprawiała znakomite i huczne bale, na które każdy chciał przyjść. Była elitą wśród elit. A teraz...teraz jej ukochane królestwo umierało po tym, jak ten przeklęty czarodziej rzucił na nich klątwę.
Po raz kolejny [Imię] miała ochotę coś rozszarpać lub roztrzaskać. Przez klątwę nie tylko jej zamek był niewidoczny z daleka, ale również zniknął z pamięci wszystkich, którzy o nim wiedzieli. Czy z takimi utrudnieniami mogła znaleźć odpowiednią osobę, która by ją pokochała? Czy ktoś w ogóle zadałby sobie tyle trudu, aby pokochać bestię?
Musiałby być niespełna rozumu, uznała, a to jej ani trochę nie odpowiadało.
Była niewyobrażalnie wściekła na spotkanego przed laty czarodzieja, który zniszczył wszystko tak perfidnie. Pragnęła wyrzucić go ze swojego umysłu, jego twarz i bezlitosną postawę. Z jednej strony chciała zapomnieć, z drugiej — zemścić się za krzywdę, jaką jej wyrządził. Gdyby tylko przed nią znowu stanął... Na pewno nie usłyszałby żadnych błagań, a groźne powarkiwania bestii.
Gdy tak zamyślona, wściekła i rozżalona zeszła na trzecie piętro, nagle jej drogę zagrodzili Lumiera, pani Trybik i intruz. Obie strony wyglądały na równie zszokowane i na pierwszy rzut oka widać było, że nie spodziewali się takiego spotkania. W pewnym momencie [Imię] zdała sobie sprawę ze swojej pozycji i czym prędzej oderwała przednie łapy od ziemi, by móc stać tylko na dwóch; gdyby mogła się z zawstydzenia zarumienić, z pewnością w tamtej chwili miałaby zaczerwienioną twarz.
Przeszył ją lekki dreszcz. Teraz patrzyła z góry nie tylko na Lumierę i panią Trybik, ale także na Bella. Jednak wysoki wzrost był jedyną rzeczą, jaka jej nie przeszkadzała w swej nowej, potwornej postaci, toteż nie zraził ją fakt przerastania wszystkich napotkanych osób.
— Co tutaj robicie? — zapytała ostrzej, niż zamierzała.
Ku jej zdziwieniu, tylko Lumiera i pani Trybik nerwowo drgnęły. Bell dalej patrzył na nią intensywnie piwnymi oczami, na które niesfornie opadały kosmyki niemalże tego samego koloru. Nie potrafiła rozszyfrować jego spojrzenia i choć nie widziała w nim pogardy ani obrzydzenia, wcale nie czuła się zadowolona, co z kolei musiało być po niej widać, jako że Lumiera zaczęła gorliwie się tłumaczyć:
— Pomyśleliśmy, że naszemu drogiemu gościowi przyda się mała wycieczka po zamku. Gdyby się co chwilę gubił albo wchodził do niewłaściwych komnat, byłoby to bardzo kłopotliwe, czyż nie tak, Wasza Wysokość?
— Czy już teraz wie, do jakich miejsc ma się nie zbliżać?
— Oczywiście!
— I czego nie robić?
— Też tutaj jestem, Pani.
[Imię] wzdrygnęła się, gdy usłyszała czarujący głos młodzieńca. Uprzedniego wieczora nie zwróciła na niego zbytniej uwagi; ani na to, jak wyglądał, ani na to, jak brzmiał. Była za bardzo pochłonięta przez gniew i dumę, które i w owej chwili zaczęły powoli brać nad nią górę.
— Wiem. Nie sposób nie zauważyć intruza w swoim domu — wycedziła. — Widzę również, że brak kultury jest u was rodzinny. Czy nikt ci nie mówił, że takie wtrącanie się w czyjąś rozmowę jest niegrzeczne?
— Nie mniej niegrzeczne od rozmawiania o kimś, kto stoi tuż obok.
Lumiera podskoczyła gwałtownie, wymachując uspokajająco swoimi świecznikowymi rękami, kiedy [Imię] przez nieprzyjemny grymas pokazała zakrzywione, ale ostre jak brzytwa kły.
— Przepraszam najmocniej, lepiej już pójdziemy. I tak za dużo czasu ci zabraliśmy, Wasza Wysokość.
Bestia zadarła wyżej głowę, lecz nie oderwała wzroku od oczu Bella, choć te, mądre i posępne, wyglądały, jakby wejrzały w jej serce i doznały rozczarowania. Zabolało ją to, ale tylko trochę. Głośno westchnęła i ruszyła dalej wzdłuż mrocznego korytarza, i dopiero za zakrętem opadła z powrotem na przednie łapy i z pochylonym łbem wróciła do swojej komnaty, by patrzeć udręczonym spojrzeniem na więdnącą, magiczną różę.
Chapter 13: Nawiązanie znajomości ~ Bell
Chapter Text
Duma potrafi być zgubna.
ღ Bell ღ
Od czasu zamieszkania Bella w zamku minęło sześć dni; [Imię] rozmawiała z nim bezpośrednio raptem dwa razy, co Lumierze i pani Trybik bardzo się nie podobało. Jak ta dwójka miała znaleźć ze sobą wspólny język, skoro nawet się nie widywali? Młodzieniec był naprawdę dobrym człowiekiem, niby nie znali się zbyt długo, ale jego gotowość poświęcenia się za matkę i brak jakiegokolwiek strachu o własny los zasługiwał na uznanie. Ponadto wcale nie brakowało mu dobrych manier, mimo tego, co twierdziła księżniczka. Owszem, Bell dał im niekiedy odczuć swoją zawziętość i upartość w pewnych kwestiach, ale poza tym zachowywał się niemal bez zarzutów. Lumiera i pani Trybik mocno wierzyły — ze szczególnym wyróżnieniem Lumiery — że Bell mógłby dobrze wpłynąć na ich panią. Gdyby tylko Jej Wysokość również tak uważała...
— Nie jestem przekonana do tego pomysłu — oświadczyła pani Trybik, zwalniając, przez co mimowolnie przestała dotrzymywać Lumierze kroku. — Nie uważasz, że to za wcześnie? Jej Wysokość nadal wydaje się nie w humorze na rozmowę.
— Z nas wszystkich to ty najlepiej powinnaś wiedzieć, że nie mamy czasu do stracenia. — Lumiera zastukała w tarcze zegara pani Trybik. — Poza tym rozmowa z Bellem może poprawić jej humor!
— Albo, co bardziej prawdopodobne, rozwścieczy ją tak bardzo, że przez następny tydzień, aż strach będzie do niej podejść — wymamrotała z przejęciem pani Trybik. Wiedziała, że ich pani nie zrobiłaby im realnej krzywdy, niemniej sam widok jej gniewu sprawiał, że włosy stawały dęba. A że obecnie nikt z poddanych włosów nie miał, tym większy czuli strach, gdyż odczuwali go całym swoim nowym wcieleniem.
— Nie dowiemy się tego, póki nie spróbujemy.
Pani Trybik westchnęła z bólem. Upartość jej przyjaciółki i współpracownicy bywała naprawdę drażniąca.
— A więc, co konkretnie chcesz zrobić, Lumiero?
— Zobaczysz, moja droga. Zobaczysz.
Lumiera pognała dalej, skacząc po wyblakłym i częściowo poprutym karmazynowym dywanie, czemu towarzyszył dźwięk przytłumionego stukania. Pani Trybik niechętnie podążyła za nią, przeczuwając, że to skończy się bardzo, bardzo źle.
Obie przystanęły metr przed drzwiami komnaty [Imię], ogromnymi dwuskrzydłowymi odrzwiami o mocnej obudowie i ciemnym jak węgiel kolorze. Kiedyś Lumiera miała pozwolenie do wchodzenia do środka bez uprzedniego zapowiedzenia się, za czym teraz bardzo tęskniła. Nie chodziło o to, że czuła się dzięki temu, jakby była najwyżej postawioną doradczynią Jej Wysokości (choć lubiła się tym szczycić przy stosownych okazjach), ale przede wszystkim pozwalało jej to wierzyć w istnienie jakieś przyjacielskiej więzi pomiędzy nią a księżniczką. Znały się przecież tyle lat, były dla siebie niemalże jak rodzina, lecz od dnia, w którym została na nich rzucona klątwa, wszyściuśko się zmieniło.
— Wasza Wysokość! — zawołała melodyjnym głosem, brzmiąc jak wesoły grajek z domieszką poważnego doradcy. — Czy możemy porozmawiać?
Mijały sekundy, a odpowiedź nie nadchodziła. Mimo to Lumiera i pani Trybik nie ośmieliły się wejść do środka, choć gdyby to zrobiły, znalazłyby bestię skuloną na ziemi i patrzącą pustym wzrokiem w przestrzeń.
Po minucie Lumiera spróbowała jeszcze raz, tym razem również stukając świecznikową ręką w drzwi.
— Wasza Wysokość? Jesteś tam?
Cisza.
Lumiera i pani Trybik spojrzały na siebie z niepewnością i rozwagą, jak gdyby szukały na twarzy towarzyszki odpowiedzi, co powinny dalej zrobić. Wreszcie Lumiera westchnęła dramaturgicznie i odwróciła się w stronę, z której przyszły.
— Może rzeczywiście jest za wcześnie...
— A nie mówiłam? — Pani Trybik dumnie uniosła głowę.
— Spróbujemy jutro — odparła Lumiera, udając, że nie usłyszała słów swojej towarzyszki.
Pani Trybik obruszyła się na tak jawny brak poszanowania. Mimo to poszła w ślad za Lumierą, aby uświadomić ją o swojej racji. [Imię] tymczasem tylko jednym uchem wsłuchiwała się w słowa swoich doradczyń, drugim szybko je wypuszczając. Nie miała ani siły, ani ochoty skupiać się na ich nonsensach.
~*~
Przez dwa następne dni znów Lumierze i pani Trybik nie udało się porozmawiać z [Imię]. Obie były tym stanem rzeczy bardzo zaniepokojone, jako że ich władczyni nigdy wcześniej nie unikała z nikim kontaktu przez tak długi okres czasu. Nawet po sytuacjach naprawdę przykrych lub trudnych potrafiła się pozbierać w parę minut, ewentualnie godzin.
Podczas gdy Lumiera próbowała wymyślić jakieś rozwiązanie, panią Trybik ogarniało coraz większe zaniepokojenie.
— Co my teraz zrobimy, Lumiero? Och, co my zrobimy?! — zawodziła, chodząc w kółko po saloniku z kominkiem, w którym nie tak dawno ugościli matkę Bella. — Co jeśli już nigdy nie wyjdzie ze swojej komnaty? Co jeśli się poddała? To będzie nasz koniec, Lumiero. Koniec! Na zawsze zostaniemy uprzedmiotowieni. Zapomniani. Porzuceni. Nikt nam nawet pogrzebów nie wyprawi. Żadnej mogiły po nas nie będzie. Powiadam ci, Lumiero, że tak to się skończy!
— Uspokój się, moja droga, zanim wszystkie kółka zębate ci powypadają — poradził pan Imbryk, duży porcelanowy czajniczek o królewskich złoto-fioletowych barwach, które jako przedmiot mógł bez problemu posiadać.
— Uspokoić się?! — żachnęła się pani Trybik. — Jak mam się uspokoić w obliczu zbliżającej się śmierci?
— Na początek zacznij głęboko oddychać, zamiast tyle gadać.
Z każdą chwilą pani Trybik coraz bardziej się unosiła, co nie pomagało Lumierze w znalezieniu rozwiązania. Miała co prawda kilka pomysłów na wyciągnięcie Jej Wysokości z komnaty, chociażby poprzez podłożenie gdzieś w zamku ognia albo odegrania innej drastycznej sytuacji, lecz uznała to za zbyt niebezpieczne. Ponadto, nawet w obliczu zagrożenia, [Imię] mogłaby nie kiwnąć palcem. W końcu ich pani bywała nieprzewidywalna.
— Łatwo ci twierdzić takie rzeczy, jesteś wszak imbrykiem! Będziesz żyć dopóty, dopóki ktoś cię nie stłucze, a kto miałby to zrobić w opuszczonym zamku? — pisnęła pani Trybik, pospiesznie poprawiając swój wewnętrzny mechanizm, który od jej nagłych ruchów trochę ucierpiał. — Spójrzże tylko na mnie! Jeden drobny upadek i rozpadnę się na kawałki!
— Miej trochę więcej wiary w naszą panią, moja droga. Przechodzi wszakże przez bardzo trudny okres.
— A my to niby nie?
— A ja uważam, że wszystko się ułoży. — Usłyszeli piskliwy głosik Cupry, córki pana Imbryka, która właśnie do nich dołączyła. — Zwłaszcza teraz, gdy Bell poszedł porozmawiać z Jej Wysokością.
Lumiera, pani Trybik i pan Imbryk spojrzeli w zdumieniu na małą filiżankę, patrzącą na nich z niewinnym uśmiechem.
— Co przed chwilą powiedziałaś, cukiereczku? — zapytał pan Imbryk, który jako pierwszy otrząsnął się z szoku.
— Że Bell poszedł porozmawiać z Jej Wysokością.
— A-a-ale kiedy? — wtrąciła pani Trybik. Gdyby była człowiekiem, stałaby się w tamtej chwili przeraźliwie blada.
— Kiedy się kłóciliście.
— Wcale się nie kłóciliśmy, słoneczko. To była tylko burzliwa wymiana zdań.
— Och, skończcie te nonsensy! Chodźmy lepiej zobaczyć, co dzieje się na górze — poleciła Lumiera i popędziła w stronę schodów, nie czekając na nikogo. Koniecznie musiała zobaczyć, jaki rezultat przyniesie działanie Bella.
Tymczasem Bell był już przed komnatą bestii. Wiedział, że trafił przed odpowiednie drzwi, jako że parokrotnie widział, jak Lumiera lub pani Trybik przed nimi stały; nigdy nikt inny. Uniósł rękę gotów w nie zapukać, lecz wstrzymał się, gdy uzmysłowił sobie nader istotną kwestię — nie znał imienia pani tego zamku. Jak więc miał się do niej zwracać, skoro nie przyjmowała żadnych tytułów poza jej wysokością? Żałował, że wcześniej o to nie zapytał, aczkolwiek długo rozmyślać nad tym nie zamierzał, gdyż niczemu to nie służyło. Jedyne, co mógł zrobić, to przy stosownej okazji naprawić swój błąd.
W końcu zapukał do drzwi.
— Za niedługo zostanie podana kolacja. Czy planujesz do nas dołączyć, Pani?
Po drugiej stronie rozległo się ciche szuranie, jakby coś dużego zmieniło swoją pozycję. Jednak zaraz po tym nastała całkowita cisza.
Bell zapukał po raz kolejny, lecz znów nikt mu nie odpowiedział.
— Jeśli się nie odezwiesz, będę musiał wejść, żeby sprawdzić, czy nic ci się nie stało — oznajmił, po czym położył dłoń na klamce o wyblakłym złocistym kolorze. Ów spostrzeżenie trochę go zasmuciło. Nie wątpił w to, że kiedyś zamek był pięknym i zapierającym dech w piersiach miejscem i utwierdzał się w tym przekonaniu coraz bardziej, ilekroć zwiedzał nowe pomieszczenia. Nawet jakby chciał, nie potrafiłby myśleć o zrujnowanej budowli jak o więzieniu. Nie, kiedy wszystko prezentowało się w tak przykry sposób.
Ledwie nacisnął na klamkę, gdy wtem rozległo się poirytowane warknięcie.
— Odejdź.
— Dlaczego?
— Ponieważ tak ci każę.
— Nie jestem przecież twym poddanym ani niewolnikiem, żeby słuchać twoich rozkazów — odparł Bell z niezachwianą pewnością siebie. Jeszcze zanim wyjechała jego matka, sądził, że będzie właśnie kimś na wzór jeńca. Wystarczył jednak jeden dzień, by zauważył nietypowe zachowanie mieszkańców zamku, którzy traktowali go tak, jak gdyby był kimś specjalnym. Intuicja podpowiadała mu, że bynajmniej nie odpowiadał za to jego człowieczy wygląd. Musiało chodzić o coś znacznie, znacznie poważniejszego.
— Wchodzę — zapowiedział i tym razem zdecydowanym ruchem naparł na klamkę.
W tym samym momencie rozległa się seria silnych tupnięć. Wtem drzwi otworzyły się, a w przejściu pojawiła się bestia. Ukrywające się za kolumną towarzystwo, aż wstrzymało oddech, lecz nie z trwogi, a ze zszokowania. Ledwie rozpoznawali swoją panią i wcale nie chodziło o wygląd potwora, a o wymizerniałą, zgarbioną postawę i zamglone, pełne cierpienia oczy. [Imię] wydawała się wyschniętym cieniem silnej władczyni, która teraz już w niczym nie przypominała wzbudzającej szacunek i podziw arystokratki.
Młodzieniec jednak nie przeraził się tym widokiem, poczuł zamiast tego tylko ogromny żal.
— Nigdy więcej nie próbuj wejść do tej komnaty — wycedziła [Imię], w jej [kolor] oczach migotały iskry czystego gniewu. — Zrozumiałeś?
— Zrozumiałem. Choć nie musiałbym próbować tego robić, gdybyś wcześniej wyszła.
[Imię] ukryła rozgoryczenie za maską irytacji.
— Ośmielasz się prawić mi kazania? Ty? Ty, który powinieneś być najbardziej zadowolony z braku mego towarzystwa!
— Mogę mieć ci za złe to, co wcześniej zrobiłaś i powiedziałaś, ale nie mogę zabronić ci chodzenia po własnym zamku. To przede wszystkim dla ciebie kucharz przygotowuje posiłki, nie dla mnie. Martwisz ich nic nie jedząc i siedząc całymi dniami i nocami w zamknięciu.
Na obliczu [Imię] pojawiła się jeszcze większa złość, póki nie spostrzegła ukrywających się za kolumną poddanych. Szybko odwróciła od nich wzrok, udając, że niczego nie zauważyła, ale było za późno — ich zmartwione, a zarazem pełne nadziei twarze wyryły się w jej umyśle i nie chciały zniknąć. Gdzieś w głębi serca zdawała sobie sprawę z tego, co powiedział Bell, lecz czuła zbyt dojmujący smutek, by się tym właściwie przejąć. Po części również za sprawą złowrogiego głosu, który lubił do niej szeptać podczas gorszych dni, nie wierzyła, żeby Lumiera, pani Trybik i pozostali naprawdę się nią przejmowali. Poniekąd to ona sprowadziła na nich całą tę klątwę, choć nie lubiła w taki sposób o tym myśleć. Lepiej się czuła obwiniając za to czarodzieja, aczkolwiek nie mogła zamykać całkowicie oczu na to, że gdyby pozwoliła mu schronić się w zamku, nic strasznego by się nie wydarzyło. Z całego serca i duszy pragnęła uwolnić ich spod okrutnego zaklęcia, ale niestety, nie potrafiła tego zrobić.
— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytała w końcu.
Bell wzruszył ramionami.
— Moje oczekiwania są najmniej istotne. Myślę jednak, że powinnaś więcej myśleć o innych.
— A co ty możesz wiedzieć o... — urwała. Była zbyt dumna, żeby tak długo i jawnie okazywać swoje niezadowolenie, stąd postanowiła zamilknąć w gniewie. — Dobrze. Zjawię się na dzisiejszej kolacji — oświadczyła po wymownej pauzie i zamknęła się z powrotem w swojej komnacie, nim Bell zdążyłby powiedzieć coś jeszcze.
Młodzieniec się jednak tym nie przejął. Odwrócił się i ruszył w kierunku kolumny, za którą ukrywali się Lumiera, pani Trybik, pan Imbryk i Cupra — żadne z nich nie czuło się zawstydzone z przyłapania na podsłuchiwaniu. Wręcz przeciwnie, nie mogli okiełznać entuzjazmu i, w przypadku Lumiery, dumy z pomyślnego rozwoju wydarzeń.
Chapter 14: Bliska przyjaźń ~ Bell
Chapter Text
Piękno przyciąga tuziny oczu, dobroć — miliony serc.
ღ Bell ღ
Postawa [Imię] uległa małej, aczkolwiek wyraźnie zauważalnej zmianie. Na początku zamierzała tylko zjeść tę jedną wymuszoną kolację z Bellem, a potem wrócić do swojego poprzedniego stanu bytowania, ale słowa młodzieńca — choć prawidłowo powinna go określać mężczyzną, lecz wcale nie zamierzała tak o nim myśleć — ciągle tłukły jej się po głowie i bynajmniej nie dlatego, że ją poruszyły. Bardziej niż sens jego słów uderzył w nią ton i pewność, z jaką je wypowiedział. Nie mogła pojąć, że istniał ktoś, kto wierzył, iż pani na zamku powinna baczyć na swych poddanych. Gdyby jej rodzice lub starszy brat to usłyszeli, wyśmialiby Bella za takie oświadczenie, a ją za przejęcie się równie trywialną sprawą. W ich rodzinnym kodeksie nie istniało coś takiego jak przejmowanie się innymi, a już szczególnie tymi o niższym statusie społecznym. W przeciwnym razie ludzie uznaliby, że są zbyt miękcy, by rządzić.
Och, ileżby [Imię] dała, żeby jej rodzina wciąż żyła! Z pewnością nie dopuściliby do całej tej sprawy z klątwą, gdyby to oni sprawowali piecze nad zamkiem. Nie mogła wprost przyznać, że za nimi tęskniła, to godziłoby w jej dumę, choć nie bardziej niż to, na co pozwoliła intruzowi. Dała mu się podpuścić, podobnie jak później Lumierze, przez co ostatecznie przysięgła jadać wszystkie posiłki w jadalni — miejscu przywodzącym zdecydowanie za dużo wspomnień.
Z jednej strony [Imię] uwielbiała jadalnię ze względu na wystrój, który zaaranżował jej ojciec, ale jednocześnie nienawidziła w niej przebywać przez widoczne ślady dawnych czasów. Pomieszczenie wciąż było bogato zdobione, tonęło w szkarłatno-złotych barwach, a na ścianach znajdowały się ślady po obrazach. Mocno zbudowany prostokątny stół stał na środku, idealnie nakryty, jak wtedy, gdy siadywała przy nim razem z rodziną. Przy oknach wisiały ciężkie kotary, które wpuszczały do środka tylko wąską szparę światła.
[Imię] uśmiechnęła się nikle — najwyraźniej jej upodobania, mimo obecności Bella, faworyta większości zamkowych sługusów, nie zostały całkowicie zepchnięte na bok, skoro postanowiono ich nie ruszać.
— Odpowiada ci ta ciągła ciemność? — zapytał przy obiedzie Bell.
Dla ukrywających się w kuchni poddanych dotychczas panująca w jadalni cisza była nieprzyjemna i obawiali się, że Bell może mieć takie samo odczucie. Zrobili jednak wszystko, co mogli i reszta pozostawała w rękach młodego mężczyzny i ich księżniczki.
Tymczasem [Imię] zmrużyła oczy, mając ochotę pozostawić pytanie młodzieńca bez odpowiedzi. Zdążyła jednak poznać go na tyle, by zorientować się w jego irytujących manierach i nieustępowaniu wobec interesujących go sprawach.
— Gdybyś był tak paskudny, jak ja również nie chciałbyś siebie wyraźnie widzieć.
— Nie powiedziałbym, że jesteś paskudna.
[Imię] znieruchomiała z widelcem do połowy uniesionym, zanim powoli, z rozmysłem, odłożyła go z powrotem. Mimo potwornego oblicza, widać było na jej twarzy zaintrygowanie, a w oczach podejrzliwość.
— Nie? A więc jak nazwałbyś — wskazała ogromną łapą z pazurami na swoje ciało — to?
— Określanie kogoś mianem pięknym albo brzydkim jest jak mówienie o świecie, że jest czarny albo biały.
— I tak właśnie jest — wycedziła [Imię] ze szczyptą gniewu i irytacji. — Po to istnieją te określenia. Aby dobitnie wyrazić stan rzeczy. Jak będziesz komuś opowiadał o spotkaniu ze mną, nie powiesz: spotkałem człowieka o niebanalnym wyglądzie. Powiesz: spotkałem wielką i paskudną bestię. Tylko w taki sposób dasz komuś najrzeczywistszy pogląd na to, z kim miałeś styczność.
— Być może masz w tym trochę racji — przyznał Bell. Jego sztuczce również leżały bezczynnie na talerzu, a jedzenie stygło. — Jednak nazwanie kogoś brzydkim czy pięknym wcale nie określa tego, kim ta osoba jest. Co więcej, czyjaś inność może być lepsza od fałszywej urody, która otacza, na przykład, świat arystokratów.
Z gardła [Imię] wydobył się głęboki, niewesoły śmiech.
— A co ty możesz wiedzieć o świecie ludzi z wyższych sfer? Byłeś kiedyś jednym z nich? Wychowywał cię ktoś, kto miał władzę i pieniądze?
— A czy ty byłaś kiedyś człowiekiem pracy, że oceniasz działania swoich poddanych?
— To nie to samo.
— To dokładnie to samo — nie ustępował Bell.
— Czy w tej swojej małej wiosce nie macie reprezentanta, burmistrza? Kogoś, kto nauczyłby was, jak właściwie zwracać się do wysoko urodzonych? — rzuciła z przekąsem.
— Tyle razy wspominasz o swym statusie i manierach, a jednak nigdy oficjalnie mi się nie przedstawiłaś. Jestem tutaj już dwa tygodnie, a wciąż nie wiem, z kim mam przyjemność.
[Imię] skrzywiła się w grymasie niezadowolenia, który robił doprawdy przeraźliwe wrażenie na jej twarzy.
— Chcesz oficjalnej prezentacji? Dobrze. — Wyprostowała się dumnie. — Nazywam się [Imię]. [Imię] De Arcanum. Jestem panią tego zamku. Niegdyś należały do mnie również najbliższe pola, lasy oraz miasta. — Parsknęła. — Teoretycznie nadal należą. Sęk w tym, że ludzie tego nie pamiętają.
— Dlaczego? — zapytał Bell.
[Imię] odwzajemniła jego zdziwione spojrzenie.
— Lumiera ci o niczym nie powiedziała?
— O niczym, co dotyczyłoby ciebie albo sytuacji w zamku.
— Doprawdy? — Bestia przelotnie zerknęła na drzwi od kuchni. Była przekonana, że Lumiera, podobnie jak pozostali, straciła głowę dla Bella, a co za tym idzie, nie zdziwiłaby się wcale, gdyby młodzieniec już o wszystkim wiedział. A jednak to obecny obrót sprawy ją zaskoczył. — Spodziewałam się, że ci plotkarze wypaplają ci wszystko. Najwyraźniej uznali, że lepiej będzie, jak nie poznasz prawdy.
Po raz pierwszy, od czasu pożegnania z matką, [Imię] zobaczyła na twarzy Bella silne emocje. Co prawda wciąż był opanowany, ale w sposobie, w jaki na nią patrzył, księżniczka odczytała całą paletę niewymownych uczuć.
— Jaką prawdę?
— O klątwie. Chyba nie myślałeś, że to od zawsze był zaczarowany zamek z gadającymi przedmiotami służącymi bestii?
— Ale jak do tego doszło?
Znowu to samo, pomyślała [Imię], wszystko sprowadza się do tego przeklętego czarodzieja. Wspomnienie tamtej pamiętnej nocy, podczas której doznała największego w życiu upokorzenia, sprawiło, że zapragnęła zawyć z frustracji. Owszem, odmówiła przyjęcia pod dach żebraka, ale co z tego? Prowadziła zamek, a nie przytułek dla bezdomnych i uciśnionych. Miała pełne prawo udzielić negatywnej odpowiedzi. Była księżniczką, a nie bohaterką, nie musiała nikogo ratować ani pomagać. Mnóstwo ludzi zachowywało się podobnie, jak nie jeszcze gorzej, więc dlaczego to ona musiała płacić za dokonanie jednego złego wyboru?
Mijały sekundy, a [Imię] milczała. Poddani w kuchni zaczęli się niepokoić, że za moment ich pani wpadnie w gniew, podczas gdy Bell cierpliwie czekał na jej odpowiedź.
W końcu bestia odparła zaskakująco przygaszonym głosem:
— Też się nad tym zastanawiam.
Podniosła się i, nieco bezwolnie, acz elegancko, kiwnęła głową, zanim opuściła jadalnie. Jednak cień osoby, którą dawniej była, pozostał w jadalni razem z Bellem.
~*~
Zranił ją pytaniami i ciągłymi wytknięciami. Wiedział o tym. Ale ona także go zraniła, nieustannie zarzucając mu arogancję i traktując jego matkę nielitościwie. Tyle że to [Imię] wydawała mu się zagubiona i bardziej bezbronna niż on, choć poniekąd myślenie o niej w ten sposób zdawało się... nietypowe. Pamiętał doskonale ich pierwsze spotkanie i to, jak mimowolnie pożałował, że nie zabrał ze sobą żadnej broni. Po chwili doszło do niego, że mimo groźnego wyglądu i okrutnych słów, stojąca przed nim istota nie zamierzała posunąć się do dzikiej brutalności. A później, gdy pomieszkał już trochę w zamku, zrozumiał, że nie z potworem miał styczność, a z kimś strasznie skrzywdzonym i pod wieloma względami porzuconym.
— Ach, dobrze, że wyszliśmy na zewnątrz. Pogoda jest naprawdę cudowna! — oznajmiła radośnie Lumiera, bez problemu dotrzymując Bellowi kroku. — Ale nie ukrywam, zdziwiła mnie twoja propozycja spaceru. Sądziłam, że dopóki nie przeczytasz całego zbioru, nie będziesz chciał wychodzić z biblioteki.
— To był efekt pierwszego zauroczenia. Teraz wreszcie zacząłem odczuwać braki w ruchu.
— Oby były to jedyne braki... — mruknęła pod nosem pani Trybik, która stwierdziła, że będzie im towarzyszyć, aby mieć na nich oko.
Bell udał, że niczego nie usłyszał i zaczął się uważnie rozglądać, podczas gdy Lumiera niesubtelnie droczyła się z panią Trybik.
Zamek otoczony był hektarami ogrodów, niektóre z nich wręcz zlewały się z wielkim lasem, po którego drugiej stronie, bardzo daleko, znajdowało się rodzinne miasteczko Bella. Wcześniej, gdy gorączkowo szukał matki, nie przyłożył szczególnej uwagi do wyglądu ów budynku. Ponadto panowała wówczas noc, więc i tak za wiele nie widział. Teraz wyraźnie mógł się przyjrzeć wysoko wzniesionym gotyckim wieżycom z ciemnych kamieni, obszernym balkonom wyciągającym się z tylko trzech komnat, rzędowi łukowatych okien i długim schodom przy zachodnim i wschodnim wyjściu.
Poranne światło odbijało się w oczku wodnym, które ominął z ciekawością; niestety, nie dostrzegł w wodzie żadnych rybek ani kwiatów. Całą posiadłość okalały wszelkiego rodzaju drzewa i krzewy, ale wszystko to wydawało się porzucone.
Wtem w oddali Bell zauważył stajnie. Z nadzieją wskazał je Lumierze, odwracając jej uwagę od pani Trybik.
— Macie tam konie? — zapytał.
Lumiera i pani Trybik odpowiedziały równocześnie:
— Ależ oczywiście.
— Absolutnie nie.
Bell posłał im rozbawione spojrzenie, gdy te wpatrywały się w siebie z wyrzutem.
— To tak czy nie?
— Nie waż się mu o nim mówić — ostrzegła pani Trybik.
— O kim, kochana?
— Wiesz o kim!
— Obawiam się, że nie wiem, kogo masz na myśli.
— O Spartanie! Nie mów o... — pani Trybik na chwilę zamilkła, gdy uzmysłowiła sobie, co zrobiła. — Nie znoszę cię, Lumiero.
Przez moment Bell wahał się, czy dopytywać o tożsamość Spartana; był tego bardzo ciekaw, ale widząc irytację i gniew pani Trybik, trochę zwątpił w sens ciągnięcia ów tematu. Ostatecznie jednak głód poznania prawdy wygrał.
— Kim jest Spartan? — zapytał niewinnie.
Lumiera ochoczo odpowiedziała, nie zwracając uwagi na wymuszone parsknięcia pani Trybik:
— To koń Jej Wysokości. Od śmierci księcia Edmunda nie akceptuje nikogo poza nią. Niestety, dla niego również nastały ciężkie czasy, od kiedy Jej Wysokość nie może na nim jeździć.
— A co z pozostałymi końmi?
— Resztę Jej Wysokość kazała wypuścić. Teraz gdy wszyscy — w większości — jesteśmy małymi przedmiotami, nie zdołalibyśmy się nimi właściwie zaopiekować. Tylko ze Spartanem Jej Wysokość nie zdołała się pożegnać, choć, tak między nami, sądzę, że on i tak by wrócił. To ogier z mocnym charakterem, przywiązany do członków rodziny królewskiej bardziej niż najlojalniejszy z psów. One, swoją drogą, same odeszły. Całkiem możliwe, że wystraszyły się nowego wyglądu naszej pani.
— To... bardzo przykre — mruknął Bell. Poczuł się zaniepokojony i zasmucony tym, co usłyszał. — Dlaczego nie chciałaś, żebym o nim wiedział? — zwrócił się do pani Trybik, wciąż buchającej złością.
— Aby nie przyszło ci do głowy się do niego zbliżać! Spartan jest dla Jej Wysokości ogromnie ważny. Widziałeś, jak wściekła się za zabranie zwykłej róży, a więc wyobraź sobie, w jaką furię by wpadła, gdybyś coś zrobił jej ukochanemu wierzchowcowi!
— Czy aby trochę nie przesadzasz? — wtrąciła Lumiera. — Co złego Bell mógłby zrobić?
— Przestań go podpuszczać! Nie wierzę, że jesteś aż tak nierozważna!
Bell popatrzył na stajnie, potem kolejno na zamek i las. Przestał słyszeć kłótnie pani Trybik z Lumierą, zbyt pochłonięty nasilającą się świadomością tego, że również mógłby w każdej chwili odejść. Odczuł to już wcześniej, ale teraz zyskał niemalże całkowitą pewność; tylko [Imię] zdołałaby go zatrzymać, lecz ona bez wątpienia dałaby mu uciec. To zrodziło w nim dwa zupełnie odmienne pragnienia; z jednej strony czym prędzej chciał wrócić do domu i upewnić się, że z jego matką i rodzeństwem wszystko w porządku; z drugiej, miał niemały opór uczynić to samo, co czynili wszyscy ci, którzy byli w stanie zostawić zaklętą w bestię księżniczkę i jej poddanych.
Jednak jego sceptycyzm kazał mu się dobrze zastanowić nad tym, co właściwie zamierzał zrobić i czy nie zaczynał wariować od wszystkich napotkanych w zamku dziwów. Nie bez powodu miał pełno wątpliwości.
Chapter 15: Kobieca zazdrość ~ Bell
Notes:
(See the end of the chapter for notes.)
Chapter Text
Zazdrość to pierwszy krok przygotowawczy do miłości.
ღ Bell ღ
Ciepłe promienie popołudniowego słońca sprawiały [Imię] dyskomfort. Gorączkowo pragnęła ukryć się przed wysoką temperaturą i nieprzyjemną jasnością, lecz jeszcze mocniej pragnęła umknąć przed... wszystkimi tak właściwie.
Przez spokojne ustosunkowanie się Bella do sytuacji, asertywność i pewność, jaką wykazywał w kontaktach z nią, znaczna część pałacowego personelu przestała się jej bać. Coraz częściej i śmielej do niej przychodzili, prosząc o podjęcie decyzji w sprawach, o których śmiało mogli zadecydować sami, tak jak robili to od przeszło dwóch lat, od kiedy to została rzucona na nich klątwa. Co gorsze, Lumiera dodatkowo zdawała się podjudzać resztę służących, gdyż sama dosyć notorycznie próbowała wpraszać się do jej komnaty na pogawędkę. Z kolei pani Trybik, najmniej odmieniona ze wszystkich, przychodziła tuż po niej, najprawdopodobniej z obawy, że zdanie Lumiery zacznie się dla księżniczki liczyć bardziej niż jej. Dla chcącej samotności bestii był to istny koszmar. Koszmar!
Może w głębi serca nie chciała być sama, ale pragnienia tak głęboko skrywane się dla niej nie liczyły. Nie, od kiedy rodzice zaczęli ją za nie karać. To chłodnych kalkulacji, analitycznych zdolności i dumy musiała się trzymać. Nie bez powodu ich rodzinne motto to dura lex, sed lex*. Gdy zapytała ojca, czemu niektórzy reagują gniewem bądź zaczynają żywić do nich nienawiść za egzekwowanie prawa, mówił, że wina nie leży po ich stronie, a po tych, którzy nie potrafią zrozumieć działań swoich panów. Wierzyła w jego słowa, choć czasem dosięgały ją wątpliwości, których jak najszybciej się wyzbywała. Miała w tym nie lada wprawę, a jednak teraz nie potrafiła przestać zastanawiać się, czy w ten sposób na pewno słusznie postępowali.
Ciche mruknięcie wyrwało się z jej gardła, gdy ciężko westchnęła. Nie podobały jej się zmiany, jakie od czasu pojawienia się Bella nadeszły w zamku. Były bowiem czymś nieznanym, obcym, przez co zupełnie nie wiedziała, jak powinna na nie reagować. Ponadto sam fakt, że coś się zmieniało, bardzo ją stresował. Ostatnim razem tak sporą przemianę wywołała śmierć króla, królowej i prawowitego następcy. To wszystko odmieniło na gorsze, o czym [Imię] wiedziała jeszcze zanim uderzyły w nią wszystkie skutki ich odejścia.
Mijały godziny, dni, tygodnie, miesiące, aż wreszcie i lata — wszystkie podobne do siebie i wszystkie mało ważne, jakby przez klątwę utknęła w miejscu. Raczej nie wychodziła ze swojej komnaty, nie szukała rozrywek ani towarzystwa, by stłumić poczucie winy. Gdyby wyjechała z rodzicami, zamiast Edmunda, byłoby im łatwiej. Jej brat poradziłby sobie lepiej niż ona, tak jak zawsze. Wiedziała, że nie powinna tak myśleć, że to niczego nie rozwiązywało, ale nie potrafiła dłużej tkwić w ślepym na prawdę marazmie po tym, co usłyszała od Bella. Na początku każde jego słowo wpuszczała jednym uchem i od razu wypuszczała drugim — nie zamierzała pozwalać się pouczać jakiemuś wieśniakowi — lecz im częściej pytał o to, jak się w danym momencie czuła, co lubiła, co jej przeszkadzało, a co chciała robić, uświadomiła sobie, że nikt wcześniej nie kierował do niej takich zapytań. Od rodziny otrzymywała polecenia i rozkazy, od służby i poddanych prośby albo dociekania, jak jakiś problem powinni rozwiązać. Właśnie to szczere zainteresowanie i brak ukrytych intencji sprawiły, że zaczęła podchodzić do Bella... inaczej.
Ale czy było to właściwe? Nie chciała przecież, żeby zaczęło jej na nim zależeć.
— Ładny rozciąga się stąd widok. Nic dziwnego, że tutaj przychodzisz.
[Imię] drgnęła, słysząc przyjemny dla ucha głos o głębokiej, spokojnej barwie z nutą rozbawienia. W podobny sposób wysławiał się jej brat, lecz nigdy nie brzmiał tak miło i kojąco, gdyż w jego tonie zawsze gdzieś się krył cień arogancji. Mimo to serce bestii zadrżało.
— Co tutaj robisz? — zapytała, mrużąc oczy.
Bell, z lekkim uśmiechem na ustach, oparł się o framugę okna, wzruszając ramionami. [Imię] niemal wyczuwała jego pogodność, choć bardziej dawało jej się we znaki własne nagłe skrępowanie. Przeniosła wzrok z okalanej promieniami słonecznymi przystojnej twarzy na pokryte lasami wzgórza. Jej świat ograniczał się do zamku jeszcze zanim klątwa zmusiła ją do przebywania blisko zaczarowanej róży. Nigdy nie widziała morza, pustyni ani miast nieznajdujących się pod pieczą swojej rodziny, ba!, nawet wszystkich ziem ponoć do niej należących nie odwiedziła. Wtedy dobrowolnie tkwiła w więzieniu, nieszczególnie pragnąc gdziekolwiek się wybierać, podczas gdy teraz z wielką chęcią poszłaby gdziekolwiek.
Jakiż los był ironiczny...
— Widziałeś kiedyś coś innego niż lasy i góry? — wyszeptała bez zastanowienia.
Zadrżała. Przed oczami przemknęła jej zniesmaczona twarz matki; kobiety, która mimo dobrych manier i matczynej miłości potrafiła podnieść na nią rękę przez najmniejszy błąd.
— Tylko w książkach i wyobraźni — odparł Bell, którego kojący głos odegnał nieprzyjemne wspomnienia [Imię]. — A ty?
— Jedynie na obrazach.
— Och, nie zauważyłem ich nigdzie.
— To dlatego, że je zdjęłam i wrzuciłam do kominka.
— Dlaczego?
[Imię] uniosła brwi, niezbyt zadowolona z tego, że dociekał, ale on tylko się uśmiechnął.
— Przypominały mi ojca, to on je sprowadził. Były również cierniem. Pokazywały mi dobitnie rzeczy, których nigdy nie zobaczę — rzuciła ponuro. Oczekiwała kolejnego pytania, lecz żadne nie padło.
Bell nigdy nie poruszał kwestii rodziny; ani jej, ani swojej. [Imię] nie wiedziała, czy w ten sposób nie chciał przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy w ich relacji, czy po prostu dowiedział się wszystkiego od Lumiery lub pana Imbryka, z którymi zdawał się spędzać najwięcej czasu.
— Wielka szkoda... Ale rozumiem, czemu tak postąpiłaś. Rozpacz może zmienić i ukształtować człowieka na nowo. Potrafi nawet doprowadzić do nienawiści wobec tych, których niegdyś się kochało. Do zrobienia wszystkiego, byle tylko ulżyć sobie w cierpieniu...
[Imię] nie odpowiedziała. Nie mogła mu przytaknąć, choć były to najprawdziwsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszała.
— Podejrzewałem już wcześniej, że przez klątwę nie możecie oddalić się od zamku. Ale wciąż możecie się poruszać po ogrodach i pobliskim lesie, prawda? Są przecież częścią tego miejsca — dodał po chwili zupełnie innym, mniej poważnym tonem.
— Być może... Nigdy tego nie sprawdzałam.
— To może przejdziemy się do stajni, żeby odwiedzić Spartana?
— Kto powiedział ci... — zaczęła gniewnie [Imię], lecz zaraz umilkła, uświadamiając sobie, że doskonale znała odpowiedź. — Zabiję ją, jeśli pozwoliła ci zbliżyć się do Spartana.
— Nie zrobiła tego — zaprzeczył. — Sam do niego poszedłem, gdy była zajęta kłótnią z panią Trybik.
Wszelka miękkość, poczucie słabości oraz smutku w mig zniknęły z [kolor] oczu [Imię]. Wyglądała na równie wściekłą, jak wtedy, gdy Lumiera i pani Trybik powiedziały jej o wtargnięciu do zamku złodziejskiej matki Bella, o czym zamierzała mu przypomnieć, lecz — jakby domyśliwszy się tego — młodzieniec odezwał się po raz kolejny, uprzedzając ją:
— Masz prawo się gniewać. Zrobiłem coś, czego sobie nie życzyłaś i choć wiedziałem, że nie będziesz na początku zadowolona, to doszedłem do wniosku, że muszę to zrobić. Zwierzęta też mogą odczuwać samotność, wiesz? A już szczególnie takie, które są mocno przywiązane do swoich właścicieli. Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że taki dumny koń jak Spartan nie dałby mi się zbliżyć, gdyby nie czuł się źle.
[Imię] zacisnęła zęby, by powstrzymać cisnące się na język słowa pogardy. Pogardy, której — jak wiedziała — nie czuła do Bella, lecz do samej siebie. To ona zawiniła. Porzuciła Spartana, choć był jedyną istotą zagrzewającą miejsce w jej małym, zranionym sercu. A jednak, po krótkiej chwili, poczucie winy ustąpiło miejsca gniewowi i frustracji. Wbiła pazury w dachówki tak mocno, że parę z nich oderwało się od dachu i z łoskotem zsunęło, mknąc ku ziemi na spotkanie śmierci.
— Skoro jesteś taki mądry, to wiesz, że nikt ani nic cię tutaj nie trzyma! Czemu więc zostałeś? Spodobało ci się uwielbienie, jakim pozostali cię darzą? A może planujesz mi odebrać resztki tego, co mam w ramach zemsty za to, jak potraktowałam twoją matkę?!
Bell pokręcił głową. Jego wyraz twarzy wyraźnie pokazywał, że był nie tyle zły, co rozczarowany słowami [Imię].
— To, że mnie polubili, nie oznacza, że przestali się tobą przejmować. Sympatia nie ma ograniczonych zasobów, nie przestajesz kogoś obchodzić tylko dlatego, że poznali kogoś nowego. — Wbił wzrok w jej pełne gniewu oczy, nie poświęcając najmniejszej uwagi zniszczeniom na dachu. — A gdybym chciał zemsty, to ignorowałbym cię, zamiast próbować się z tobą porozumieć.
Zapadła cisza po tym, jak [Imię] się bezgłośnie żachnęła. Głos w głowie, ten, który nieustannie powtarzał jej o zasadach rodziny De Arcanum, zaczął się z niej śmiać, gdyż swoją reakcją i słowami zdradziła swe prawdziwe uczucia.
Te brzydkie uczucia, o których chciała jak najszybciej zapomnieć.
— Zemsta brzmi wiarygodniej niż to, że się mną przejmujesz.
— Jeśli nie chcesz, żebym się tobą przejmował, to odejdę. — Odsunął się od okna i odwrócił na pięcie.
Na kilka sekund odebrało [Imię] mowę.
— Nie...nie to miałam na myśli — mruknęła, co sprawiło, że Bell przystanął i obejrzał się na nią.
— A więc co?
Jako dziecko [Imię] uwielbiała odpowiadać na niewygodne pytania nie wiem, ale rodzice bardzo szybko postawili ją do pionu, zabraniając w tak przygłupi sposób się wyrażać, szczególnie przy członkach rady. Wlewano w nią tyle wiedzy, by nigdy nie miała problemu z pojęciem jakiegoś tematu. Brak obeznania był nieakceptowalny, ale jeszcze gorzej patrzono na przyznanie się do niemożności udzielenia właściwego komentarza. Pamiętała o tym bardzo dobrze, a mimo to nic poza nie wiem, nie przychodziło jej w owej chwili do głowy.
— Nieważne. Rób, co chcesz — odparła w końcu i dumnie się podniosła, szykując się do wejścia do zamku przez inne okno. — Tylko nie zbliżaj się do Spartana, jeśli nie ma mnie w pobliżu.
Bell pokiwał głową, ukrywając uśmiech satysfakcji. Gdyby jednak [Imię] spojrzała mu w oczy, zauważyłaby w nich iskierki zadowolenia.
Lecz księżniczka nie zerknęła na niego ani na moment, zbyt zawstydzona swoim uległym zachowaniem.
Notes:
*Dura lex, sed lex – łac. Twarde prawo, ale prawo.
Chapter 16: Poważny strach ~ Bell
Chapter Text
To uczucia tworzą przywiązanie, a nie czas.
ღ Bell ღ
Po jadalni roznosił się cichy stukot sztućców, kiedy to [Imię] i Bell kroili jedzenie czy też nakładali je na widełki widelca, poświęcając ów czynnościom więcej uwagi niż sobie nawzajem. Bestia przy każdym posiłku okazywała brak zainteresowania, dlatego nikogo nie dziwiła jej posępna postawa. W przeciwieństwie do Bella – mężczyzna zawsze rozpoczynał jakąś dyskusję; a to zadawał szczegółowe pytania o preferencje księżniczki, a to opowiadał o przeczytanej zeszłej nocy książce albo dzielił się świeżym spostrzeżeniem na temat zamku. Co prawda nie czyniło to z niego gaduły, momenty ciszy często zdarzały się między nim a panią zamku, ale nigdy wcześniej nie miała miejsca sytuacja, przez którą w powietrzu wisiałaby tak ciężka atmosfera.
Atmosfera, której zamienieni w przedmioty ludzie nie potrafili znieść.
— Nie rozumiem tego! Wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Czemu teraz ze sobą nie rozmawiają? — zastanawiała się na głos Lumiera, chodząc w kółko po kuchni.
— Może źle ci się wydawało — zasugerowała pani Trybik jak zwykle wyniosłym tonem z odrobiną sarkazmu.
— O nie, nie, nie! Wzrok Jej Wysokości zmiękł przy nim więcej niż raz. To na pewno coś znaczy!
— Coś? Nie była to przypadkiem chęć mordu?
— Och, Trybiku, ty chyba nic o miłości nie wiesz.
Pani Trybik aż cała zesztywniała na te słowa. Gdyby wzrok mógł zabijać, Lumiera od razu padłaby martwa.
— Że niby ja nie wiem?! Płynie we mnie galijska krew! Wszystko, co romantyczne mam w małym paluszku!
— Wybacz, moja droga, ale muszę ci to powiedzieć, bo być może nie zauważyłaś tego; obecnie nie masz ani krwi, ani palców.
— Ach, tak? A ty, Lumiero, nie masz w sobie...
Słysząc głośny huk, pani Trybik natychmiast zamilkła i zamarła w bezruchu, podobnie jak pozostali pracownicy przebywający w kuchni. Jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki przypomnieli sobie o nadludzkim słuchu swojej pani.
Tymczasem [Imię] z grymasem wróciła do przerwanej czynności, jaką było ostrożne manewrowanie wielkimi łapami i sztućcami. Po uderzeniu w stół kilka naczyń się przewróciło, ale nie przejmowała się tym. W kuchni znajdowało się wystarczająco porcelany, więc gdyby chciała, mogłaby codziennie któreś tłuc. Gorzej sytuacja by się przedstawiała w przypadku złamania drewnianej ławy, gdyż mebli na stanie mieli niewiele.
Rozdrażniona zachowaniem swych poddanych westchnęła ciężko. Właśnie miała nabić na widelec kawałek mięsa, lecz straciła nagle apetyt. Z przyzwyczajenia rzuciła okiem w stronę niewzruszonego całą sytuacją Bella. Nie mógł usłyszeć pierwszego fragmentu rozmowy Lumiery i pani Trybik, ale czy powiedziałby cokolwiek, gdyby było inaczej? Czy wreszcie okazałby jakieś zainteresowanie? I, co najistotniejsze, czy ją samą to w ogóle obchodziło?
[Imię] potrząsnęła włochatym łbem, odłożyła sztućce i szykowała się do odejścia od stołu. Ciało jednak odmówiło jej posłuszeństwa. Wewnątrz toczyła walkę między wpojonymi wartościami a ukrywającymi się w kącie uczuciami. Między uniesieniem się dumą a otwarciem serca.
Zamknęła na moment oczy, jak gdyby miało jej to pomóc w podjęciu decyzji. Ostatni raz czuła taki lęk tuż przed rzuceniem przez czarodzieja klątwy.
— Czy... — zaczęła słabym głosem, którego brzmienie niewymownie ją zawstydziło. Pospiesznie odchrząknęła i spróbowała raz jeszcze, ale z większą pewnością. — Czy coś się stało?
Bell podniósł na nią wzrok. Dopiero wtedy [Imię] zdała sobie sprawę, jaki był blady. Zastanawiała się, co mogło go zdenerwować albo zmartwić w ostatnim czasie, lecz nic nie przychodziło jej do głowy.
— Nie, wszystko w porządku — odparł. Mimo że brzmiał spokojnie jak zawsze, kąciki jego ust nawet nie drgnęły. Gdyby [Imię] dopiero go poznała, pomyślałaby, że zapomniał, jak się uśmiechać.
— Czyżby? — Skrzywiła się, gdy tylko usłyszała prowokujące powątpiewanie w swoim tonie. Tym razem jednak nie zamierzała się poprawiać. — Może wreszcie dotarło do ciebie, że spędzenie życia w zaklętym zamku z gadającymi przedmiotami i bestią to koszmarna decyzja?
Wyraz twarzy Bella zmienił się, zdradzając oznaki irytacji. Z obserwacji [Imię] wynikało, że zawsze robił taką minę, gdy ktoś z czymś przesadzał.
Tym ktosiem najczęściej była ona.
— Nie o to chodzi. — Westchnął ciężko i również odłożył sztućce na stół. Fakt, że wreszcie miała jego pełną uwagę, poprawił w pewnym stopniu jej samopoczucie.
— A więc o co? Za zimno jest w zamku? Do twojej komnaty wpada za mało światła? Zajęcia ci brakuje? Coś ci mogę zaraz znaleźć.
— Myślałem, że z podobnymi zażaleniami powinienem udać się do Lumiery.
— Jeśli takie rzeczywiście masz zmartwienia, to koniec tematu — warknęła [Imię], jak zwykle źle reagując na najmniejszy oznak braku szacunku. A przynajmniej tak sobie tłumaczyła narastający w klatce piersiowej ogień frustracji.
[Imię] i Bell patrzyli na siebie w milczeniu, aż w końcu bestia nie wytrzymała i wstała od stołu, czemu towarzyszył nieprzyjemny zgrzyt przesuwanego po podłodze krzesła. Było to kolejnym przypomnieniem, że utraciła człowieczą postać, a razem z tym grację i lekkość ruchów.
Ledwie powstrzymując drżenie z wściekłości, już miała odwrócić się i wyjść, ale zatrzymał ją przygaszony głos Bella:
— Jutro są urodziny mojej matki. Wiem, że zobowiązałem się tutaj zostać i zadośćuczynić za jej kradzież, ale naprawdę chciałbym przynajmniej przez jeden dzień móc być z nią i braćmi. Zaraz potem bym wrócił.
W komnacie zapadła cisza. Nawet przebywające w kuchni przedmioty wstrzymały oddech, nie wiedząc, jak na tę prośbę zareaguje bestia. Lumiera i pani Trybik miały nadzieję, że księżniczka odmówi, tak byłoby dla nich wszystkich bezpieczniej, ale pan Imbryk i kucharz Leonardo mieli zgoła inne zdanie – Bell powinien spotkać się z rodziną i samemu zadecydować o swoim ewentualnym powrocie. Do zdjęcia klątwy potrzebowali prawdziwej miłości, a takowej nie wywołałyby żadne żądania ani izolacja.
Wszyscy jednak, łącznie z Bellem, czekali na decyzję [Imię].
— Mówiłam ci już wielokrotnie, że nikt cię tu nie trzyma — powiedziała w końcu. Zarówno jej twarz, jak i ton głosu nie zdradzały najmniejszego cienia emocji. — Chcesz iść? Droga wolna.
Bell również podniósł się ze swojego miejsca, lecz nie odszedł od niego. Nie chciał [Imię] przytłaczać, a gdyby próbował się do niej zbliżyć, kiedy ewidentnie pragnęła dystansu, z pewnością przyniosłoby to niepożądany efekt. Niemniej czuł, że musi zapewnić ją i podsłuchujące z kuchni przedmioty o szczerości swoich czynów.
— Nie zamierzam odejść, tylko odwiedzić rodzinę. Zaproponowałbym wam, żebyście poszli ze mną, gdyby nie...
— Wystarczy — bestia nie zamierzała tego słuchać — nie obchodzi mnie, co zrobisz.
Tylko surowe wychowanie powstrzymało [Imię] przed trzaśnięciem drzwiami. Nie była w końcu rozkapryszoną księżniczką. Zmęczoną, zrozpaczoną, sfrustrowaną i zagubioną owszem, ale nie rozpieszczoną. Już nie.
Czuła się źle, kiedy z wahaniem pokonywała kolejne stopnie kamiennych schodów. Zamiast przeć naprzód dumnie i pewnie, stąpała jak jeniec skazany na ścięcie. Każdemu krokowi odpowiadało ciężkie uderzenie serca. Instynktownie skierowała się do swojej komnaty, w której jedyne, co widziała, to magiczną różę z trzema pomarszczonymi płatkami. Lada moment miały odpaść i [Imię] doskonale wiedziała, kiedy dokładnie to nastąpi; w dniu jej dwudziestych pierwszych urodzin, a więc już za miesiąc.
Jak wygodnie było o tym nie myśleć. Upchać świadomość zbliżającej się katastrofy do solidnego kufra i zabezpieczyć go mocną kłódką. W końcu przez to, co ją spotkało, znienawidziła siebie i swoje czyny; próbowała odszukać inne rozwiązanie, ale nic to nie dało. Mogła tylko rozpaczać, wściekać się i chować z marną, żałosną nadzieją, że zdarzy się cud.
A teraz, kiedy cud ten wydawał się mieć miejsce, pozwoliła mu przepaść. Jakaż była żałosna i pełna strachu. Powinna walczyć, starać się, pokazać chociażby resztkę swojego człowieczeństwa, ale czy przypadkiem czarodziej nie postawił ją przed niemożliwym zadaniem? Nie umiała przecież kochać. Nie wierzyła, żeby kiedykolwiek potrafiła. Przeżyła rzeczy, które wyryły na niej głębokie piętna; mogła nigdy sobie z nimi nie poradzić.
~*~
Następnego ranka [Imię] zbudziła się ze snu, w którym Lumiera, pani Trybik i reszta poddanych wściekli, że przez nią na zawsze pozostaną pod postacią przedmiotów, zapędzili ją na skraj dachu, z którego spadła; wywołało to w niej taki strach, że po przebudzeniu nie ośmieliła się pójść na wyższe piętro, jak to miała w zwyczaju.
Zamiast tego otworzyła wyjście na balkon. Słońce wzeszło niedawno i powietrze pachniało świeżością. Słyszała śpiew ptaków dobiegający z koron drzew otaczających zamek. Mimo dojmującego pragnienia wyjścia na światło, pozostała wewnątrz swej obskurnej komnaty.
Niedługo później najpierw usłyszała, a potem dostrzegła poruszenie przed zamkiem. Był to komitet pożegnalny dla Bella i choć [Imię] ze swojego miejsca nie mogła zauważyć każdej postaci mebla albo naczynia, wiedziała, że wszyscy pałacowi pracownicy się tam znajdowali. Jeszcze parę tygodni temu bestie zirytowałby ów widok, ale po tym, ile pozytywnych emocji obudził w nich Bell, nie umiała się dłużej gniewać na poddanych za okazywanie mu takiej sympatii.
Niewidoczna dla nikogo obserwowała całe zajście. Żadne słowa do niej nie docierały, lecz nie przeszkadzało jej to; wystarczyło, że widziała uśmiech Bella. Jednak mijały minuty i nic się nie zmieniało. Wyglądało to tak, jakby na kogoś jeszcze czekali. Nadzieja w sercu [Imię] wykiełkowała i księżniczka nie potrafiła jej zerwać.
Oswajając się z tym kiełkiem, poczuła, że nagle dzieje się z nią coś dziwnego. Czuła ucisk na klatce piersiowej, oddychała szybciej. Nigdy nie brała udziału w sparingach ani treningach z łucznictwa, inaczej rozpoznałaby od razu to ściskanie wewnątrz brzucha: strach zmieszany z podnieceniem, nie wiadomo dlaczego. Sensacje trwały, pogłębiały się i zmieniały w miarę, jak docierały do kolejnych części jej ciała.
[Imię] ledwie śmiała oddychać, kiedy po wyjściu z komnaty zaczęła zbiegać na czterech łapach w kierunku holu, a potem do głównego wejścia do zamku. Zanim ktokolwiek zdołał zauważyć jej pośpiech, opanowała się, podniosła i niezauważalnie drżąc, podeszła do zebranych. Poddani po dostrzeżeniu jej obecności w popłochu umykali na bok, robiąc miejsce i witając się z lekkim podenerwowaniem, niepewni kierowanymi bestią zamiarami.
Bell tylko przez krótki moment wyglądał na zaskoczonego, tak że można było uznać to za złudzenie. W przeciwieństwie do delikatnego, zachęcającego uśmiechu, którym uraczył [Imię].
Jeśli jakaś część [Imię] miała zamiar podjudzić ją do wszczęcia kłótni, to ten właśnie uśmiech ją od tego odwiódł.
— Miło, że dołączyłaś. — Były to tylko trzy słowa, ale skala ich znaczenia sięgała znacznie dalej; do czegoś pomiędzy ''nareszcie jesteś'' a ''przestałaś się złościć?''.
— Przyszłam powiedzieć, żebyś wziął Spartana — oznajmiła [Imię] z powagą, mimo to wszystkim było trudno uwierzyć w to, co powiedziała.
— Jesteś pewna? — zapytał cicho Bell po chwili milczenia. Nie był pewien, czy powinien cieszyć się z gestu [Imię]; mógł oznaczać, że mu ufała lub że definitywnie przestało jej na kimkolwiek zależeć. Nawet na ostatniej spuściźnie po zmarłym bracie.
— Tak, jestem. Sam przecież wiesz, że Spartan to mądry koń. Jeśli będzie chciał wrócić, to wróci. Nikt go przed tym nie zatrzyma.
— To prawda, lecz na pewno nie wróci sam — zapewnił Bell.
W tym momencie serce [Imię] biło tak szybko, że czuła pulsowanie w skroniach. Wymienili z Bellem spojrzenia, dziwnie poważne i formalne, zanim ruszyli w kierunku stadniny.
Nikt nie widział milczącego dramatu rozgrywającego się we wnętrzu [Imię], ale nie było to ważne. Dla księżniczki najbardziej liczyło się pokonanie żywiących się jej rozpaczą demonów, bo skoro zrobiła to raz, następnym razem też mogła to zrobić, a to dawało nie tylko nadzieję, lecz również realną szansę na zmianę przeznaczenia.
Chapter 17: Świętowanie urodzin ~ Bell
Chapter Text
Nawet dobroć potrafi być trująca.
ღ Bell ღ
Bell dotarł do rodzinnego domu jeszcze tego samego dnia, w którym opuścił zamek bestii. Chociaż droga nie była jakoś szczególnie długa i wyruszając pieszo zapewne również zdążyłby na czas, to jednak przejażdżka na Spartanie nie tylko znacząco skróciła ową podróż, ale także znacząco ją umiliła. Świat wyglądał piękniej z końskiego grzbietu i bynajmniej nie chodziło jedynie o zmianę perspektywy. Odczuwanie pod sobą bliskości innego stworzenia, szczególnie tak majestatycznego i dumnego, poruszającego się z gracją i płynnością, której nie każdy człowiek mógł dorównać, sprawiało, że wręcz chciało się spojrzeć na niektóre rzeczy w nowy sposób. Tym bardziej Bell docenił gest [Imię] i poprzysiągł sobie, że odwdzięczy się jej za to po powrocie do zamku.
Ale jak na razie miał inne sprawy na głowie. Wpierw musiał dobrze zająć się Spartanem i przygotować mu zadowalające miejsce w stodole obok jego rodzinnego domu, aby przypadkiem koń nie uciekł. Owszem, istniała spora szansa, że wróciłby do zamku, ale mimo wszystko nie zamierzał ryzykować. Czułby się nadzwyczaj podle, gdyby po dobroci, jaką okazała mu [Imię], nie zadbałby właściwie o jej wierzchowca.
Kiedy skończył oporządzać Spartana, przed wejściem do stadniny spotkał jednego ze swoich starszych braci — Arcadiusa.
— A już myślałem, że oczy mnie mylą, a jednak to prawda. Wrócił syn marnotrawny! — zawołał Arcadius i przyciągnął Bella do braterskiego uścisku. — Dobrze widzieć, że nic ci nie jest. Matka umierała ze zmartwienia.
— I tylko ona, jak przypuszczam — odpowiedział mu Bell w tym samym, nieco ironicznym tonie.
— Czemu mielibyśmy się martwić? Jesteś już dorosły i wiesz, jak o siebie zadbać. Zresztą, kto by uwierzył w tę opowieść o bestii w jakimś starym zamku za lasem, której służą gadające przedmioty?
Bell pokiwał głową w geście zrozumienia. Niemniej jednak poczuł się bardzo zmartwiony o stan swojej matki i niechlubną opinię, jaką mogła sobie wyrobić, opowiadając innym ludziom o bestii. Sam również wolałbym opowiedzieć wszystkim prawdę, ale czy ktokolwiek uwierzyłby mu? A nawet gdyby uwierzył w istnienie [Imię], to przecież mogliby ją uznać za potwora, którego należy zgładzić. Przeszły go dreszcze niepokoju na myśl o tym, że sprowadziłby na nią i na pozostałych tak wielkie niebezpieczeństwo.
— Mam nadzieję, że byliście dla niej wyrozumiali. Wiecie przecież, że miała wysoką gorączkę, kiedy znalazła się w tamtym zamku — powiedział w końcu.
— Och, czyli zamek naprawdę istnieje? Nigdy bym nie pomyślał, że za lasem może być taka budowla... Ale czy nie powinna być ona stąd widoczna?
— Obawiam się, że nie znajduje się aż tak blisko.
— Rozumiem... — Arcadius zamyślił się na chwilę. — To kto w takim razie w nim mieszka?
Bellowi zrzedła mina. Właśnie dlatego nie lubił kłamać; jedno kłamstwo zawsze ciągnęło za sobą kolejne.
— Stary magnata razem z najwierniejszymi sługami. Choć nie ma ich zbyt wielu. Zamek jest praktycznie opuszczony, dlatego naszej matce musiało wydawać się, że może się w nim rozgościć i zerwać z ogrodu różę. Ale jak widzisz, nie był całkowicie opuszczony, stąd ta cała sytuacja.
— Skoro to ktoś tak słaby, to nie mogłeś po prostu zabrać matki i odejść? Wątpię, że ten staruszek by cię ścigał.
— To byłoby nad wyraz chamskie zachowanie. Ten staruszek nic złego nie zrobił, więc dlaczego miałbym okazać mu taki brak szacunku? — oburzył się Bell.
— No bo mimo wszystko źle potraktował naszą matkę. Powiedziała przecie, że zamknął ją w lochu!
— To było... nieporozumienie. Nieważne zresztą, co było kiedyś. Doszliśmy do porozumienia. Wszystko jest teraz w porządku. Jestem tutaj.
— Ta, po dwóch miesiącach nieobecności — parsknął Arcadius, z twarzą wykrzywioną w pogardliwym grymasie.
Bell jednak nie dał się sprowokować.
— Możemy się tak przekomarzać cały dzień, ale czy nie lepiej skupić się na świętowaniu urodzin naszej matki?
— Widzę, do czego zmierzasz, ale niech ci będzie.
Arcadius porzucił pretensjonalny ton i powrócił do swojego wcześniejszego beztroskiego i żartobliwego zachowania, co pozwoliło Bellowi nieco się rozluźnić.
Zaledwie dwie minuty później Bell wpadł w objęcia swojej zapłakanej i zmizerniałej matki. Kobieta nie mogła uwierzyć, że widzi swego najmłodszego syna całego i zdrowego, a na dodatek szeroko uśmiechniętego. Widmo strasznej, włochatej bestii o kłach ostrych jak brzytwa żyło w niej tak mocno, że Bell musiał przez dobrą godzinę z przekonaniem kłamać jej w żywe oczy, aby ukoić jej zszargane nerwy.
Jeszcze tego samego dnia przyjechało czterech starszych braci Bella wraz ze swoimi żonami. Pierwsi dwaj tkwili w nieszczęśliwych małżeństwach; zarówno Victor, jak i Joseph ożenili się z niesamowicie pięknymi kobietami o zapierającej dech w piersiach urodzie. Jednak obie małżonki były tak zajęte samymi sobą, że rzadko kiedy zwracały uwagę na swych mężów.
Z kolei trzeci brat, Damien, miał żonę despotkę, która rozstawiała go po kątach bardziej, niż kiedykolwiek czyniła to jego matka. A i czwartemu niezbyt się poszczęściło, gdyż jego wybranka przy każdej możliwej okazji ubliżała w jakiś sposób innym osobom, a najbardziej właśnie swemu mężowi.
Arcadius co prawda żonaty jeszcze nie był i dlatego wciąż mieszkał z matką, niemniej z jego słabością do pięknych kobiet, wszyscy spodziewali się, że skończy tak samo nieszczęśliwie, jak jego starsi bracia.
Gdy wszyscy zebrali się w salonie skromnego domostwa, pierwszym, co rzuciło się wszystkim braciom w oczy, to dobre samopoczucie i wygląd Bella. Według ich matki cierpiał katusze w towarzystwie bestii i choć nigdy w taki scenariusz nie uwierzyli, obecny widok jeszcze bardziej upewnił ich w przekonaniu, że zostali oszukani. Co więcej, usłyszeli od Arcadiusa, na jakim szlachetnym koniu Bell przyjechał, co tylko dodatkowo podsyciło ich zazdrość.
Pod wieczór pięciu braci wyszło na ganek, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, choć w rzeczywistości rozmawiali półszeptem o Bellu:
— Widzieliście, jaki ten szczeniak jest szczęśliwy? Czym sobie na to zasłużył? Przecież w niczym nie jest od nas lepszy!
— Pewnie ten stary magnata nie jest taki biedny, jak nam próbuje wcisnąć. Założę się, że wkupił się w jego łaskę i teraz korzysta z jego majątku wedle woli.
— To by tłumaczyło, czemu wcześniej nie przyjechał. Biedna matka tak się o niego zamartwiała, a on się w luksusach pławił. Co za drań!
— Czy przypadkiem nie mówił, że musi jutro wracać? — wspomniał Victor z chytrym uśmieszkiem.
— Tak, wspomniał o tym, kiedy matka zaproponowała, żeby pojechał z nią jutro do miasta — odparł Damien.
— Ale co to ma do rzeczy? — zapytał ostatni z braci.
— A to, że jeśli zmusimy go, żeby został tutaj dłużej, to ten magnata wpadnie w furię. Może matka się w tej kwestii nie myliła i rzeczywiście ma on ogromny temperament. W takim wypadku nie wybaczy Bellowi, że zignorował jego rozkaz i wyrzuci go z zamku — wyjaśnił Victor.
— Podoba mi się ten pomysł! Tylko na razie niczego nie dajmy po sobie poznać. Bądźmy dla niego mili, żeby uśpić jego czujność.
Tak jak ustalili, tak też uczynili. Po powrocie do środka byli niesamowicie serdeczni i mili dla Bella, że ten zaczął wierzyć, iż jego bracia naprawdę się za nim stęsknili.
Jednak już następnego dnia zaczęły się pierwsze kłopoty, kiedy to Bell chciał przygotowywać się do wyjazdu.
— Bracie, błagam, nie odjeżdżaj jeszcze! — zawołał rozpaczliwym głosem Damien. — Pilnie potrzebuję pomocy w moim sklepie, a wszyscy pozostali są zajęci. Tylko na ciebie mogę liczyć. Proszę, nie zostawiaj mnie samego w potrzebie!
— Spokojnie, Damien. Najpierw wytłumacz mi, o co chodzi i jak mogę ci pomóc? — zapytał Bell. Miał wszakże nadzieję, że zdoła pomóc bratu i wrócić jeszcze tego samego dnia do zamku.
— Nie ma na to czasu! Chodź ze mną, to pokażę ci, o co chodzi.
Bell wyraźnie się zawahał. Nie chciał ryzykować, że nie wywiąże się z danego [Imię] słowa i dlatego wolałby już wyruszyć w drogę do zamku. Trudno mu jednak było zostawić brata w potrzebie, szczególnie że ten rzadko kiedy o coś go prosił.
Może jak z nim teraz pojadę, to zdążę ze wszystkim — pomyślał i mimo ciężkiego uczucia na sercu zdecydował się pomóc Damienowi.
Niestety, seria nagłych i błagalnych próśb nie miała końca. Wystarczyło, że Bell uporał się z jednym zadaniem, a zaraz nadchodził kolejny z jego braci, rozpaczając nad swym straszliwym losem lub niespodziewanym pechem, który naraz uprzykrzył mu życie. W ten sposób Bell spędził w rodzinnej miejscowości ponad tydzień, nie zdając sobie sprawy z tego, jak jego nieobecność wpłynęła na [Imię].
Dziesiątej nocy Bellowi przyśnił się zamek bestii. Na pierwszy rzut oka wszystko było takie samo jak w rzeczywistości. Brakowało jedynie Lumiery, pani Trybik, Imbryka i pozostałych, łącznie z [Imię]. Bell najpierw rozejrzał się po pałacowych ogrodach i dziedzińcu, a potem sprawdził po kolei każdą znaną mu komnatę. Szukał i szukał, lecz bezskutecznie.
W końcu postanowił sprawdzić komnatę [Imię], mimo że miał tam absolutny zakaz wstępu. Ale przecież to był sens, czyż nie? Poza tym troska Bella osiągnęła już takie apogeum, że nawet szczerząca się w gniewie bestia nie powstrzymałaby go przed wejściem do środka.
Ledwie jednak wkroczył do komnaty, a zobaczył tam [Imię], leżącą bez sił na podłodze.
— Zarzekałeś się, że...wrócisz — wyszeptała słabym głosem, tak zupełnie do niej niepodobnym. Jak gdyby cierpiała już nie tylko na duszy, ale również na ciele. — I wróciłeś, ale... Jest już za późno.
A potem, bez żadnego ostrzeżenia, bestia wyzionęła ducha.
Bell z niemym krzykiem na ustach wybudził się ze snu. Serce biło mu jak oszalałe, mocno przeżywając wydarzenia, które miały miejsce w jego sennych wyobrażeniach. Ani myślał wrócić po tym z powrotem spać. Postanowił się ubrać, pożegnać naprędce z matką i natychmiast wyjechać. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, coś naprawdę złego stanie się z [Imię].
Chapter 18: Deklaracja uczuć ~ Bell
Chapter Text
Niech twe czyny przemawiają w imieniu twoich uczuć.
ღ Bell ღ
To uczucie...
A właściwie przeczucie było dojmujące i wszechogarniające, jak gorączka naraz biorąca we władanie całe ciało, i stanowiło jedyny argument, którym Bell mógł się posłużyć, aby wyjaśnić swój niewyobrażalny niepokój.
Skąd się wzięło to przeczucie? Przecież mieszkańcy zamku byli właściwie chronieni przez — o ironio — klątwę, która została na nich rzucona. Nikt poza nim i jego matką nie zdawał sobie sprawy z istnienia bestii i ludzi zamienionych w przedmioty. Zaklęcie czarodzieja sprawiło także, że wspomnienia o rodzinie królewskiej zostały zakryte, a samo zamczysko dało się dostrzec jedynie z bliska.
A co jeśli ktoś trafił do zamku przypadkiem tak jak jego matka?
Nie, nie — Bell pokręcił ze wzburzeniem głową, tracąc na moment ścieżkę z widoku. Gadające przedmioty i groźny wygląd [Imię] odstraszyłyby każdego.
Czemu więc nie mógł się uspokoić? Rozsądek podsuwał mu przecież tyle logicznych przesłanek obalających jego niedorzeczny niepokój, a mimo to serce zdawało się na nie głuche. Czy naprawdę aż taki wpływ miał na niego niedawny sen? Ponoć, gdy spotkało się bratnią duszę, potrafiło się poczuć, jeżeli jakieś niebezpieczeństwo jej groziło. Tyle tylko, że Bell uważał coś takiego za element romantycznych baśni, a nie fragment prawdziwego, o wiele mniej bajkowego życia. Poza tym...
Czy doprawdy wierzył, że [Imię] była jego bratnią duszą? Jeszcze dwa miesiące temu żywił do niej poważną urazę za to, jak obeszła się z jego matką i nim samym na początku ich niechcianego współlokatorstwa. Tylko obawa przed zemstą bestii oraz duma — którą zawsze wytykano mu jako wadę — sprawiły, że nie uciekł. Ale jak się niebawem dowiedział, mógł to śmiało uczynić, gdyż gniew [Imię] prędko opadł i zamiast go tyranizować, zdawała się czekać, aż odejdzie i zostawi ją w spokoju.
Wtedy po raz pierwszy przemknęło mu przez myśl, że zaklęta księżniczka mogła nie tyle być złą osobą, co kimś bardzo skrzywdzonym, kto próbuje mniej lub bardziej świadomie odstraszać od siebie innych, aby nie zostać ponownie zranioną.
Prawie jak ten lew z bajki, któremu utknęła drzazga w łapie. Ból, jaki odczuwał, był tak ogromny, że w każdym widział wroga. Wył i warczał na cały las. Ostrzegał, żeby się do niego nie zbliżać. Kiedy jednak drzazga została wyjęta, stał się praktycznie zupełnie innym stworzeniem — przypomniał sobie Bell, dla którego sytuacja z [Imię] była bardzo analogiczna do tej z owym lwem.
Gdy mimo wszystko pozostał w zamku, decydując się podarować bestii szansę na zmianę jego perspektywy wobec jej osoby, krok po kroku odkrywał maleńkie fragmenty prawdziwej twarzy [Imię]. Widział to za każdym razem w jej [kolor] oczach — jedynym zachowanym elemencie jej ludzkiej postaci.
Brak pewności siebie — ujrzał to, gdy po raz pierwszy ją skrytykował. Miała wtedy oczy niczym wystraszony szczeniak i choć wyraz ten trwał zaledwie ułamek sekundy, wstrząsnął nim. Nie spodziewał się wszakże takiego wewnętrznego rozdarcia po groźnie wyglądającej i temperamentnej bestii.
Osamotnienie — [Imię] miała w zamku sporą liczbę potencjalnych kompanów do towarzystwa, jednak najwidoczniej z nikim nie nawiązała tej specjalnej więzi, jaka łączy chociażby przyjaciół, rodzeństwo czy ukochanych. Jak gdyby nie potrafiła się na nich otworzyć przez to, jak ją traktowali. A może przez powracające widma przeszłości...
Dobroć i wrażliwość — [Imię] bez wątpienia nazwałaby go głupcem za przypisanie jej takich cech, lecz Bell nie zmieniłby swojego zdania mimo to. Kiedy namówił ją na częstsze opuszczanie komnaty, regularnie widywał, jak w pozornie błahych sprawach widoczna była jej miękka strona. Między innymi pozwalała służącym eksperymentować z jej wyglądem, a choć zawsze się przy tym krzywiła (szczególnie przy przymierzaniu sukienek), wytrzymywała to dzielnie, gdyż wiedziała, ile radości sprawiało to poddanym. Schodziła również na wszystkie posiłki, a nawet odpowiadała na niekończące się zestawy pytań zarówno jego, jak i Cupry oraz Lumiery. Ponadto pewnego dnia zniosła zakaz wchodzenia do niektórych w zamku pomieszczeń, a co więcej — zdarzało się, że oprowadzała go po mniej użytkowych salach, jak chociażby pokój muzyczny czy obserwatorium.
Odkrywanie nowych stron [Imię] było fascynujące, zupełnie jak przejście na następną stronę książki przygodowej, i w końcu Bell zaczął łapać się na tym, że nie może się doczekać ponownego spotkania z nią.
Ale czy mógł to nazwać miłością?
Czy to była miłość?
Nie umiał tego stwierdzić. Nigdy wcześniej nie obdarzył nikogo spoza rodziny podobnym uczuciem, a książki... Niestety, nawet one miały problem ze sprecyzowaniem, jak winna wyglądać miłość.
Bell jednak przestał się nad tym głowić, gdy po kilkunastu bolesnych minutach, dotarł wreszcie do zamku. Zaraz zamknął za sobą skrzypiącą, żelazną bramę, po czym pozostawił Spartana na dziedzińcu, a sam rzucił się ku schodom prowadzącym do mosiężnych drzwi.
Były otwarte.
Sam nie wiedział, czy powinien cieszyć się z takiego stanu rzeczy, czy przygotować się na najgorszy scenariusz.
— [Imię]! Lumiero! Pani Trybik! — zawołał, rozglądając się po hallu. Nikt mu jednak nie odpowiedział.
W całym zamku panowała śmiertelna cisza, jak gdyby budynek był opuszczony. Bell wszedł w głąb zamku i po kolei zaczął przeszukiwać najczęściej użytkowane pomieszczenia, wołając przy tym imiona zaczarowanych przyjaciół. Zajrzał wpierw do jadalni, potem do kuchni i salonu, a nawet zerknął przelotnie do łazienek. Im częściej napotykał na pustkę, w tym większą siłę rósł jego niepokój. Badając zakamarek po zakamarku, przypomniał sobie nagle swój sen, w którym [Imię] umarła na jego oczach.
Komnata.
Powinien zacząć poszukiwania właśnie tam, ale... Co jeśli jego sen okazałby się prawdą? Stałoby się zrozumiałym, że przybył za późno, że nic już nie może zrobić. Wolałby tego nie sprawdzać i podążać dalej za obłudną nadzieją, jednak poczucie obowiązku wobec [Imię] i pozostałych przyjaciół mu na to nie pozwoliło. Poza tym czuł, iż nie wytrzyma dłużej w niewiedzy.
Wziął zatem głęboki wdech i, zebrawszy się w sobie, pognał na ostatnie piętro zachodniego skrzydła.
~♥~
Nazwanie tego cierpieniem byłoby ogromnym błędem.
Ten stan był znacznie głębszy, dojmujący, jak gdyby wszystko, co wcześniej robiła, straciło sens: wychodzenie ze strefy komfortu, udawanie człowieka, dostosowanie się do nowego porządku, żywienie nadziei na powrót do normalności.
To wszystko było na darmo.
[Imię] przeszły dreszcze, a żółć podeszła do gardła. Chociaż przez ostatnich kilka dni widziała, jak oznaki życia kolejno opuszczają jej poddanych, nie potrafiła pogodzić się z takim końcem. Poruszała się po zamku jak lunatyk, by uciec od poczucia bezsilności, gdy jej dom zamieniał się powoli w mauzoleum. Na początku wyglądało to niegroźnie: Lumiera i pani Trybik nie kłóciły się już tak głośno, Cupra z pozostałymi dziećmi nie skakała po kredensach i parapetach, a Leonardowi przygotowanie jedzenia zajmowało więcej czasu niż zazwyczaj — czyli nic, czego nie dałoby się, w jakiś sposób bezpiecznie wytłumaczyć.
A jednak niepozorne zmiany były tymi najgorszymi, ponieważ ich skutki uderzały nagle i boleśnie.
Pewnego dnia dotarło do [Imię], że nie potrafiła odróżnić zwykłych przedmiotów od swoich zaklętych przyjaciół.
W ten sposób została całkowicie sama. Naprawdę sama.
Czy zasłużyła na to? Wierzyła, że tak.
Była złym człowiekiem, jak uznała w ostatnim tchnieniu swej ludzkiej świadomości. Odreagowywała na Bogu ducha winnych osobach swoje wybuchy złości, frustracji czy bezsilności. Nieustannie obwiniała los za życie, które musiała wieść. Stała się odzwierciedleniem rodziców, a zwłaszcza matki, chociaż w głębi serca nigdy nie chciała stać się kimś takim. Kimś, kto wierzył w wyższość rodziny królewskiej ponad zwykłe jednostki. Kimś, kto uczucia uważał za słabość, kto posądzał wszystkich o fałszywość. Nie miała jednak dość odwagi, żeby się temu przeciwstawić i w końcu, kiedy jej rodzina zginęła, również trzymała się tego, co dobrze znała dla własnego komfortu psychicznego.
Była takim tchórzem...
— [...ię]!
Gdy dotarł do niej urywek dobrze znanego głosu, rozchyliła szeroko oczy. Chociaż wiedziała, że to musiały być jakieś majaki, to przez chwilę pozwoliła sobie wierzyć, że naprawdę go usłyszała. Wprawdzie nie do końca rozumiała, czemu ze wszystkich ludzi wyobraziła sobie właśnie jego, ale napawało ją to radością. Wróciła wspomnieniami do słodko-gorzkich chwil, które razem spędzili i naraz pożałowała tego. Gdyby tylko dało się cofnąć czas... Ileż rzeczy inaczej by zrobiła! Ile miłych słów by powiedziała, zamiast kapryśnie powarkiwać. Ile nowych przedsięwzięć by się podjęła, żeby ubarwić nudną, szarą codzienność...
Czasu jednak nie dało się cofnąć, o czym doskonale wiedziała. To była jej wina, że nie wykorzystała dostatecznie dobrze podarowanych lat, że zbyt późno zrozumiała swoje błędy. Teraz odchodziła z pełnym żalu sercem.
Zasłużyła na to.
— [Imię]! Tutaj jesteś!
Znowu ten głos, pomyślała [Imię], lecz tym razem nie rozchyliła powiek. Ciemność była taka kusząca, bezpieczna. W końcu spędziła ostatnich kilka lat w mroku, toteż zdążyła się z nim zżyć bardziej niż ze światłem, które zawsze z bezwzględną brutalnością ukazywało całą jej szpetną egzystencję.
— [Imię] — rozległo się już znacznie bliżej. Tuż potem [Imię] poczuła, jak ciepłe dłonie ujmują jej twarz. — Jestem tutaj, [Imię]. Naprawdę jestem, więc proszę... Ocknij się.
Serce [Imię] zamarło, po czym nagle podeszło aż do gardła. Już dłużej nie obchodziło ją, czy miała zwidy, czy nie — chciała go tylko zobaczyć. Przynajmniej ten ostatni raz, zanim stanie się bestią i przestanie go rozpoznawać.
Kiedy rozchyliła powieki, zobaczyła przed sobą zatroskane oblicze Bella; mimo panującej dookoła ciemności, widziała wyraźnie jego zaczerwienione oczy oraz policzki. W pierwszym momencie pomyślała, że to z powodu niskiej temperatury, jednak jego ciepłe dłonie temu całkowicie zaprzeczały.
— Dzięki Bogu, żyjesz... — szepnął, głaszcząc czule jej włochatą twarz. — Ale... co się stało? Gdzie są pozostali?
Ciałem [Imię] wstrząsnęły dreszcze. Nie musiała nawet zerkać na zaczarowaną różę, żeby wiedzieć, iż niewiele czasu jej pozostało.
— Nie ma ich. Zamienili się na stałe w przedmioty — odpowiedziała słabo.
— Dlaczego? Czemu klątwa zmieniła swoje działanie właśnie teraz?
— Ponieważ czarodziej dał mi ograniczoną ilość czasu na zdjęcie jej. A ten czas... właśnie się kończy.
— Co? Ale... Jak mam ci pomóc? Co mogę zrobić, żeby z tobą nie stało się to samo?
— Dziękuję, Bell — wymamrotała. Jej [kolor] oczy zaszły mgłą łez. — Dziękuję, że zostałeś moim przyjacielem. I przepraszam, że nie powiedziałam ci o wszystkim, ale... teraz musisz odejść. Kiedy nadejdzie świt, będę już bestią. Prawdziwą bestią.
— Nie, to... niemożliwe.
— Idź — nalegała. — Weź Spartana i nie zbliżaj się więcej do zamku.
Bell patrzył na nią z coraz większym niedowierzaniem.
— Nie zostawię cię! — oznajmił ostrym tonem, w którym kryły się nuty desperacji.
— Proszę, idź. Nie chcę cię skrzywdzić... Już i tak sprawiłeś mi ogromną radość tym, że...że jednak wróciłeś.
— Ale spóźniłem się...
— To niczego nie zmienia. Nie mógłbyś nic zrobić. Naprawdę... Nie można przecież poprosić kogoś, żeby pokochał bestię, prawda?
Zanim wzrok [Imię] doszczętnie się rozmazał, jej powieki ciężko opadły i więcej się nie podniosły, głuche na wszystkie desperackie nawoływania. Mrok zaczął połykać jej świadomość, z którą — mimo rozpaczliwego pragnienia pozostania człowiekiem — pogodziła się rozstać. Zimny przepływ mocy zdawał się przedzierać aż do kości, utrwalając ich monstrualny kształt i wielkość na zawsze. Przemiana zapowiadała się na bolesną, lecz [Imię] miała już znikomy kontakt ze światem rzeczywistym. Nim jednak straciła kompletnie przytomność, usłyszała jeszcze cichy jak szmer osiny głos Bella:
— To prawda, że nie można o coś takiego poprosić... Ale ty możesz, bo... Kocham cię.
Te słowa były jak silna dłoń, która wyciągnęła [Imię] z ciemności, w zamian prowadząc ku błogiej jasności o ciepłym blasku.
Naraz zaczęła się powódź. [Imię] porwała rzeka światła, dźwięków i doznań, jakby wyszła z ciemnego lochu na słoneczną łąkę, bez możliwości zasłonięcia oczu. Pierwsze kilkanaście sekund było bolesnych, lecz potem...
Wszystko znowu było piękne. Ona była piękna.
Kiedy wzeszło słońce, a linia horyzontu mieniła się barwami czystego błękitu, słodkiego różu i miękkiego, połyskującego złota, klątwa wreszcie została zdjęta.
Chapter 19: Reakcja bliskich ~ Bell
Chapter Text
Chcę cię trzymać blisko mego serca. To miejsce zarezerwowane specjalnie dla ciebie.
ღ Bell ღ
— [Imię]? Jesteś tam? — rozległ się głos Bella po drugiej stronie drzwi.
Sytuacja była aż nazbyt znajoma i niewykluczone, że weszła im trochę za bardzo w nawyk. Zwłaszcza [Imię], która nadal traktowała komnatę na ostatnim piętrze jak swój azyl, gdyż — jak się okazało — klątwa nie wpłynęła jedynie na jej ciało, lecz również na duszę.
— Drzwi są otwarte, więc wchodzę — zapowiedział Bell i już w następnej sekundzie naparł na klamkę, pchając drzwi do środka.
Chociaż nawiasy były dobrze naoliwione i stabilnie osadzone, uszom [Imię] nie umknął ten moment. Nie pamiętała, czy zawsze miała taki wrażliwy zmysł słuchu, czy może — co wypełniało jej serce trwogą — klątwa nie zniknęła całkowicie.
— Co się dzieje? Dlaczego nie odpowiedziałaś na moje wołania?
Odwróciła wzrok od rozciągającej się rozległej panoramy i spojrzała na Bella zatroskanymi oczami.
— Przepraszam, zamyśliłam się.
— Przytłacza cię nowa codzienność? — bardziej stwierdził, niż zapytał.
Kąciki ust [Imię] podniosły się odrobinę. Domyślała się już wcześniej, że potrafi czytać z niej, jak z otwartej księgi, ale teraz nawet nie próbował kryć się ze swoimi zdolnościami.
To również ją martwiło. Był taki dobry.
Dobro innych, a przede wszystkim ludzi bliskich jego sercu, stawiał ponad własne. Nie odrzucał tego, czego nie rozumiał, tylko starał się znaleźć sposób, żeby pojąć nieznane mu kwestie. Wzbraniał się przed ocenianiem i szufladkowaniem. A co więcej, potrafił przebaczać.
W dawnym życiu [Imię] wybaczanie było nie do pomyślenia. Jak często powtarzał jej ojciec: akcja musi spotkać się z natychmiastową reakcją. Oznaczało to mniej więcej tyle, że jeśli złodziej został przyłapany na kradzieży, to należało mu obciąć palec bądź dłoń w zależności od wartości skradzionej rzeczy.
Od razu. Bez żadnych dyskusji. Akcja-reakcja.
Żebrak miał czelność zakłócić królewską zabawę i poprosić o schronienie? Wygnać go!
Jakaś starsza kobieta ośmieliła się zerwać różę z królewskiego ogrodu? Do lochu z nią!
Była taka sama jak ojciec.
Była.
Nie zachowywała się dłużej w taki sposób. Otrzymała drugą szansę, za którą była niemiłosiernie wdzięczna. Jednakże...
Czy naprawdę zasługiwała na kogoś tak wspaniałego, jak Bell? Myśl, że mógł pomylić litość z miłością, przyprawiała ją o dreszcze.
— Mówi się, że do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja. Może to znak, że nadal bliżej mi do bestii niż człowieka? — rzuciła nonszalanckim tonem. Nie udało jej się jednak w pełni ukryć cierpkości w głosie.
— Wiem, że wydaje ci się, że nie zasługujesz na szczęście. Ale zrozumiałaś swoje błędy, a wszyscy, którzy tu dzisiaj są, nie żywią do ciebie żadnej urazy. Większość z nich nigdy nie żywiła. Nie jesteś tylko cieniem swoich rodziców. Jest w tobie także wiele zalet. Wiem o tym, bo je widzę i... chcę, żebyś ty też je widziała.
Podbródek jej zadrgał, a oczy się zaszkliły. Gdyby usłyszała te słowa wcześniej, może uniknęłaby zamiany w bestię. Ale wtedy...
— [Imię]? — Bell delikatnie otarł jej lewy policzek, po którym pomknęła samotna łza.
Ale wtedy nigdy by się nie poznali.
— Hm, najpierw wyznanie miłosne, teraz te komplementy... Czuję się rozpieszczona.
Na szyi Bella pojawiła się czerwona plama, która w mig przejęła dominację także nad policzkami i koniuszkami uszu.
— Myślałem, że już mnie wtedy nie słyszałaś...
— Na szczęście słyszałam — oznajmiła i naraz uśmiechnęła się przebiegle. — A skoro powiedziałeś, że mogę cię o to poprosić, to... Czy naprawdę będziesz mnie kochał?
Bell wyglądał na zaskoczonego tym pytaniem. Patrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, po czym — z nagle łagodniejszymi rysami twarzy — odsunął kosmyk jej [kolor] włosów za ucho, patrząc na nią z uśmiechem.
— Przecież już cię kocham.
~♥~
Zdjęcie klątwy odmieniło nie tylko [Imię]. Wszyscy mieszkańcy zamku, którzy zostali zamienieni w przedmioty, wrócili do swoich dawnych postaci. Żadne słowa nie oddałyby w pełni uczuć tych biednych ludzi, ich wszechogarniającej radości z ponownego odczuwania ciepła i zimna, nasycenia i głodu, serca pompującego krew i płuc wypełniających się powietrzem. Rodzice znowu mogli brać w ramiona swe pociechy, kochankowie wymieniać się czułościami, a przyjaciele... kłócić się z nieco większą pasją.
— Mówiłam ci, że mój plan zadziała. Moje plany zawsze działają! — przechwalała się Lumiera, krocząc dumnie, a zarazem delikatnie jak liść tańczący na wietrze. Teraz, kiedy znowu miała nogi, każdy stawiany krok wydawał się przyjemny.
— I jak zawsze przypisujesz sobie wszystkie zasługi, choć wcale nie zrobiłaś więcej niż inni — wytknęła jej pani Trybik z twarzą wykrzywioną grymasem.
— O jakich innych mówisz, moja droga?
Pani Trybik wzdrygnęła się na widok Lumiery niewinnie trzepoczącej rzęsami, jak gdyby znów była młodą panienką, którą spotykała na piknikach rodzinnych nad jeziorem w ciepłe wiosenne popołudnia.
— Przestań się tak zachowywać. Wróciłyśmy do naszych ciał sprzed trzech lat, a nie trzynastu. Nie odmłodniałaś ani trochę!
— Ależ moja kochana, to nie ma najmniejszego znaczenia. Wystarczy, że czuję się młodo!
Pani Trybik pokręciła głową, gdyż odczuwane przez nią poirytowanie było tak duże, że odbierało jej tchu potrzebnego do dalszego bulwersowania się na Lumierę. Teraz, kiedy znowu miały ludzką postać, każdy ich gest promieniował emocjami. Jako przedmioty nie cechowały się szeroką paletą ekspresji ani żwawymi ruchami, toteż tylko za pomocą odpowiedniej tonacji głosu mogły przekazać swoje uczucia. Jakże się to nie równało z wymachiwaniem rękami, chodzeniem na paluszkach czy uśmiechaniem się szeroko!
Chociaż życie jako przedmioty z reguły martwe nie było aż takie złe, to nikt nie tęsknił za postacią, w której go zaklęto. Leonard już dłużej nie musiał prosić o pomoc w podawaniu przypraw z półki czy talerzy lub półmisków, które jako piec kuchenny, wcześniej tłuk na potęgę, jeżeli nie miał nikogo u boku. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mu brakowało samodzielnego krojenia warzyw bądź ugniatania drożdży własnymi rękami. To, co jeszcze przed trzema laty robił odruchowo i bez zbytniej uwagi, teraz czynił z radością i oddaniem, jak gdyby na nowo odnalazł pasję do gotowania.
Pan Imbryk, a właściwie Tisanière, chociaż zawsze życzliwy i troskliwy, także co nieco się zmienił. Mimo że wciąż utrzymywał odpowiedzialną pozycję zarządcy służby domowej, to nie zatapiał się w pracy bez pamięci tak jak dawniej. W tym momencie starał się każdego dnia wygospodarować sobie odpowiednią ilość wolnego czasu na opiekę nad córką. Pozostali pracownicy również jakby się ożywili, co spowodowało, że prawie w każdym zakątku zamku można było usłyszeć dziecięcy śmiech.
Nawet dotychczas surowy i pyszniący się Lucyfer spokorniał. Wcześniej można było odnieść wrażenie, że obowiązki kamerdynera realizował jako karę narzuconą mu przez los, podczas gdy obecnie potrafił nawet się uśmiechać przy wypełnianiu rozkazów [Imię].
Jednakże to wciąż nie był koniec efektów, jakie przyniosło zdjęcie klątwy. Wraz z tamtym wiekopomnym wschodem słońca, kiedy to wszyscy odzyskali swe ludzkie postacie, ze wspomnień ludzi została zdjęta kołderka zapomnienia. Pamięć o rodzinie królewskiej De Arcanum i zamku królewskim powróciła z siłą burzy śnieżnej. Nawet Bell przypomniał sobie o wydarzeniach, które dotychczas — jak mu się wydawało — znał tylko z opowieści [Imię] i jej poddanych. Mogło się zdawać, że taki obrót spraw ułatwi zrozumienie mieszkańcom zaistniałych wydarzeń, lecz w rzeczywistości mało kto potrafił pojąć, że przez trzy lata cierpieli na zbiorową amnezję i że ich pani przez ten czas wyglądała jak straszna bestia.
W ten również sposób wydało się kłamstwo Bella, za które szczerze przeprosił swoją matkę, braci i ich rodziny. Wytłumaczył im, że uczynił tak dla bezpieczeństwa obu stron, gdyż nie chciał, aby mieszkańcy urządzili polowanie na bestię, która notabene była ich księżniczką. Mauryca prędko mu wybaczyła, ale pozostali wydawali się zainteresowani czymś innym.
— No to, jak mamy to teraz rozumieć? Kim w końcu tutaj jesteś? Służącym, więźniem, kochankiem? — zapytał Victor. Jego źrenice były jak ostre sztylety. Zęby błyskały w uśmiechu, który zastygł mu na ustach. Zapewne wydawało mu się, że wyglądał na uprzejmego, choć ani odrobina wesołości z niego nie wyzierała.
— Za wcześnie na takie ogłoszenia, ale skoro jesteśmy rodziną, to mogę wam o tym powiedzieć nieco wcześniej — Bell wziął głęboki wdech. — Planujemy się z [Imię] pobrać.
Jego bracia skrzywili się jak jeden mąż, walcząc o ukrycie wyraźnej wzgardy wymieszanej z zazdrością. Tylko ukochana matka wykazała oznaki radości, choć miała pełne prawo być zaniepokojona, zważywszy na okoliczności, w jakich doszło do jej pierwszego spotkania z [Imię].
— To cudownie, Bell! — oznajmiła, mocno go obejmując.
— Czyli... nie masz nic przeciwko [Imię]? — zapytał dla pewności.
— Nie, nie. Rozmawiałam z nią wczoraj i wszystko sobie wyjaśniłyśmy. Nie ma między nami złej krwi.
— Ależ poczekaj chwilę, matko! — wtrącił Arcadius z twarzą czerwoną jak piwonia. — Chyba nie zamierzasz tak po prostu odpuścić? Ta kobieta zamknęła cię w celi! Zimnej i do tego obskurnej, przez co później byłaś poważnie chora! Jak możesz wiązać się z kimś takim?! — rzucił oskarżycielsko w stronę Bella.
— Niczego nie odpuszczam. — Mauryca stanęła pomiędzy synami. — Po prostu nie gniewam się dłużej na Jej Wysokość za to, co się kiedyś stało. I nie zapominaj, mój drogi synu, że zabrałam jej rzecz bez pozwolenia. Nie czyń więc ze mnie niewinnej ofiary, gdyż też pewien błąd popełniłam.
— Mówisz tak, bo to twój ulubieniec. Zawsze go najbardziej rozpieszczałaś przez to, że jest najmłodszy — odparł miażdżącym tonem Arcadius, zanim odwrócił się na pięcie i pomaszerował ku wyjściu z zamku.
Pozostali bracia, mniej lub bardziej chętnie, poszli za jego przykładem.
— Przepraszam. — Bell podrapał się po karku. Odwrócił przy tym głowę w bok, spotykając się spojrzeniem z [Imię].
Dostrzeżona w ten sposób [Imię] wyszła niespiesznie zza kolumny.
— To ja przepraszam. Przeze mnie się pokłóciliście — powiedziała z lekko spuszczoną głową.
Złość Bella spowodowana zachowaniem braci rozwiała się w powietrzu. Przypomniał sobie, kim tak naprawdę powinien się w tej chwili przejmować. Najważniejsze osoby w swoim życiu miał przecież tuż przed sobą.
— To nie twoja wina. Oni zawsze tak się zachowują, tylko powód do kłótni co jakiś czas wybierają inny. Chociaż łudziłem się, że przez moją nieobecność przynajmniej trochę się zmienili...
— Tak naprawdę to na mnie są źli — odparła Mauryca. — Tylko przelewają tę złość na ciebie. Obiecuję porozmawiać z nimi o tym po powrocie do domu.
— Ale nie wraca pani dzisiaj, prawda?
Mauryca wydawała się zaskoczona pytaniem [Imię].
— Nie sądziłam, że zapraszacie mnie na noc.
— Właściwie jest pani zaproszona na tak długo, jak sobie życzy. Może nawet pani zamieszkać w zamku. Mamy wystarczająco miejsca — zaoferowała [Imię] z uśmiechem. Nieco niezręcznym, ale widać było, że starała się jak najlepiej.
— Och, ja... Cóż... Nie spodziewałam się tego. Aż nie wiem, co powiedzieć...
— Po prostu zastanów się nad tym, dobrze? — zasugerował Bell, choć sam wcześniej o tym pomyśle nie słyszał.
— Dobrze, pomyślę.
— Cudownie. A teraz zapraszam na obiad. W końcu po to w pierwszej kolejności wszystkich zaprosiliśmy — przypomniała [Imię] i gestem ręki pokazała Maurycy, żeby poszła za nią.
Lata nauki królewskiej etykiety pomagały jej zachowywać się uprzejmie, jedyne, nad czym musiała jeszcze popracować, to nad większym entuzjazmem w głosie.
Chapter 20: Przygotowania ślubne ~ Bell
Chapter Text
Jedyną wieczną na tym świecie rzeczą jest moja miłość do ciebie.
ღ Bell ღ
Królewskie ogrody zawsze wzbudzały zachwyt. Nawet kiedy czarodziej rzucił swą klątwę i wszystko w zamku poczęło powoli zmierzać ku zniszczeniu, to zasadzone na podwórzu rośliny trzymały się całkiem dobrze. Szczególnie róże miały się doskonale i [Imię] mogłaby przysiąc, że przerastały ilością inne rodzaje kwiatów, jak gdyby pozostawione same sobie rozpoczęły własną krucjatę i zdominowały kwieciste księstwo. Dawniej taki stan rzeczy przypadłby jej do gustu, jednak ówcześnie czuła co najwyżej dyskomfort, gdy patrzyła na morze szkarłatnych płatków.
Pokręciła głową, odganiając z myśli wspomnienie magicznej róży, i ruszyła dalej wzdłuż korytarza, unikając zarówno spoglądania za okna, jak i śmigających po całym zamku służących. Przez zbliżający się wielkimi krokami ślub wszyscy byli czymś zajęci, przejęci i podekscytowani do tego stopnia, że niekiedy nawet nie dostrzegali w tym całym pośpiechu, jak pomiędzy nimi przechodziła. Kiedyś uznałaby takie zachowanie jako skrajnie bezczelne i zaraz zaczęłaby karać tych, którzy ośmielili się ją zlekceważyć.
Na samo to wyobrażenie zrobiła się czerwona. Obecnie nie miała nic przeciwko znajdowaniu się na uboczu. Właściwie to nawet wolała być traktowana w mniej formalny sposób, bowiem wtedy naprawdę odczuwała zmianę w sposobie, w jaki poddani ją postrzegali. Nic tak nie odstraszało jej niepewności, jak jawny dowód na to, że przestała uchodzić w oczach mieszkańców za bestie w ludzkim ciele.
Wciąż jednak najważniejszy pozostawał ślub, przy którym [Imię] starała się pomagać mimo królewskich obowiązków i naglących spraw do rozwiązania, jak chociażby odnowa kontaktów z sąsiednimi księstwami. Na szczęście z obiema tymi kwestiami nie została pozostawiona sama; Bell, Lumiera i pani Trybik dwoili się i troili podobnie jak ona. Niemniej [Imię] odnosiła wrażenie, jak gdyby stresowała się wszystkim mocniej niż inni. Kiedy pytano ją, jakie trunki by chciała, żeby podano albo których kwiatów użyto jako dekoracji, to zastanawiała się nad wyborem niemiłosiernie długo, próbując rozgryźć, co spodobałoby się Bellowi bardziej.
— Wasza Wysokość! Wasza Wysokość! — usłyszała gdzieś za sobą.
Nie musiała się nawet oglądać, żeby dowiedzieć się, kto za nią wołał, gdyż doskonale to wiedziała; aczkolwiek uczyniła to i poczekała cierpliwie, aż pani Trybik do niej dołączy.
— Jak się masz, Trybiku? — zapytała uprzejmie [Imię].
Obserwując zachowanie Bella, zauważyła, że sposób, w jaki podchodził do innych, był bardzo efektywny. Kiedy okazywał zainteresowanie i troskę o samopoczucie swoich rozmówców, ich twarze niemal natychmiast zaczynały promienieć, jak wschodzące słońce, a języki, nawet te najostrzejsze, stawały się miłe i chętne do rozmowy. [Imię] postanowiła tego spróbować, jako iż parę minut zwłoki — przed przejściem do sedna sprawy — nic nie kosztowały ani nie przysparzały żadnych problemów.
A co najlepsze, pani Trybik jeszcze nie przywykła do zmiany w usposobieniu swej pani, toteż zawsze robiła ciekawe miny, kiedy [Imię] zaskakiwała ją nagłą uprzejmością.
— C-c-c-co? — wydukała, mrugając powiekami jak koliber skrzydłami. — J-ja? No cóż... Mam się dobrze, Wasza Wysokość. Dziękuję za troskę. Tylko Lumiera jak zwykle zachowuje się zbyt impertynencko! Ośmieliła się MNIE zarzucić, że nie znam się na doborze dodatków weselnych. Wyobrażasz to sobie, Wasza Wysokość?! — zapytała, raczej retorycznie, i poczęła wymachiwać rękami, przez co jeszcze bardziej zaczęła przypominać ptaka. — Co z tego, że nigdy wcześniej nie pomagałam żadnego zorganizować? Osoba mojego pochodzenia i wykształcenia doskonale zna się na takich rzeczach nawet bez doświadczenia!
Promienny wyraz twarzy jednak nie zawsze się pojawiał, jak naraz przekonała się [Imię], gdy mina jej doradczyni zamieniła się w ruchomy obraz przedstawiający poirytowanie.
Bycie miłym nie jest łatwe. Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć, żeby nie zabrzmieć cynicznie.
— Masz oko do wielu szczegółów — zaczęła ostrożnie [Imię]. — Lumiera także o tym wie, więc może ta sytuacja to nieporozumienie?
— Nieporozumienie? — pani Trybik nie wyglądała na przekonaną takim wyjaśnieniem.
[Imię] poczuła ciepło na policzkach.
— Tak myślę. W końcu wszyscy są podenerwowani zbliżającym się weselem.
— Wesele! — zakrzyknęła pani Trybik i prędko przewertowała plik trzymanych papierzysk. — À propos, przyszła odpowiedź z Tengerparton. Proszę, oto list.
Bez chwili zwłoki, [Imię] rozerwała królewską pieczęć i wciąż stojąc z panią Trybik na korytarzu, chyżo zapoznała się z treścią listu ku zaskoczeniu swej towarzyszki.
— Potwierdzają, że przyjadą na wesele i... że przyjadą dzień wcześniej.
— To t-tak jak królestwo spod gór, Wasza Wysokość!
— Wiem — odmruknęła gardłowo, lecz zaraz odchrząknęła i wyraziła się w sympatyczniejszy sposób. — Pamiętam.
— Ale czy to na pewno w porządku? To daje nam mniej czasu na przygotowania — zwróciła uwagę pani Trybik. Wszystkie jej mięśnie napięły się na wskutek nagłego podenerwowania.
— Poradzimy sobie z tym — zapewniła [Imię] stalowym tonem, co chwilowo wystarczyło, żeby ją uspokoić.
Co jak co, ale wciąż autorytarny ton [Imię] sprawiał, że nie sposób było lekceważyć jej słów. Zwłaszcza że cień jej dawnej osobowości wciąż krył się w pobliżu i, na szczęście, nie zawsze miał złe intencje.
— Oczywiście, Wasza Wysokość! Już zabieram się z powrotem do pracy! — Pani Trybik skinęła jej głową, po czym pognała korytarzem dalej bez oglądania się za siebie, mamrocząc coś pod nosem.
[Imię] uśmiechnęła się blado i w swoim tempie ruszyła w tym samym kierunku, co pani Trybik. Chciałaby czuć się przynajmniej trochę tak pewnie, jak przed chwilą zabrzmiała. Niepewności jednak wydawały się czymś naturalnym, z czym uczyła się na nowo żyć. Dawniej wszakże wszystkie ważne decyzje podejmowali jej rodzice i Edmund, a kiedy ich zabrakło i z braku innych możliwości, to ona została władczynią, doprowadziła królestwo niemalże do upadku. Niewiele brakowało, żeby klątwa została z nimi na zawsze. Przez to miała wątpliwości odnośnie swych wyborów, lecz na szczęście u jej boku zawsze był ktoś, kto napełniał jej serce ciepłem.
— Jak idą przygotowania, Bell? — zapytała po wejściu do wielkiej sali, do której mimowolnie pokierowały ją nogi. Być może dlatego, iż wiedziały równie dobrze, jak jej serce, kogo pragnęła w tej chwili zobaczyć.
Bell zwrócił się w jej stronę z subtelnym uśmiechem, jak gdyby wymieniali się ukrytymi pozdrowieniami, które tylko oni potrafili zrozumieć. Tymczasem stojąca obok niego służąca, aż podskoczyła z zaskoczenia na nagłe pojawienie się swej pani. Niezgrabnie się przed nią skłoniła, dukając pospieszne przywitanie, ale [Imię] tylko małą część uwagi jej poświęciła. W tym baśniowym pomieszczeniu to ktoś inny ją interesował.
— Bardzo sprawnie, moja miła. Jadłospis jest w pełni skompletowany, komnaty dla gości są przygotowane... — wymieniał Bell z coraz to szerszym uśmiechem. — Tylko parę pomieszczeń wymaga jeszcze udekorowania.
[Imię] pokiwała głową i obrzuciła wzrokiem salę; stare, ciężkie zasłony zostały wymienione na nowe, jasne i zwiewne jak puch; na oknach wisiały złote serpentyny; na stołach okrytych śnieżnobiałymi obrusami stały wazony z kwiatami.
Kwiatami, których [Imię] wcześniej w zamku nie widziała.
Może dlatego, że wyglądały jak polne kwiaty...
— Co o nich myślisz? — zapytał Bell.
— Wydają się... inne. Nie widziałam ich nigdy na żadnym przyjęciu ani bankiecie, a jednak są bardzo piękne. Tylko... — [Imię] zawahała się na moment. — Co z różami? Myślałam, że to twoje ulubione kwiaty?
— Cóż, ostatnio zmieniły się trochę moje preferencje.
— Ach tak?
— Czy przez to powątpiewanie w twoim głosie mam rozumieć, że ci się nie podobają?
[Imię] zerknęła raz jeszcze na kwiaty, po czym spojrzała na Bella z lekko uniesionymi kącikami ust.
— Podobają mi się. Ale co to są za kwiaty? Wyglądałyby jak piwonie, gdyby były większe...
— To goździki. Podobnie jak czerwone róże są symbolem miłości.
— Skąd o tym wiesz? Przeczytałeś tak w którejś książce?
— Zgadza się — potwierdził z pewnym siebie uśmiechem. Jego głos przesiąknięty był miłością.
Uczucia spęczniały w klatce piersiowej [Imię] i przeprowadziły szturm podobny do silnej fali, której nic nie potrafi powstrzymać, na jej kruche serce. Wzięła nerwowy, cichy oddech, gdy ośmieliła się złapać Bella za rękę, mimo bycia obserwowaną, a płomienna nadzieja zaczęła rozgrzewać ją od środka.
Nadzieja, że naprawdę zasłużyła na drugą szansę. Przez cały czas wzbraniała się przed całkowitym uwierzeniem w swoje szczęście, w tę piękną i czystą miłość oraz zmianę, jaka zaszła w niej i we wszystkich dookoła. W końcu jednak zaczęła wierzyć, iż rzeczywiście wybudziła się z koszmaru, z którego składało się jej dotychczasowe życie.
Zdobyła się nawet na odwagę, żeby uwierzyć w szczęśliwe zakończenie dla bestii.
Chapter 21: Pierwsze spotkanie ~ Cendrillon
Chapter Text
Niektóre spotkania są wynikiem przeznaczenia.
ღ Cendrillon ღ
Słońce wyszło za horyzont, rzucając rozkoszny i pełen ciepła blask na mury królestwa. Ptasi świergot dobiegał zza okna jednej, szczególnej komnaty, budząc księżniczkę jak co ranek. Jej bursztynowe oczy otoczone długimi rzęsami, uchyliły się i przez chwilę krótką jak machnięcie motylich skrzydeł, wbite były w błękitny baldachim. [Imię] powoli usiadła na skraju łóżka, pozwalając swojemu zaspanemu umysłowi przyswoić fakt, że rozpoczął się kolejny smutny dzień.
Minęły już dwa lata od czasu śmierci szanowanej i kochanej przez wszystkich królowej, lecz mimo upływu dni żal i tęsknota w sercu młodej księżniczki wciąż były obecne. Codziennie chodziła na grób matki, dając w łzach upust swych uczuć. Tylko przed kamienną płytą pozwalała sobie jawnie okazywać słabość. Wszędzie indziej zachowywała się zgodnie z oczekiwaniami, uśmiechając się i wypełniając wszystkie wole ojca, który ostatniej wiosny ożenił się po raz drugi, zrzucając na nią jeszcze więcej obowiązków i zmartwień.
Nowa królowa o imieniu Kornelia miała dwójkę dzieci, które razem z nią zamieszkały w zamku. Córka Eliza i syn Ronald byli do niej zupełnie niepodobni. Oboje odziedziczyli po swoim ojcu złote włosy i niebieskie jak diamenty oczy, po matce dostając tylko śniadą cerę i pięknie zarysowane kości policzkowe.
Przyrodnie rodzeństwo przykuwało uwagę i cieszyło się ogromnym zainteresowaniem wśród dworzan i pospólstwa, do którego niedawno jeszcze należeli. W przeciwieństwie do niektórych szlachciców, [Imię] nie przeszkadzało ich pochodzenie.
Jedyne, co psuło jej nastrój, to ilość zmian wprowadzonych z ich powodu.
— Czy już wstałaś, Wasza Wysokość?
— Tak. Wejdź, Anno.
Przez mosiężne drzwi weszła drobna dziewczyna niewiele starsza od [Imię]. Była jedyną osobą w pałacu mogącą pomagać księżniczce w dobieraniu strojów, myciu i czesaniu ku nieuciesze Elizy, która również chciała spędzić w taki sposób czas z przyrodnią siostrą. Jednak [Imię] ten pomysł nie przypadł do gustu i bynajmniej nie dlatego, że darzyła Elizę niechęcią — po prostu przyzwyczaiła się do opieki Anny i nie wyobrażała sobie jej zamienić na kogokolwiek innego.
— Jesteś gotowa na dzisiejszą wycieczkę? — Anna ustawiła się za [Imię] i zaczęła delikatnie rozczesywać jej rude włosy, obchodząc się z nimi z niesamowitą delikatnością.
— Czy mój ojciec kazał ci przypomnieć mi o tym?
Anna zaśmiała się melodyjnie.
— Zgadza się. Skąd o tym wiedziałaś, Wasza Wysokość?
— Obawiam się, że mój najdroższy ojciec przypuszcza, że mogłabym wywinąć się od tego.
— Ale jego przypuszczenia nie są uzasadnione, prawda?
— Oczywiście, że nie. Mogę być koronną księżniczką, ale to rozkazy króla są najważniejsze.
— Nie martw się, Wasza Wysokość. Jestem pewna, że będziesz się dobrze bawić.
[Imię] uśmiechnęła się do widocznego w lustrze odbicia Anny. Mogłaby tłumaczyć, że ma za dużo obowiązków i wyjście na spacer z Elizą do miasta nie powinno stanowić żadnego priorytetu, ale Anna nie zrozumiałaby tego tak samo, jak nie rozumiał tego król. [Imię] musiała się podporządkować, nawet jeśli wiedziała, że racja była po jej stronie.
Starała się odciąć od nieprzyjemnych myśli i skupić na opowieściach Anny, wysłuchując jej sprawozdań o rzeczach, które robiła wczorajszego dnia i o tym, jak bardzo chciała zbliżyć się do jednego z lokajów. [Imię], gdy tylko mogła, krzyżowała ich ścieżki, lecz nie zdarzało się to często. Mieli inne obowiązki i nawet królewska ingerencja niewiele w tym zakresie zmieniała. Niemniej Anna była bardzo wdzięczna za wsparcie księżniczki i dlatego zawsze opowiadała jej o wszystkich poczynionych postępach.
Choć [Imię] nie przyznałaby się do tego otwarcie, słuchanie o czyimś szczęściu pomagało jej się nie załamać. Świadomość, że świat nie jest okrutny dla wszystkich, była pokrzepiająca i dawała nadzieję na lepsze jutro. Wtedy też tyle nie myślała o śmierci matki, poświęcając większą uwagę obowiązkom.
— Skończyłam, Wasza Wysokość. I jak ci się podoba?
[Imię] rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze, a potem na sylwetkę, doceniając poczynania Anny.
— Jak zwykle przerosłaś moje oczekiwania. Moja mama powiedziałaby, że wyglądam jak... — Głos uwiązł jej w gardle. Musiała głęboko odetchnąć, żeby zachować spokój i się nie rozpłakać.
— Wszystko w porządku, Wasza Wysokość?
— Tak. Dziękuję za pomoc. Pójdę już lepiej na śniadanie.
— Dotrzymać ci towarzystwa?
— Nie, możesz uznać, że masz na dzisiaj ode mnie wolne. — Uśmiechnęła się lekko, po czym pożegnała się z Anną, życząc jej miłego dnia.
Nie miała ochoty jeść w towarzystwie ojca, macochy i przybranego rodzeństwa, ale tylko poważna choroba mogłaby ją uchronić przed wspólnym śniadaniem, a że kłamać i oszukiwać nikogo nie zamierzała, skierowała się prosto do jadalni.
Była miła i uprzejma jak zawsze, choć niewiele się odzywała. Gdyby nie zadawano jej pytań, prawdopodobnie nic by nie mówiła. W pełni oddawała się wmuszaniu w siebie jedzenie, chcąc mieć już wszystko za sobą.
Gdy tylko opróżniła talerz, Eliza natychmiast odeszła od stołu, nie kończąc swojego śniadania, i złapała ją za rękę, ciągnąc przed zamek, gdzie czekała na nie karoca i kilku strażników. Przez całą drogę świergotała o tym, jak się cieszyła ze wspólnej wycieczki i opowiadała o miejscach, które odwiedzą. Tym razem [Imię] również nie musiała za wiele się odzywać, przytakiwanie Elizie w zupełności wystarczało.
Księżniczka wyglądała nieustannie przez okno, podziwiając barwne łąki otaczające pałac, a potem, gdy wjechały na teren miasta, mijane budynki i ludzi, wśród których nie brakowało przedstawicieli szlachty, jak i mieszczan oraz pospólstwa. [Imię] wolałaby przyglądać się wszystkiemu z grzbietu konia, ale przez obecność Elizy nie było to możliwe; dziewczyna bała się jazdy konnej.
— To tutaj jest ten sklep, o którym ci opowiadałam. Chodźmy, [Zdrobnienie]! — Eliza wyszła energicznie z powozu, nie czekając, aż któryś ze strażników otworzy drzwi i zaoferuje pomoc przy schodzeniu.
Na ten widok [Imię] nie zdołała powstrzymać się od chichotu. Ruszyła za przybraną siostrą, znacznie wolniej i spokojniej, by dyskretnie wydać rozkaz towarzyszącym im rycerzom:
— Nie opuszczajcie boku księżniczki Elizy choćby na moment. Jeśli ktoś zacznie wywoływać zamieszanie, łagodnie to rozwiążcie.
— Tak jest, Wasza Wysokość.
Strażnicy pochylili głowy przed [Imię] i posłusznie dołączyli do Elizy, która machała ponaglająco ręką.
[Imię] chwilę później również stanęła przy siostrze, odpowiadając po drodze na powitania mieszkańców. Większość z nich szanowała i kochała obie księżniczki, ale część obywateli była zazdrosna o Elizę — zwykłą dziewkę bez królewskiego pochodzenia, mającą szczęście, że jej matka obałamuciła króla. Przez to [Imię] musiała bardziej dbać o nią niż o siebie.
— Spójrz, [Zdrobnienie], jakie śliczne perły!
Wzrok [Imię] powędrował za palcem Elizy ku wystawie z biżuterią.
— Podobają ci się?
— Bardzo! A tobie?
[Imię] uniosła jedną z brwi i uśmiechnęła się lekko.
— Nie wybrałabym tego sobie na prezent, ale może w środku znajdzie się inny naszyjnik.
— O nie! Rod ci wszystko powiedział?!
— Nie. Sama się tego domyśliłam.
— Och... A chciałam ci kupić prezent tak, żebyś niczego nie zauważyła...
Jak dziecinnie, pomyślała [Imię], widząc, jak nagle Eliza się naburmuszyła. Przyjęcie z okazji jej szesnastych urodzin miało się odbyć dopiero za miesiąc, a ta już szukała dla niej prezentu.
Przyjemne ciepło rozlało się po jej sercu.
— Nic straconego. Możesz wejść do środka i poszukać czegoś odpowiedniego, a ja tutaj poczekam.
— Jesteś pewna?
— Oczywiście. Czemu miałabym kłamać?
Eliza przez chwilę patrzyła na [Imię] w milczeniu, gryząc lekko dolną wargę, aż wreszcie podjęła decyzję o przyjęciu propozycji siostry i poprosiła, by ta na nią zaczekała.
Mimo zniknięcia najbardziej rozentuzjazmowanej księżniczki w historii królestwa, okolica dalej tętniła życiem. Tragarze zaczepiali przechodzących obok stoisk mieszkańców, zachęcając do kupna akurat ich towarów, zachwalając je pod niebiosa. Dzieci mieszczan biegały w pobliżu fontanny z łabędziem, chlapiąc się wodą, kiedy rodzice nie patrzyli. Obserwowanie podwładnych sprawiało [Imię] sporo przyjemności, ale było to dla niej za mało.
— Zostańcie przed sklepem i czekajcie na księżniczkę Elizę. Zaraz wrócę — oznajmiła.
— Nie chcesz zabrać ze sobą jednego z rycerzy, Wasza Wysokość?
— Dziękuję za troskę, ale poradzę sobie.
Nie pozwoliła strażnikom na więcej uwag. Szanowała ich pracę i doceniała za gotowość do poświęceń, jednak to słabszych od siebie powinni strzec i chronić. W przeciwieństwie do Elizy, która nigdy nie trzymała miecza, ona od dziecka ćwiczyła szermierkę. Było to jedno z jej ulubionych zajęć, więc szczególnie przykładała się do treningów i już w wieku trzynastu lat mogła się pochwalić niebywałymi zdolnościami, w niczym nie odstępując od chłopców szkolących się na rycerzy. Gdyby ktoś ją zaatakował, obroniłaby się bez problemu. Szczególnie że nigdy nie rozstawała się z bronią.
Z dumnie uniesioną głową ruszyła alejką w głąb targowiska, z bezpiecznej odległości przyglądając się oferowanym produktom. Jej wzrok przejechał po pysznie pachnących rogalikach, egzotycznych owocach z dalekich zakątków królestwa, kolorowych materiałach i zdobionych wazach z gliny. Na każdą z rzeczy przyjemnie się patrzyło, lecz żadnej z nich nie zapragnęła kupić.
Poszła dalej i skręciła w ulicę pełną salonów z sukniami. Po raz kolejny zdecydowała nie wydawać na nic złota, mimo że szaty w sklepowych witrynach były olśniewające. W momencie, kiedy miała wrócić przed drzwi jubilera i sprawdzić, czy Eliza już zakończyła swoje poszukiwania, zobaczyła sytuację niebywałą; zaniedbany młodzieniec w łachmanach dźwigał masę eleganckich pudełek, które ledwie utrzymywał w poharatanych rękach.
[Imię] nie mogła dłużej stać bezczynnie. Podeszła do chłopaka i zabrała ze sterty trzy pudełka, umożliwiając mu przybranie stabilniejszej postawy i zwiększając jego zakres widzenia.
— Pozwól, że ci pomogę — zaoferowała, uśmiechając się przyjaźnie. — Musisz bardzo lubić zakupy, skoro tyle kupiłeś.
— Och, to nie moje, pani, tylko moich braci — odrzekł młodzieniec. Miał zaskakująco łagodną twarz i niewinną niczym dziecko. Wrażenie to wzmacniała szczupła sylwetka i czyste jak łza oczy w kolorze bezchmurnego nieba w słoneczny dzień, przypominające [Imię] o beztroskim i szczęśliwym dzieciństwie, kiedy to bawiła się w królewskich ogrodach z matką. — Czy wszystko w porządku, moja pani?
— Tak — zapewniła, odsuwając wspomnienia na bok. — Wybacz mi bezpośredniość, ale gdzie są twoi bracia? Czemu ci nie pomogli?
— Mieli... coś innego do zrobienia.
[Imię] spojrzała chłopakowi głęboko w oczy, lecz nie odnalazła najmniejszego znaku kłamstwa. Zastanawiała się, jak jego bracia mogli kupować tak drogie rzeczy, gdy on nosił stare i zużyte ubrania. A mimo to musiał być bardzo uczciwy i oddany, skoro wciąż im pomagał i na nic się nie skarżył.
— Mogę poprosić o twoje imię?
— Zwą mnie Cendrillon, pani.
— To piękne imię — odrzekła. Z uśmiechem sięgnęła po sakiewkę ukrytą w połaciach sukni, po czym podarowała ją młodzieńcowi. — Weź je, żeby opłacić powóz. Reszta jest dla ciebie.
Cendrillon pokręcił głową, ledwie spoglądając na sakiewkę.
— Nie mogę tego przyjąć.
— O, naprawdę? Szkoda... Będzie mi bardzo, bardzo przykro, że nie zdołałam ci pomóc. Przypuszczam, że najbliższe noce spędzę, wpatrując się w sufit, zastanawiając się, czy nie mogłam zrobić niczego innego? Czy Cendrillon wrócił bezpiecznie do domu? Och, już teraz czuję się chora... — [Imię] teatralnym ruchem przyłożyła dłoń do czoła, zaciskając zęby, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Ale to stanowczo za dużo. — Cendrillon wyprostował się nieco, przypomniawszy sobie wreszcie, że nie powinien sprzeczać się z damą ani sprawiać jej przykrości. Lecz nie mógł też zaakceptować tak szczodrego podarunku. — Dziękuję za twą dobroć, pani, ale zdołam zanieść te pakunki do domu.
— Nalegam, żebyś przyjął przynajmniej parę monet na powóz. W przeciwnym razie ci ich nie oddam. — [Imię] uniosła trzymane pudełka i uśmiechnęła się figlarnie.
Cendrillon nie miał innego wyjścia, jak przystanąć na jej warunki, toteż przyjął od zadowolonej [Imię] pięć złotych monet, uprzejmie dziękując.
— Nie musisz mi dziękować. Zrobiłbyś to samo na moim miejscu — odparła. Gdy oddawała Cendrillonowi pakunki, przypomniała sobie o Elizie, która z pewnością już skończyła szukać dla niej prezentu w sklepie jubilerskim.
Na moment jej mina zrzedła. Eliza musi umierać ze zmartwienia, pomyślała. Pospiesznie pożegnała się z Cendrillonem i z podwiniętymi połami sukienki, potruchtała z powrotem do głównego placu.
Chapter 22: Drugie spotkanie ~ Cendrillon
Chapter Text
Jeśli coś zdarzyło się raz, najprawdopodobniej zdarzy się i drugi.
ღ Cendrillon ღ
Wschodzące słońce zaczęło rzucać blask na śpiące jeszcze królestwo, jego promienie docierały nawet do gaju na wzgórzu, gdzie pochowana była królowa Rozalia. [Imię] wyjęła stary bukiet kwiatów, oglądając ich wysuszone i poblakłe płatki. Trzy rodzaje i trzy kolory. Zapamiętała to, by przy kolejnej okazji skompletować inną wiązankę. Stary pęk wrzuciła do koszyka, a następnie zsunęła na oczy kapelusz i uklękła przed nagrobkiem. Odmówiła modlitwę, prosząc o wieczny spokój dla duszy swojej matki, po czym z ociąganiem wstała. Chciałaby zostać dłużej, ale czekała na nią masa obowiązków.
Anna stała przy wejściu do gaju, tak jak [Imię] ją poprosiła.
— Wszystko w porządku, Wasza Wysokość? — zapytała.
— Tak. Dziękuję. — [Imię] uśmiechnęła się lekko, przekazując dziewczynie koszyk. — Czy mój ojciec już wstał?
— Kiedy przechodził tędy Sebastian, zapytałam go o to. Powiedział, że król jeszcze śpi.
— Jeśli Sebastian tak powiedział, to tak musi być. — [Imię] nie miała co do tego wątpliwości. Znała Sebastiana od dziecka, dzięki czemu zdążyła się nieraz przekonać o jego niezawodności i lojalności. — Jak zobaczysz go ponownie, powiedz, że kazałam część moich obowiązków przekazać ojcu.
— J-jesteś pewna, Wasza Wysokość?
— Tak. Możesz iść teraz go poszukać.
Nieco zmieszana Anna dygnęła przed księżniczką, po czym posłusznie ruszyła wzdłuż korytarza, by dogonić głównego lokaja. [Imię] odprowadziła ją spojrzeniem, a następnie poszła we własną stronę. Ilość obowiązków była wystarczająca, żeby nabawiła się bólu głowy albo choroby żołądka. Stres niemal nie opuszczał jej na krok, powodując objawy szkodzące stanu zarówno fizycznemu, jak i psychicznemu. Musiała więc wykorzystywać każdą okazję do relaksu, nawet jeśli później miałaby się z tego tłumaczyć.
W swoim biurze zajęła się najważniejszymi i najpilniejszymi sprawami, w pośpiechu jedząc przyniesione przez Annę śniadanie. Kiedy skończyła, przebrała się w prostą sukienkę bez żadnych dodatków, wzięła koszyk i poinformowała przyjaciółkę, że na pewien czas wychodzi. Żaden ze strażników nie próbował jej zatrzymać, [Imię] całkiem często opuszczała zamek na własną rękę, mimo to kilkoro zaproponowało eskortę. Księżniczka była jednak nieugięta w swojej decyzji.
Gdy wreszcie znalazła się na zewnątrz, cały ciężar bycia następczynią tronu spadł z jej barków. Wiedziała doskonale, że to tylko tymczasowe uczucie, niemniej rozkoszowała się nim w pełni. Naumyślnie nie wzięła konia, chcąc jak najdłużej cieszyć się wolnością.
Ciepły wietrzyk bawił się jej włosami, układając kosmyki wedle własnego upodobania. [Imię] pozwoliła mu na to, błądząc myślami. Ostatnimi dniami odwiedzał ją w snach uroczy młodzieniec, słyszała jego miękki głos, po czym ukazywała się jego twarz z uśmiechem tak promiennym, jakby był obdarzony świętością. Kiedy się budziła, wszystkie obrazy zasnuwała mgła i niewiele szczegółów pamiętała. Miało to lepszy wpływ na jej stan niż koszmary, które zaczęły się po śmierci matki. Wreszcie mogła rzeczywiście w nocy odpocząć.
— Ach, jak przyjemnie — szepnęła, wystawiając twarz ku słońcu. Przebywanie na łonie natury zawsze ją uspokajało. Gdyby mogła, porzuciłaby zamek na rzecz domku z dużym ogrodem i lasem w pobliżu. Jeśli niedaleko znajdowałoby się również jezioro, byłaby w siódmym niebie.
Musiała się jednak cieszyć tym, co miała, a jako księżniczka miała naprawdę wiele. Większość kwiecistych łąk w okolicy zamku została jej podarowana przez ojca, kiedy obchodziła czternaste urodziny, i tylko ona decydowała, czy i kto mógł zaopatrywać się w rosnące tam kwiaty. Bez wątpienia była szczęściarą, jednak wcale nie prowadziła sielankowego i beztroskiego życia.
Pochyliła się nad grządką kwiatów, próbując doszukać się najładniejszych pąków. Pamiętała, jakie wybrała ostatnim razem i skrupulatnie ich unikała, chcąc zerwać inne. Gdy zdawało się, że odnalazła idealnego purpurowego fiołka, usłyszała głos, który tak doskonale znała ze snów.
— Niebezpiecznie jest tutaj zrywać kwiaty, moja pani. Należą one do jaśnie księżniczki.
Oczy [Imię] się rozszerzyły. Jej wzrok powędrował w stronę młodzieńca — a właściwie został przez niego przyciągnięty. Tak jak w snach, tak i teraz jego twarz wydawała się emanować poświatą. Nawet czyste i błękitne jak sople lodu oczy wyglądały ciepło. Miał na sobie wyblakłe i podniszczone ubrania, które kompletnie nie pasowały do jego anielskiego oblicza.
— Miło znów cię spotkać, Cendrillonie— odrzekła, biorąc kosmyk włosów za ucho. — Tak się składa, że te pola kwiatów należą do mnie. — Roześmiała się, kiedy przypomniała sobie, że nie przedstawiła się przy ich ostatnim spotkaniu. — Nazywam się [Imię] Rosabell Britte.
Młodzieniec zamrugał i znowu na nią spojrzał, jednak tym razem w jego oczach odmalowała się niepewności. Zarumienił się, lecz nie mógł odwrócić wzroku. [Imię] czuła, jak studiuje jej twarz, zupełnie jakby byli sobie bliscy, jakby się znali, a nawet kochali w poprzednim życiu.
— Och, przepraszam. Nie wiedziałem...
— W porządku. To normalne, że nie wszyscy w królestwie wiedzą jak wyglądam — wtrąciła, zanim usłyszałaby coś, czego nie chciałaby usłyszeć od Cendrillona. — Dopiero od dwóch lat angażuję się w sprawy królestwa. Wcześniej pozostawiałam to rodzicom. Ale od kiedy mojej mamy już nie ma... nastały pewne zmiany.
Cendrillon podszedł o krok bliżej, dalej się nie odważył. Nie miał pewności, czy zostałoby to dobrze odebrane przez księżniczkę.
— Przykro mi z powodu twojej mamy. Była wspaniałą królową.
[Imię] tylko przytaknęła.
— Też niedawno straciłem matkę — odezwał się ponownie, przerywając ciszę. — A jeszcze wcześniej ojca. Teraz został mi tylko ojczym i przybrani bracia. Wiem, co czujesz, Wasza Wysokość.
— Jak widać, nie różnimy się tak bardzo. Możesz więc mnie nie tytułować, tylko zwracać się po imieniu. Jak równy z równym — poprosiła [Imię]. Wiedziała, że przyzwoliła na coś niewyobrażalnego przez szlachtę, lecz nie dbała o to. Wreszcie czuła się szczerze zrozumiana. Żadne z wcześniejszych kondolencji nie wywołały podobnego wrażenia. — Zbierałam właśnie kwiaty na bukiet, który zaniosę na grób mojej mamy. Jeśli chcesz zrobić to samo dla swoich rodziców, nie krępuj się. Spokojnie wystarczy kwiatów dla nas obojga.
— Bardzo dziękuję, to niezwykle uprzejme z twojej strony, ale chyba nie powinienem tego robić.
Usta [Imię] ułożyły się w niezadowolony dzióbek. Przeczuwała, że coś takiego usłyszy w odpowiedzi.
— Zapewniam, mości panie, że nie jestem taka straszna, jak wyglądam. Nie planuję wprowadzić cię w pułapkę ani nie mam wobec ciebie nieczystych intencji. Proszę dać mi szansę, a to udowodnię.
Uszy Cendrillona pokryły się płomienistą czerwienią, podczas gdy twarz pozostała w naturalnym migdałowym odcieniu. [Imię] zachichotała na ów widok. Dla niej rozmowa z Cendrillonem była czymś nowym, niezwyczajnym. W przeciwieństwie do większości szlachciców nie próbował się do niej fałszywie przymilać ani wkupić w jej łaskę. Jego emocje widziała jak na dłoni i chociaż wielu po świecie chodziło takich, którzy uważali to za wadę, ona odbierała to zupełnie inaczej. Właściwie to nie miałaby nic przeciwko, gdyby więcej takich osób znajdowałoby się w zamku.
— Więc jak, pomożesz mi? — zapytała z ciepłym uśmiechem.
— Spróbuję — odrzekł. Twarz miał bezbronną, jednak biły od niego szczere chęci.
[Imię] krótko skinęła głową i wykonała ręką zapraszający gest. Czuła, że nareszcie spotkało ją coś dobrego.
Chapter 23: Nawiązanie znajomości ~ Cendrillon
Chapter Text
Zabawne, że można tęsknić za kimś, kogo ledwie się zna.
ღ Cendrillon ღ
Ostatni tydzień mijał [Imię] w powolnej męczarni. Poza codziennymi obowiązkami miała na głowie również bal z okazji swoich szesnastych urodzin, który przysparzał jej więcej zmartwień niż radości. Jak w zamroczeniu odpowiadała na pytania o kolor przewodni czy rodzaj kwiatów, z jakich zostaną przygotowane bukiety, marząc o chociażby chwili ciszy i spokoju.
Starała się przykładać taką samą wagę jak zawsze do wszystkich powierzonych obowiązków, jednak zdarzało się jej błądzić daleko myślami; wciąż czuła muśnięcie palców Cendrillona, kiedy pomagał jej bezpiecznie ułożyć kwiaty w koszyku, przyjemne smagnięcia wiatru i ciepło promieni słońca sprawiających, że jego włosy wyglądały jak świeże zboża. Wciąż odganiała wspomnienia z ich spotkania, lecz te nieustannie wracały, a nie wiedziała, co mogłaby zrobić, aby temu zaradzić.
Nikomu nie powiedziała o Cendrillonie. W końcu nie wiedziała, co robił ani dokąd chodził, kiedy nie był z nią, ani gdzie mieszkał. Nawet nie miała z nim żadnego kontaktu. Oba ich spotkania wynikały z przypadku, co budziło w [Imię] obawę, że więcej go nie zobaczy.
— Wolisz serwetki w kształcie chmury czy muszelki? — zapytała Eliza, wyrywając ją z zamyślenia. Kiedy nie otrzymała odpowiedzi, dodała ze smutną miną: — Coś się stało, [Zdrobnienie]?
— Nie, nic. Dlaczego pytasz?
— Ponieważ nic nie mówisz.
— Zamyśliłam się tylko — oświadczyła [Imię], rozglądając się po swoim gabinecie. — Gdzie poszła Anna?
— Zdaje się, że czegoś zabrakło w związku z przygotowaniami i Anna za chwilę pojedzie do miasta, żeby złożyć jakąś dostawę.
Oczy [Imię] rozwarły się szerzej. Nie namyślając się długo, wstała z krzesła i ruszyła ku wyjściu z gabinetu.
— Jeśli ktoś będzie mnie szukać, powiedz, że pojechałam z Anną do miasta — oznajmiła. — A serwetki mogą mieć kształt chmury.
Eliza, zbita z tropu, początkowo zastygła w miejscu. Dopiero po kilku długich sekundach doszło do niej znaczenie usłyszanych słów i pospiesznie ruszyła za siostrą, żeby odwieść ją od ów pomysłu.
[Imię] była jednak nieugięta.
Razem z Anną udała się do miasta, rozkoszując się rześkim popołudniem. Pasy maślanego światła kładły się na kocich łbach, kiedy przechodziły przez plac. Obie miały kaptury naciągnięte na głowy i proste sukienki, by nie przyciągać niepotrzebnej uwagi.
Podobnie jak wcześniej Eliza, również Anna była zaskoczona nagłą decyzją księżniczki o wyjściu do miasta, lecz o nic nie wypytywała, co [Imię] przyjęła z wielką ulgą. Nie zamierzała okłamywać przyjaciółki ani mieć przed nią sekretów, nie wiedziała tylko, jak powinna ubrać w słowa swoją relację z Cendrillonem.
— To tutaj, Wasza Wysokość. — Anna przystanęła przed drzwiami sklepu. — Wnętrze nie jest zbyt obszerne. Jeśli wolisz poczekać...
[Imię] pokręciła głową.
— Chodźmy.
Weszła przez dębowe drzwi do sklepu, a Anna zaraz za nią; w tle rozbrzmiał dzwonek. Na regałach z ciemnego drewna ustawione były lalki, misie, własnoręcznie zrobione lokomotywy i kukiełki. Nieco podniszczone ściany oblepiały mapy i obrazy pejzaży z najróżniejszych części świata. Za regałem, na którym stał piękny bukiet storczyków, znajdowała się kobieta w kwiecie wieku z włosami luźno związanymi w koka i oczami brązowymi jak kasztany. Na widok klientów uśmiechnęła się szeroko.
— Witam w moim skromnym sklepie — oznajmiła, pochylając odrobinę głowę. — W czym mogę pomóc?
W momencie, kiedy Anna zajęła się rozmową ze sprzedawczynią, [Imię] zaczęła przechadzać się po sklepie i przyglądać oferowanym towarom. Nic szczególnego nie wpadło jej w oko, ale nawet ona dostrzegała ogrom pracy włożonej w stworzenie zabawek, posążków i najróżniejszych akcesoriów. Była pewna, że Elizie by się taki sklep spodobał.
Nagle ponownie rozległ się dźwięk dzwonka. [Imię] ukradkiem spojrzała w kierunku przybyłych, zauważając szykownie ubranego mężczyznę po czterdziestce i dwóch młodzieńców, ubranych równie elegancko, o takich samych włosach i kolorze oczu jak ów starszy jegomość. Budziliby wspaniałe wrażenie, gdyby na ich twarzach nie gościła arogancja i zniesmaczenie.
— Słyszałem, że można tutaj znaleźć nietypowe rzeczy. Czy mogłaby pokazać nam pani coś osobliwego?
[Imię] przygryzła wargę i mocniej naciągnęła kaptur na głowę, upominając siebie w myślach, że powinna zachować spokój i się nie wychylać. Odwróciła się z powrotem w stronę lady, chcąc zapewnić sprzedawczynie, że razem z Anną poczekają, aż zajmie się nieuprzejmym klientem, gdy wtem jej uwagę przykuła postać stojąca na zewnątrz przy gablocie sklepu. Wystarczył jeden rzut oka, by rozpoznała Cendrillona.
Podeszła pospiesznie do Anny i szepnęła, że poczeka na zewnątrz; po otrzymaniu aprobującego skinienia, wyszła ze sklepu w akompaniamencie szalenie bijącego serca. Miała wrażenie, jakby los specjalnie krzyżował ich ścieżki, by pomóc połączyć się dwóm zagubionym duszom, które w panujących realiach nie powinny mieć szansy się spotkać. W końcu przeznaczony był jej książę; tyle że do żadnego nic nie czuła. Nie potrafiłaby dokładnie określić, co w dotychczas poznanych młodzieńcach ją rozczarowywało. Przesyłali prezenty, mówili to, co należało i pochodzili z samych wysoko utytułowanych rodzin. Ale dla niej to nie przypominało szczerego ubiegania się o drugą osobę, a przedstawienie do odegrania przed szlachtą.
Nie przykładała wagi do takiego stanu rzeczy, myśląc, że tak musi być. Dopiero po poznaniu Cendrillona zobaczyła, jak rzeczywiście wygląda zainteresowanie się kimś innym i jakie uczucia temu towarzyszą. Co prawda nie wiedziała, co z tego ostatecznie wyniknie, ale nie mogła tak po prostu skreślić szansy na zdobycie przynajmniej jednego prawdziwego przyjaciela.
— Cóż za niespodziewane spotkanie — oznajmiła [Imię po wyjściu na zewnątrz. — Miło cię widzieć, Cendrillonie.
— Ciebie również, Wasza Wysokość — odpowiedział z mieszaniną nieśmiałości i zaskoczenia, patrząc na jej twarz ukrytą pod kapturem.
— Mówiłam ci już, że samo imię wystarczy. Nie ma potrzeby mnie tytułować. Szczególnie teraz, gdy wolałabym, żeby nikt nie wiedział, kim jestem.
— Wybacz, nadal się do tego nie przyzwyczaiłem.
— Hm... — [Imię] przekrzywiła w zamyśleniu głowę. — A co powiesz, żebyśmy przećwiczyli to poprzez listy?
Uśmiech [Imię] zapewniał, że jakakolwiek nie byłaby odpowiedź, zaakceptuje ją. Tylko jej pełne nadziei i zatroskania oczy sugerowały coś innego.
— Myślę, że to dobry pomysł.
— Zatem podasz mi swój adres czy wolisz napisać jako pierwszy?
Widoczna na twarzy Cendrillona łagodność dodała [Imię] pewności siebie. Być może również dostrzegał szczerość jej intencji? W końcu nie wyśmiewała go ani nie szydziła, nawet nie patrzyła na niego z litością. Właściwie wydawała się mu współczuć, jakby rozumiała, przez co musi przechodzić.
Cendrillonowi także zależało na relacji z nią.
— Te plotki były przesadzone. Nic oszałamiającego nie miała ta kobieta na sprzedaż.
[Imię] cofnęła się o krok, by spojrzeć na wychodzących ze sklepu mężczyzn. Na sam widok ich twarzy poczuła się zdegustowana, a już szczególnie gdy usłyszała, jak jeden z młodzieńców mówił niepochlebne rzeczy o sklepie z własnoręcznymi rzeczami.
Ku jej zdziwieniu Cendrillon nagle zamarł, na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie, jak gdyby był czymś zawstydzony.
— Z kim rozmawiasz, Cendrillonie? Z jakąś przybłędą?
[Imię] wzdrygnęła się niezauważalnie. Zaraz potem doszło do niej, że ci ludzie musieli być tymi, o których wspominał jej Cendrillon; najstarszy z nich był jego ojczymem, a pozostała dwójka przybranymi braćmi.
Księżniczka uśmiechnęła się do siebie i ściągnęła kaptur, z premedytacją pokazując wszystkim dokoła charakterystyczne dla królewskiej rodziny rude włosy i bursztynowe oczy. Gdyby jednak ktoś miał wciąż wątpliwości wobec jej tożsamości, wystarczyło, żeby rozejrzał się wokół i spojrzał na twarze ludzi, którzy od razu ją rozpoznali.
— Nie za często opuszczam mury zamku, ale proszę mi wierzyć, wiem, gdzie się znajduję — odparła, z trudem powstrzymując się od prychnięcia śmiechem. Stojący przed nią mężczyźni zdawali się nie wierzyć własnym oczom.
— Wasza Wysokość, proszę wybaczyć mojemu synowi. Słońce musiało mu dzisiaj zaszkodzić i zapewne nie był świadomy tego, co mówi. — Ojczym Cendrillona wyszedł naprzód, jakby chciał skupić na sobie jej uwagę. — Nazywam się Robert Mousvill. A to moi synowie — wskazał ręką na stojących za nim młodzieńców — Antony i Eustachy.
— To przyjemność was poznać. Cendrillon wielokrotnie mi wspominał o tym, ile dla niego zrobiliście mimo braku więzów krwi. — Głos [Imię] był liryczny, a jednocześnie przenikliwy i odrobinę ironiczny. — Myślałam nawet nad udzieleniem waszej rodzinie pomocy. Widząc, jakie ubrania nosi, sądziłam, że mimo biedy postanowiliście się nim zaopiekować, co byłoby doprawdy szlachetne i godne należytego uznania, ale gdy teraz na was patrzę... Wybaczcie mi bezpośredniość, ale dlaczego wyglądacie jak szlachcice, gdy on wygląda jak sługa? Czyżbym coś źle zrozumiała i tak naprawdę nie jest pan przybranym ojcem Cendrillona, tylko jego panem?
[Imię] wiedziała, że przekraczała granicę i gdyby tylko jej matka ją teraz widziała, przewróciłaby ukradkiem oczami i zaczęła robić to samo, co wcześniej Robert; usprawiedliwiać zachowanie swojego dziecka i zrzucać winę na coś nieistotnego, byle tylko wyjść z sytuacji z twarzą. Jednak księżniczka nie żałowała żadnego z wypowiedzianych słów. Wszyscy odwracali oczy na widok czyjegoś cierpienia, lecz ona nie zamierzała tego robić.
— Och, Wasza Wysokość, gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo wyjątkowy jest Cendrillon. — Robert uśmiechnął się z ukrywanym trudem, który miał odwrócić uwagę od nagle zbladłej twarzy. — To niesamowicie pracowity młodzieniec. Najlepiej robiłby wszystko sam. Nie chcę nawet pomocy swoich braci czy też mojej. A droższych ubrań nie ubiera, gdyż przeszkadzałyby mu w pracy i by się niepotrzebnie zniszczyły. Wiem, że to nieodpowiednie z mojej strony, aby pozwalać mu na to, ale skoro go to uszczęśliwia... Och, nie mam serca, żeby mu odmówić.
— Doprawdy? — [Imię] odważnie spojrzała mu w oczy. Mogłaby zmusić mężczyznę do wyznania prawdy, ale to wymagałoby wsparcia Cendrillona, który musiałby powiedzieć, jak przedstawiała się rzeczywistość. Ona jednak czuła, że skłamie, by obronić ojczyma, dlatego postanowiła się wycofać. Skinęła głową na Annę, czekającą już jakąś chwilę przy wyjściu ze sklepu. — Wasza rodzina jest naprawdę wyjątkowa. Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję się jeszcze spotkać. A teraz wybaczcie, ale obowiązki mnie wzywają. Miłego popołudnia.
Gdy Anna dołączyła do księżniczki, od razu ruszyły w stronę królewskiego powozu. [Imię] miała wielką ochotę nasunąć kaptur z powrotem na głowę, ale duma ją przed tym powstrzymała. Jednak pokusy zerknięcia na Cendrillona nie zdołała opanować; minę miał niemal winowajcy. Jego oczy zdawały się przepraszać, potem spojrzały gdzie indziej, jakby w roztargnieniu.
[Imię] nie czuła wobec niego żadnej urazy. Właściwie to cieszyła się ze spotkania jego przybranej rodziny. W myślach kilkukrotnie powtórzyła usłyszane nazwisko, uśmiechając się pod nosem. Wiedziała, że znalezienie ich adresu nie będzie problemem i już wkrótce napisze pierwszy list.
Chapter 24: Bliska przyjaźń ~ Cendrillon
Chapter Text
Potrzebuję cię bardziej niż możesz to sobie wyobrazić.
ღ Cendrillon ღ
Upłynął ponad tydzień, odkąd [Imię] spotkała Cendrillona i jego przybraną rodzinę przed sklepem z rękodziełami, i choć przygotowań do balu było jeszcze więcej, każdego wieczora pisała list jako odpowiedź na jego poranną wiadomość. Chociaż cieszyła się z rozwoju ich relacji i ze stałego kontaktu, jej entuzjazm słabł, ilekroć widziała sugestywne uśmiechy członków rodziny albo gdy przypadkiem usłyszała rozmowę pokojówek, które plotkowały o tym, jaki to tajemniczy młodzieniec skradł serce księżniczki. Przyzwyczaiła się do takiego typu zachowań już w dzieciństwie, kiedy po raz pierwszy zaczęto ją obserwować i oceniać, jednak tym razem czuła się inaczej. Jak gdyby bała się, że nienawykły do tego Cendrillon wycofa się, by umknąć od podobnego losu.
— Na pewno nie chcesz go tutaj zaprosić? — zapytał nagle Artur.
Potem znowu rozległ się cichy brzęk sztućców; Kornelia i Rod jedli dalej, gdy tymczasem Eliza wpatrywała się w siostrę z iskrzącymi oczami.
— To świetny pomysł! Chciałabym poznać chłopaka, z którym codziennie wymieniasz listy, [Zdrobnienie]! — odezwała się rozentuzjazmowana. W przeciwieństwie do matki i brata nie potrafiła zbyt długo utrzymać emocji na wodzy.
— Mam za dużo pracy i nie będę w stanie odpowiednio go ugościć — odparła [Imię], grzebiąc niezauważalnie łyżką w swojej owsiance. — Zresztą zobaczymy się na balu.
— Racja! To już za pięć dni!
Niestety, przemknęło [Imię] przez myśl. Jej wzrok padł na ojca, a wewnątrz głowy rozbrzmiały niezliczone przypomnienia, że po balu powinna zacząć na poważnie rozglądać się za partnerem i przyszłym królem. Kiedy Rozalia żyła, niechętnie rozmawiał o zamążpójściu swojej jedynej córki. Ale po ożenieniu się z Kornelią, wydawał się naprawdę podekscytowany i zniecierpliwiony, jak gdyby bał się, że jak nie będzie [Imię] pilnował, to ta nigdy sobie kogoś nie znajdzie.
— Z pewnością będzie to wyjątkowy wieczór — zapewnił łagodnie Artur, wpatrując się w oczy [Imię]; takie same miała Rozalia, dlatego, ilekroć w nie spoglądał, czuł jakby jakaś cząstka jego pierwszej miłości wciąż była przy nimi.
[Imię] chciała coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Od dwóch lat dawała z siebie wszystko, pracowała ciężko, uczyła się i rozwijała kontakty z wpływowymi ludźmi. W ten sposób odwracała uwagę od swojego bólu, jednocześnie próbując dorównać oczekiwaniom, jakie pokładała w niej matka. Myślała, że tego właśnie pragnęła, ale zbliżająca się uroczystość uświadomiła jej naiwność ów starań. Nieważne, jak bardzo by próbowała, nie mogła pogodzić się ze świadomością, że tylko ojciec zobaczy, jak wkracza w dorosłość. Czemu los odebrał jej najbliższą osobę? Czy miała to być bolesna lekcja, pokazująca, że nikt nie żyje wiecznie?
Jakikolwiek powód by się za tym nie krył, [Imię] wiedziała, że po balu nic już nie będzie takie samo. Pamięć po jej matce zaniknie jeszcze bardziej, po tym jak zacznie się oczekiwanie, aż ona stanie się królową.
— Skończyłam jeść — oznajmiła, wstając od stołu. — Wybaczcie, ale obowiązki na mnie czekają.
Życzyła wszystkim miłego dnia, po czym opuściła jadalnie.
~*~
Dzień balu nadszedł niespodziewanie szybko. Pulsujące złote światła kandelabrów odbijały się od bogato zdobionych ścian i wypolerowanej na błysk podłogi. Z mniejszych lamp zwisały ozdoby, które nadawały ciepła na co dzień pustej, acz luksusowej sali. Na stołach ustawionych z boku wyłożono jedzenie najwyższej jakości i alkohol przy kubełkach z lodem. Muzyka wygrywana przez orkiestrę mieszała się z tupotem stóp, szeleszczącymi sukniami i rozmowami. W powietrzu unosił się słodki zapach drogich perfum wywołujący u [Imię] odruch kaszlu; dzielnie jednak z nim walczyła, co jakiś czas oczyszczając gardło wodą.
— Wszystkiego najlepszego, Wasza Wysokość. — Arystokrata skłonił głowę i wyciągnął rękę w oczekiwaniu, aż [Imię] położy na niej swoją. Kiedy to zrobiła, ucałował wierzch jej dłoni. — Wyglądasz oszałamiająco. Kropla w kroplę jak matka. Doprawdy szkoda, że nie mam jej tutaj z nami.
[Imię] z trudem powstrzymała się od wyrwania ręki z jego uścisku. Wiedziała, że rozmowy ze szlachtą będą tak wyglądać; obserwowali jej poczynania i widzieli, jak często odwiedza grób matki. Dopatrzyli się w tym słabego punktu, który zamierzali przeciwko niej wykorzystać.
— W istocie. Oby Pan czuwał nad jej duszą — odparła spokojnym tonem.
Nie zamierzała komukolwiek pozwolić na zrujnowanie jej humoru jeszcze bardziej. Poddanie się emocjom, pokazanie gniewu i frustracji w niczym by nie pomogło, a wręcz przeciwnie — pogrążyłaby siebie oraz dobre imię rodziny królewskiej. W chwilach, gdy zaczynało brakować jej siły do utrzymania uśmiechu na twarzy, ukradkiem wypatrywała w tłumie blond włosów Cendrillona. Im więcej czasu upływało, tym coraz większy ogarniał ją niepokój. Chociaż była zajęta ciągłym zabawianiem gości, uważnie słuchała obwieszczeń w oczekiwaniu, że wreszcie usłyszy jego imię.
W końcu doczekała się nazwiska Mousvill, jednak lokaj ogłosił wyłącznie przybycie Roberta, Antoniego i Eustachego. [Imię] użyła całej siły woli, żeby pozostać na miejscu i cierpliwie poczekać, aż podejdą do niej się przywitać.
— Wasza Wysokość, to zaszczyt znowu cię spotkać, szczególnie w tak ważnym dniu — odezwał się Robert, uśmiechając się przymilnie, co ją jeszcze bardziej zirytowało. — Jeszcze raz dziękuję za zaproszenie.
— Przyjemność po mojej stronie. — Odwzajemniła jego uśmiech, ukrywając złość pod maską nieszczerej życzliwości. — Cieszę się, że przyszliście. Dlaczego jednak nie ma z wami Cendrillona?
Robert przybrał smutny wyraz twarzy.
— Strasznie mi przykro, Wasza Wysokość, ale choroba uniemożliwiła Cendrillonowi przyjście na bal. Nie musisz się jednak niczym martwić, zapewniliśmy mu jak najlepszą opiekę.
— Rozumiem. Oby wkrótce wyzdrowiał. — Skinęła głową, dając znać, żeby dołączyli do reszty gości, lecz Robert nie ruszył się z miejsca, a więc i jego synowie stali dalej w miejscu. Najwyraźniej chcieli przedłużyć z nią rozmowę, ale nie wzięli pod uwagę jej temperamentu i pewności siebie. — Zapewne nie zostaniecie zbyt długo. Przekażę woźnicy, aby przed północą przygotował karocę i zabrał was do domu.
— Ależ nie trzeba, Wasza Wysokość... — Robert zaczął protestować, jednak [Imię] nie pozwoliła mu dokończyć.
— Nie ma powodu odrzucać mojej uprzejmości. Potraktujcie to jako podziękowanie za przyjście, mimo tak trudnej sytuacji, i bawcie się dobrze.
Nie czekając na odpowiedź Roberta, postanowiła odejść, czując, że jeśli tego nie zrobi, będzie próbował dalej z nią dyskutować. Jego tupet nie przestawał ją zaskakiwać. Jak mógł się przymilać i udawać dobrego ojczyma, ukrywając prawdziwą, dwulicową i paskudną twarz, byle tylko jej się przypodobać? Czy brał ją za głupią? Przecież wymieniała listy z Cendrillonem i doskonale wiedziała, że nic mu nie dolegało. Zapewne zamknęli go w pokoju albo przydzielili multum zadań, których do rana nie skończy, aby nie mógł przyjść na bal.
To zaszło za daleko, uznała z gniewem. Gestem ręki przywołała do siebie jednego z lokajów. Zabrała z jego srebrnej tacy jeden z kieliszków i półgłosem powiedziała:
— Znajdź Annę. Niech przyjdzie do mnie jak najszybciej.
Mężczyzna posłusznie skinął głową i ruszył ku wyjściu z sali balowej, z gracją i wprawą wymijając rozmawiających gości, by wykonać jej polecenie.
W trakcie czekania [Imię] piła powoli alkohol i rozmawiała z wysoko utytułowaną szlachtą, coraz mniej się przejmując kierowanymi w jej stronę uszczypliwościami. Chęć udzielenia pomocy Cendrillonowi skutecznie odsuwała myśli o matce. Nie zamierzała zawieść kolejnej osoby.
Wreszcie Anna podeszła do niej, przepraszając za przerwanie dyskusji. [Imię] uśmiechnęła się życzliwie i, co ważniejsze, szczerze po raz pierwszy tego wieczoru.
Poprowadziła Annę na obrzeże sali.
— Muszę cię poprosić o pewną przysługę.
~*~
Gdy minęła północ, [Imię] zaczęły targać sprzeczne uczucia. Z jednej strony nadzieja, że wszystko się powiedzie, połączona z radością i pewnego rodzaju ulgą, z drugiej — strach i zwątpienie, czy dokonała właściwego wyboru. Tyle rzeczy mogło pójść nie tak. Chciała osobiście wszystkiego dopilnować, ale ucieknięcie z balu z okazji własnych urodzin było niedopuszczalne. Musiałoby chodzić o sprawę życia i śmierci, aby nie została za to potępiona.
Co chwilę ukradkiem zerkała na ogromny zegar wiszący nad głównym wejściem do sali, z coraz większym zniecierpliwieniem.
— Co planujesz?
[Imię] wzdrygnęła się nieznacznie, słysząc za sobą głos Ronalda. Jego zazwyczaj beznamiętna mina została zastąpiona lekkim poirytowaniem.
— Nie rozumiem, skąd to pytanie — odrzekła z szerokim uśmiechem, czym sprawiła, że jasne brwi jej przybranego brata prawie się ze sobą zetknęły. — Rozkoszuję się balem... na swój sposób.
— Martwisz wszystkich swoim zachowaniem.
— Wszystkich? Nawet ciebie?
Rozbawiona [Imię] zmrużyła odrobinę oczy, uśmiechając się figlarnie. W przeciwieństwie do Elizy, Ronald nigdy się z nią nie spoufalał ani nie spędzał czasu, jeśli nie było to konieczne. Jednak jego zachowanie nie wynikało z wrogości. Zaakceptował ją jako członka swojej rodziny, w pewien sposób na pewno też mu na niej zależało, lecz potrzebował więcej niż dwóch lat pod jednym dachem, by się na nią otworzyć.
— Eliza martwi się, że z nikim nie tańczysz. Myśli, że przez to się dobrze nie bawisz.
Jak zawsze używasz Elizy jako wymówki, z trudem zachowała tę myśl dla siebie. Nie chciała przesadzić z droczeniem. Zresztą przez nieobecność Cendrillona to on zatańczył z nią pierwszy taniec i ten fakt zamierzała wykorzystać niezliczoną ilość razy do zawstydzania go w przyszłości.
Tym razem postanowiła odpuścić. A przynajmniej taki miała pierwotnie zamiar.
— Niestety, nie mam ochoty z nikim tańczyć. Ale jeśli dostałabym zaproszenie od swojego uroczego brata, to nie mogłabym mu odmówić. — Uśmiechnęła się cwanie.
Przemknęło jej przez myśl, że być może Ronald rozmawiał z nią rzadko, ponieważ często dawała przy nim upust swojej dziecięcej stronie, a wszyscy wiedzieli, że wolał zadawać się z poważnymi i dojrzałymi ludźmi. W teorii zatem powinni się wspaniale dogadywać, gdyż [Imię] nie brakowało żadnej z ów cech, jednak rzeczywistość wyglądała inaczej. Księżniczka nie potrafiła tego wyjaśnić, po prostu bawiły ją reakcję przybranego brata. Szczególnie gdy powodowały rumieniec na jego przeważnie niewzruszonej twarzy.
— Ostatni raz się tak dla ciebie poświęcam — odrzekł chłodno, z lekko zaczerwienionymi policzkami.
[Imię] z trudem stłumiła śmiech i chwyciła za wystawioną w jej stronę dłoń, pozwalając się poprowadzić na środek sali balowej. Osobiście wolałaby pozostać na uboczu, ale wiedziała, że Ronald z powagą podchodził do królewskich obyczajów. Czasem żałowała, że nie był jej prawdziwym bratem. Mógłby wtedy zostać koronnym księciem i przejąć ciężar panowania, z którym zapewne poradziłby sobie lepiej niż ona.
— Gdzie wysłałaś Annę?
Jego pytanie wyrwało ją z zamyślenia.
— Dlaczego pytasz? Z nią także chcesz zatańczyć?
Ronald przewrócił oczami w reakcji na jej odpowiedź i żadnych więcej pytań nie zadał. Przetańczyli do końca całą piosenkę, nie zamieniając ze sobą już ani słowa. Oboje mieli dość pustych, przedłużających się pogawędek, choć nie przyznaliby się do tego na głos, więc z ulgą przyjęli panującą pomiędzy nimi ciszę.
[Imię] dygnęła po zakończonym tańcu, zastanawiając się, czym zająć sobie resztę pozostałego czasu, gdy nagle lokaj przy wejściu ogłosił nadejście ostatniego gościa. Jej serce natychmiast przyspieszyło. Odwróciła się w stronę schodów, po których schodził Cendrillon. W białym fraku i ze starannie ułożonymi włosami wyglądał niemal jak ktoś inny: bogaty, wpływowy i mający narzeczoną od szóstego roku życia. Ale ona wciąż widziała w nim miłego, uczynnego i nieco wstydliwego młodzieńca, któremu pomogła z zakupami. Odsunęła jednak te myśli na bok, kiedy dostrzegła cień niepewności na jego twarzy. Nie chciała, żeby czuł się niekomfortowo, szczególnie z jej powodu, dlatego stanęła bliżej wejścia do sali z ciepłym uśmiechem na ustach.
— Cieszę się, że mimo trudności zdołałeś przybyć — oznajmiła oficjalnym tonem. Czuła motylki w brzuchu, lecz nie mogła okazać otwarcie swojej radości.
Muzykanci przestali grać, chór zamilkł, nawet echa setek rozmów przestały się roznosić po sali. Tłum znajdował się za plecami [Imię], wypalając dziurę w głowie. Księżniczka się tym nie przejmowała, uśmiechnęła się jeszcze szerzej i niezauważalnie poprawiła fałdy sukienki, która, choć była piękna, sprawiała jej pewien dyskomfort. Dekolt z wycięciem w kształcie serca wydawał się trochę za duży, ciasny gorset opinający talię odrobinę przyduszał, ale nie mogła narzekać. Linię biustu i boku zdobiły maleńkie diamenty. Spódnica rozszerzała się ku dołowi, a niemal omiatający parkiet materiał został ściągnięty i ozdobiony naszytymi kryształkami. Ponadto kolor materiału nie został wybrany przypadkowo; idealnie komponował się z bursztynowym odcieniem jej oczu.
— Moje najszczersze przeprosiny, Wasza Wysokość. — Cendrillon pochylił głowę, z widoczną trudnością odrywając od [Imię] wzrok. — Czy mimo mojego spóźnienia zaszczycisz mnie tańcem?
Oczy [Imię] jeszcze bardziej się rozszerzyły. Najwyraźniej błędnie odczytała jego emocje, biorąc napięcie za strach.
— Z przyjemnością. — Przyjęła zaoferowaną jej dłoń, dzieląc jego entuzjazm.
Kiedy znaleźli się na środku sali, zwróciły się ku nim wszystkie pary oczu. Każdego możliwego koloru. Przypatrywały się im z zaciekawieniem i fascynacją.
Ale [Imię] nie dbała o to. Jej uwaga skupiała się wyłącznie na rozpromienionym obliczu Cendrillona. W końcu czuła się jak prawdziwa księżniczka na balu z wymarzonym księciem.
Tymczasem w sali rozległa się cicha, kojąca ballada, której najgłośniejsze nuty były wygrywane na fortepianie i skrzypcach. Po chwili do muzyków dołączył także chór. Serce [Imię] pędziło szybciej, niż melodia słyszanej muzyki.
— Jak twój ojczym wytłumaczył się Annie?
— Powiedział, że musiałem cudownie ozdrowieć. Choć dalej nalegał, bym został w domu.
— Jest strasznie uparty.
— Tak jak pewna księżniczka.
[Imię] o mało się nie roześmiała. Uśmiech Cendrillona był tak szeroki jak jej.
— Tyle że moja upartość wychodzi mnie i innym na dobre.
Tańczyli, wirowali i sunęli wokół sali, obserwowani i podziwiani przez pozostałych. Muzyka powoli narastała. [Imię] wszystko chłonęła, starając się zapamiętać każdy szczegół, wypalić tę scenę w pamięci. Szczególnie oczy Cendrillona pragnęła sobie utrwalić, ich przejrzyście błękitną barwę, której nie powstydziłoby się letnie niebo czy krystalicznie czysta woda.
— O czym myślisz? — zapytała, widząc jego zaciekawioną minę.
— O tym, jakie to niesamowite. Bycie na balu i tańczenie z tobą... Trudno mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czuję, jakbym miał się zaraz obudzić w łóżku na poddaszu.
— To nie sen. — Odrobinę mocniej ścisnęła jego ramię. — A koniec balu nie oznacza końca bajki. Dalej tutaj będę. Z tobą.
Chapter 25: Kobieca zazdrość ~ Cendrillon
Chapter Text
Jesteś szczęściem, którego nie chcę stracić.
ღ Cendrillon ღ
[Imię] sapnęła zmęczona, odchylając głowę i wpatrując się w sufit swojego gabinetu. Tkwienie w jednej pozycji przez kilka godzin dało jej się we znaki. Mogłaby to zdzierżyć, gdyby postęp w pracy był większy, ale niestety, góra papierzysk wydawała się nie maleć. Myślała, że skoro przygotowania do balu się skończyły, a samo przyjęcie okazało się bardzo udane, to będzie mogła chwilę odpocząć. Boleśnie szybko się przekonała, jak błędne i naiwne miała nadzieje. Sprawy, które zostały odłożone przez organizacje jej urodzin, musiały zostać jak najszybciej rozwiązane, przy czym dochodziły całkiem nowe sprawunki, także wymagające jej uwagi. Na domiar złego znowu zaczęły do [Imię] przychodzić listy z propozycją małżeństwa. Najchętniej wrzucałaby taką korespondencję od razu do kominka, lecz etykieta narzucała udzielenie odpowiedzi.
— Może zrobisz sobie chwilę przerwy, Wasza Wysokość? — zapytała Anna po wejściu do gabinetu. Ostatni raz zajrzała do księżniczki trzy godziny temu i zaczęła się poważnie martwić, widząc, że ta wciąż pracowała bez wytchnienia.
— Nie mogę, jeśli chcę noc spędzić w łóżku — odrzekła, nie odrywając wzroku od studiowanego dokumentu. — Czy jest coś jeszcze, co chcesz mi powiedzieć?
— Właściwie to tak, Wasza Wysokość. — Jeszcze parę minut temu nie była pewna, czy powinna zameldować o poczynaniach księżniczki Elizy, ale zmizerniała twarz [Imię] zmusiła ją do wypowiedzenia kolejnych słów: — Panicz Mousvill jest w pałacu.
[Imię] na moment zastygła w bezruchu, po czym podniosła wzrok na stojącą po drugiej stronie biurka Annę.
— Który? — wydusiła, siląc się na spokojny ton.
— Ten, z którym Wasza Wysokość tańczyła na balu.
— Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? — [Imię] zmarszczyła lekko brwi, między nimi pojawiła się pionowa bruzda.
— Wybacz, Wasza Wysokość, sama dowiedziałam się o tym niedawno. Z tego, co usłyszałam od innych służących, Panicz Mousvill został zaproszony przez księżniczkę Elizę.
Ciężkie westchnięcie opuściło usta [Imię].
— Co ona sobie myśli? — szepnęła. Pokręciła z dezaprobatą głową, zastanawiając się, co powinna zrobić, i czy w ogóle powinna interweniować. — Wiesz, gdzie teraz są?
— Ponoć piją herbatę w królewskim ogrodzie.
— Tylko we dwoje?
— Tak.
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu [Imię] zaczęła czuć się niespokojnie. Eliza była jedną z najpiękniejszych dziewczyn, jakie dotychczas widziała. A widziała ich sporo na wszelkiego rodzaju bankietach czy spotkaniach herbacianych dla dam z wyższych sfer. Jej przybrana siostra, choć urodzona w pospolitej rodzinie, miała w sobie coś wyjątkowego. Wiele kobiet zazdrościło jej bladej jak dziewiczy śnieg skóry, oczu przypominających zawsze czyste i bezchmurne niebo i lśniących złocistych włosów, opadających delikatnymi falami na ramiona i plecy. Poza tym Eliza roztaczała wokół siebie niezwykle czarującą aurę. Jednym uśmiechem potrafiła topić zlodowaciałe serca arystokratów. W przeciwieństwie do [Imię], nie ukrywała swoich prawdziwych uczuć, nie hamowała się, a ponadto cechowała się taką prostolinijnością, że aż chciało się ją chronić.
Im dłużej [Imię] myślała nad urokiem Elizy i wyraźnymi podobieństwami, jakie mogły połączyć ją i Cendrillona, tym mocniejszy czuła ból w klatce piersiowej.
— Chwila przerwy nie powinna zaszkodzić — oznajmiła po namyśle, ignorując szeroki uśmiech, jaki wywołała na twarzy Anny ów słowami.
— Odprowadzę Waszą Wysokość do ogrodu.
— Nie, nie trzeba. Ty też zrób sobie przerwę.
[Imię] opuściła swój gabinet, nie mogąc wyzbyć się poczucia niedorzeczności; czy naprawdę myślała, że przyrodnia siostra może jej odebrać przyjaciela? Przecież przyjaźń nie łączy tylko dwójkę ludzi. Wiedziała o tym doskonale, a mimo to czuła się źle ze świadomością, że Cendrillon i Eliza spędzali razem czas.
Niepokój wzburzał jej krew, kiedy przechodziła przez pięknie zdobione korytarze, wypełnione rozkosznym blaskiem powoli zachodzącego słońca. W uszach dudniło echo pospiesznie kołatającego serca, zagłuszanego częściowo hałasem powodowanym przez stukot obcasów na marmurowej posadzce. [Imię] zwolniła kroku, dopiero kiedy dwuskrzydłowe szklane drzwi, prowadzące do królewskiego ogrodu, pojawiły się na horyzoncie. Wtedy zaczęła słyszeć głosy: jeden spokojny, drugi rozemocjonowany.
Przystanęła i delikatnie wyjrzała przez okno na zewnątrz, widząc Cendrillona i Elizę siedzących przy ogrodowym stoliku, osłoniętych parasolem i otoczonymi dziko zielonymi krzewami. Razem wyglądali na idealnie dopasowanych. Jak para, której się zawsze zazdrości szczęśliwego życia.
Serce [Imię] boleśnie zakuło. Wszystko przez to, że zaczęła sobie za wiele wyobrażać. Czuła, że przesadzała z wnioskami, które przecież nie miały żadnej solidnej podstawy. Nie powinna tak niedojrzale reagować, to nie było w jej stylu.
Wzięła głęboki oddech, żeby mieć chwilę na oczyszczenie myśli, po czym ponownie ruszyła ku wejściu do ogrodu.
Tylko się przywitam i wypiję herbatę. Potem wrócę do swoich obowiązków, przyrzekła sobie, tuż przed przekroczeniem przejścia, przy którym stali strażnicy. Na jej widok pochylili głowy, witając się z szacunkiem. Odpowiedziała im krótko, acz miło i poszła dalej.
Eliza, choć zaaferowana rozmową, od razu zauważyła jej przybycie.
— [Zdrobnienie]! Wreszcie wyszłaś z gabinetu! — Nagle podniosła się z krzesła, strasząc tym samym stojące nieopodal służki. — Dołączysz do nas?
— Nie chcę wam przeszkadzać — odparła, zanim zdołała ugryźć się w język. Chciała grzecznie się zgodzić i usiąść, a zamiast tego powiedziała coś, co wręcz prosiło o nadinterpretację. Pokojówki będę o tym plotkować, rozpowiadając, że Eliza zaprosiła do zamku młodzieńca, by skraść mu serce na oczach koronnej księżniczki. Musiała to szybko odkręcić. — Wyglądacie tak beztrosko i radośnie... Nie mam serce psuć tej atmosfery. Przez przepracowanie nie będę dobrą towarzyszką do rozmowy.
Wbrew oczekiwaniom [Imię], nadmiar obowiązków rzeczywiście mógł wpłynąć na jej samopoczucie i zachowanie. W przeciwnym wypadku nie mówiłaby takich głupot. Żałowała, że dała się Annie podpuścić i wyszła ze swojego biura.
Eliza jednak wyglądała na niezrażoną.
— Wcale nie! Twoje towarzystwo zawsze jest pożądane. — Patrzyła na [Imię] z takim uwielbieniem, że nikt nie miałby wątpliwości, na czyjej obecności najbardziej jej zależało.
[Imię] zaczęła czuć się źle z tym, że jeszcze chwilę wcześniej była o nią zazdrosna.
— Pijemy też herbatę, która między innymi pomaga na zmęczenie. Proszę, dołącz do nas i zrelaksuj się chociaż przez chwilę.
— Skoro nalegasz... — [Imię] z uśmiechem zajęła przystawione dla niej krzesło, po raz kolejny doceniając w duchu dobroć swojej przyrodniej siostry. — O czym rozmawialiście, zanim przyszłam?
Pytanie było jak najbardziej na miejscu i wskazywało na szacunek do rozmówców, by ci nie czuli się zmuszeni zmieniać tematu tylko z powodu nowego towarzystwa. Tak głosiła jedna z niepisanych zasad etyki, toteż [Imię] nie miała żadnych oporów przed jego zadaniem. Wątpliwości uderzyły w nią, dopiero gdy zobaczyła reakcję Cendrillona, który zakrztusił się herbatą, mając policzki niemal tak czerwone jak jej włosy.
— Dobrze się czujesz, Cendrillonie?
— M-mhm! — Przytaknął z lekkim grymasem. — Po prostu herbata okazała się dla mnie trochę za gorzka.
[Imię] spojrzała na Elizę, nieudolnie próbującą ukryć rozbawienie. Wyglądała, jakby chciała powiedzieć, że jeszcze kilka chwil temu herbata była odpowiednia, ale widocznie udało jej się przed tym powstrzymać. Zamiast tego wrzuciła do jego napoju jedną kostkę cukru więcej.
— Teraz powinna ci smakować — odparła z szerokim uśmiechem, przenosząc wzrok na [Imię]. — Wymienialiśmy się wrażeniami z balu. Okazało się, że oboje po raz pierwszy w życiu braliśmy udział w czymś tak wspaniałym!
— Miło mi to słyszeć. Co najbardziej wam się spodobało?
— Wszystko! Pyszne jedzenie, balowe suknie, muzyka, tańce. Szkoda, że bale nie odbywają się częściej.
— Och, wtedy mogłabym zapomnieć o odpoczynku — jęknęła [Imię] z teatralną dramaturgią. — A co z tobą, Cendrillonie? Co tamtego wieczoru najbardziej ci się spodobało?
Spojrzała na Cendrillona, wyczekując odpowiedzi bardziej, niż skłonna byłaby to przyznać. W pierwszej chwili na jego twarzy odmalowało się zakłopotanie, jednak po chwili ustąpiło ono miejsca pewności siebie, gdy odwzajemnił jej wzrok z ciepłem i zmiękczającą serce szczerością, mimo lekko czerwonych policzków.
— Pierwszy taniec z... Waszą Wysokością. Jak i każdy kolejny.
[Imię] rozwarła szerzej oczy, zastygając z uniesioną filiżanką. Czuła rozlewające się po klatce piersiowej ciepło, choć płyn jeszcze nie trafił do jej ust. Pospiesznie to nadrobiła, wykonując czynność do końca i biorąc małego łyka herbaty, zanim z uśmiechem odpowiedziała:
— To również była moja ulubiona część wieczoru.
Chciała powiedzieć więcej, ale nie mogła w obecności Elizy i stojących w pobliżu służących, którym dostarczyła już wystarczająco dużo tematów do plotek. Poza tym praca na nią czekała, o czym sobie niespodziewanie przypomniała. Albo po prostu szukała wymówki, by uciec od coraz to intymniejszej atmosfery.
— Wybaczcie, ale muszę wracać do gabinetu. — Z gracją podniosła się z miejsca, starając się wyglądać i działać tak jak zawsze. — Następnym razem spotkajmy się, jak będę mieć dzień wolny.
— Oczywiście, [Zdrobnienie]! Wtedy też zaprosimy Cendrillona. Prawda? — Eliza uśmiechnęła się w sugestywny sposób.
— Byłoby miło — odrzekła [Imię], po czym wróciła do zamku, uprzednio się żegnając.
Przez to, że odwrócona była tyłem do królewskiego ogrodu, nie mogła zobaczyć, z jaką czułością i troską patrzył na nią Cendrillon.
Jego serce należało do niej, choć nie potrafił tego jeszcze przyznać.
Chapter 26: Poważny strach ~ Cendrillon
Chapter Text
To nie majątek i status świadczą o człowieku, tylko jego serce.
ღ Cendrillon ღ
Z uśmiechem podeszła do okna i oparła czoło o zimną szybę, wzdychając z ulgą. Widok królestwa skąpanego w rozkosznym złocistym kolorze, tak bardzo podobnym do włosów Cendrillona, sprawił, że przyjemne ciepło rozlało się po jej klatce piersiowej.
— Och, już wstałaś, Wasza Wysokość. — Zaskoczona Anna zatrzymała się w progu, trzymając miskę z wodą i ręcznik za pomocą jednej ręki. — Mam nadzieję, że dobrze spałaś.
— Lepiej niż ostatnio. — Przytaknęła i zaczekała, aż Anna postawi przed nią miskę. Zamoczyła dłonie w przyjemnie letniej wodzie i obmyła twarz, pozbywając się resztek snu. Kiedy skończyła, z wdzięcznością przyjęła ręcznik. — Czy wszystko jest już przygotowane?
— Tak, Wasza Wysokość. W garderobie zostawiłam strój, o który prosiłaś, a chłopcu stajennemu przekazałam, by oporządził konie.
— Dziękuję.
[Imię] poszła się przebrać, bez słowa sprzeciwu przyjmując pomoc Anny. Była przekonana, że tym razem również wysłucha opowieści przyjaciółki o jej minionym dniu, plotkach czy miłostkach, jednak zamiast tego usłyszała masę pytań o nią samą i plany na popołudnie.
— Dotychczas wolałaś uszanować moją prywatność. Co jest wynikiem twojej zmiany nastawienia?
Anna uśmiechnęła się niejednoznacznie.
— Nie jestem pewna. Może to widok zmiany Waszej Wysokości mnie do tego przekonał.
— Mojej zmiany?
— Tak. Od kiedy panicz Mousvill się pojawił, Wasza Wysokość więcej się uśmiecha i częściej opuszcza zamek.
Na policzki [Imię] wkradł się zdradziecki rumieniec. Jeszcze przed paroma tygodniami zaprzeczyłaby i zmieniła temat, lecz obecnie była bardziej szczera ze swoimi uczuciami. Poza tym Anna pomogła sprowadzić Cendrillona na bal, a to znaczyło, że w sprawie swojego — wtedy jeszcze nieświadomego — zadurzenia, [Imię] zaufała jej jeszcze zanim zdążyła to wszystko dobrze przemyśleć.
Nie żałowała jednak żadnej z podjętych przez siebie decyzji. Chociaż przeżyła tylko kilkanaście wiosen, zachowywała się, jakby była znacznie starsza, jakby życie straszliwie ją nużyło. Myślała, że tak już zawsze będzie, ale wtedy zaprzyjaźniła się z Cendrillonem i... zmieniła się. Naprawdę się zmieniła. Zaczęła mówić ze szczerym zachwytem w głosie, śmiać się z drobnych rzeczy, zachowywać się młodzieńczo i dziewczęco. Na początku pozwalała sobie na taką swobodę tylko w obecności Cendrillona, jednak rozmowa z Anną uzmysłowiła jej, że powoli przekonywała się do podobnej wolności w towarzystwie także innych osób.
Miała nadzieję, że działała na niego w taki sam sposób.
Po przebraniu się i zjedzeniu lekkiego śniadania, które zjadła tylko w towarzystwie Anny, jako że pozostali członkowie rodziny królewskiej jeszcze spali. Może z wyjątkiem Ronalda, ale [Imię] nie zamierzała tego sprawdzać. Po tym, jak Eliza opowiedziała mu o Cendrillonie i o tym, ile dla niej znaczył, zaczął ją prowokować i podpuszczać. Niestety, musiała się pogodzić z karmą, jaka ją spotkała. W końcu wcześniej zachowywała się wobec niego w taki sam sposób, więc nie miała prawa narzekać.
Zaraz potem udała się do stajni, gdzie oporządzone czekały dwa konie. [Imię] poklepała je w kłąb, po czym przeczesała palcami grzywy; jedną czarną jak nocne niebo, drugą złocistą jak świeża pszenica. Po chwili włożyła nogę w strzemię i wsiadła na swoją izabelowatą klacz, mając wodzę karego ogiera przyczepione do siodła. Z uśmiechem pożegnała się z chłopakiem stajennym, dziękując za tak wczesne przyjście do pracy. Gdyby po tych słowach nie ruszyła z kopyta, zauważyłaby soczyste rumieńce na jego twarzy.
Mimo że Anna starannie związała jej włosy, kilka kosmyków zdołało wyswobodzić się spod ucisku błękitnej wstążki. [Imię] zaśmiała się, kiedy jeden z nich połaskotał ją w szyję i dała znać klaczy, by przeszła z galopu w cwał. Nawet jakby świat zaczął się walić, nie zatrzymałaby się — pędziłaby dalej przez soczyście zielone łąki, smakując słodkiej wolności. Tęskniła za przyjemnym mrowieniem, jakie odczuwała w obecności Cendrillona i gdyby musiała przebyć dwa razy dłuższą trasę niż ówcześnie, aby się z nim zobaczyć, dokonałaby tego bez najmniejszego problemu.
Umówili się przy rzece niedaleko miasta, którą dotychczas [Imię] widziała tylko z okien zachodnich komnat. W liście nie wspomniała, że nigdy nie była tak daleko od zamku. Nie chciała wprowadzić Cendrillona w błąd. Mógłby przecież pomyśleć, że spotkanie w takim miejscu sprawi jej kłopot albo wprawi w dyskomfort, a tego nie chciała. Szczególnie że czuła się niesamowicie podekscytowana pomysłem zwiedzenia nowego miejsca po raz pierwszy właśnie u jego boku.
Ale o tym także w liście nie wspomniała. Zapadłaby się z zawstydzenia pod ziemię, gdyby to zrobiła.
Przemknęła obok kolejnego skrzyżowania niczym strzała, by w następnej chwili zwolnić. Widziała już most, przy którym czekał Cendrillon. Poza zarysem sylwetki dostrzegła doskonale znaną czuprynę włosów, mającą na tle szarego nieba niemal złocisty kolor. Musiała wykorzystać całą siłą woli, żeby nie popędzić znowu koni. Na szczęście lada moment znalazła się tuż obok, nie mogąc ani na sekundę przestać się uśmiechać.
— Mam nadzieję, że nie czekałeś długo — rzuciła na przywitanie.
— Nie, zjawiłem się wcześniej. Nie mogłem się doczekać, kiedy cię... — urwał nagle, jakby prawie powiedział coś nieprzemyślanego.
[Imię] jednak domyśliła się, co Cendrillon miał na myśli, a to wprawiło ją w jeszcze lepszy nastrój.
— W każdym razie cieszę się niezmiernie z naszego spotkania — dokończył z delikatnymi różowymi plamami na policzkach.
— Ja również. Aż dziwne, że zdołałam w nocy zasnąć. — Zaśmiała się melodyjnie, po czym gestem ręki zachęciła Cendrillona do podejścia bliżej. — Zapewniam, że to najcudowniejsze konie z całej królewskiej stajni. Łagodne, inteligentne...
~*~
Cendrillon z uśmiechem słuchał słów [Imię], napawając się brzmieniem jej głosu. Niektórych rzeczy nie dało się zawrzeć w listach, podobnie jak żaden obraz nie odwzorowałby odpowiednio piękna koronnej księżniczki. Był przekonany, że nawet w łachmanach wyglądałaby czarująco. Głównie za sprawą aury pełnej pewności siebie, niesamowitej charyzmy i ciepła, jakie zdawała się roztaczać nawet za pośrednictwem drobnych gestów. Nic dziwnego, że czuł przyjemne łaskotanie biegnące aż do pięt, ilekroć na nią patrzył.
— A zatem czujesz się gotowy do jazdy?
I znowu ten uśmiech. W życiu nie widział nic piękniejszego niż uśmiech damy, która zaoferowała mu pomoc w niesieniu zakupów; która w morzu kolorowych kwiatów zaproponowała wspólne w nich utonięcie; która stanęła po jego stronie, mimo że mogła mieć u swojego boku lepiej wyglądających i znacznie majętniejszych mężczyzn.
Była najcudowniejszą osobą, jaką spotkał i bez żadnego zawahania udałby się z nią gdziekolwiek, by zechciała.
— Nieczęsto jeżdżę konno, ale tak — czuję się gotowy.
Z trudem oderwał wzrok od oczu [Imię], przypominających mu wschodzące słońce, które uwielbiał oglądać każdego ranka, i wdrapał się na siodło karego wierzchowca, z wdzięcznością przyjmując podane mu przez księżniczkę wodzę.
Ruszyli wzdłuż rzeki, a następnie skręcili na ścieżkę biegnącą obok pastwisk i pól okolicznych farmerów. Chociaż jazda konna była cudowna, a widoki piękne, Cendrillon cały czas zerkał na [Imię]. Kiedy zmierzali ku słońcu, zbyt silne światło uniemożliwiało mu dokładne przyjrzenie się jej twarzy. Jednak miał jeszcze wyobraźnie, a ta podsuwała mu bardzo romantyczne obrazy; widział, jak odfruwa wstążka przytrzymująca jej włosy, jak zaciekawiony zanurza w nich palce, a potem jak delikatnie całuje malinowe usta.
Moment później zarumienił się przez swoje wyobrażenia, lecz nie przestał patrzeć na [Imię].
Od dawna nie czuł się tak dobrze. Oboje śmiali się podekscytowani, przejeżdżając przez najpiękniejsze miejsca w królestwie i podziwiając je z końskiego grzbietu. Pragnął, żeby ten dzień trwał wiecznie, żeby już zawsze czuł się wolny od wszelkich trosk. W głębi serca jednak wiedział, że było to tylko pobożne życzenie. Nie miał prawa pragnąć [Imię]. Nie miał niczego dostatecznie wartościowego, co mógłby jej dać. Cały majątek przejął ojczym, który ani myślał o daniu mu czegokolwiek. Nawet prawa do rzeczy pierwotnie do niego należących. Co prawda stosunki pomiędzy nimi nieco się poprawiły, ale tylko dzięki interwencji [Imię].
Wszystko, co najlepsze, spotykało go za jej sprawą.
— Myślę, że koniom przydałaby się przerwa. Zatrzymajmy się przy tamtym strumyku.
Przytaknął i pokierował swojego ogiera za izabelowatą klaczą. W świetle popołudniowego słońca i siedząc wyprostowaną na grzbiecie wierzchowca, [Imię] wyglądała doroślej, dostojniej, a jej bursztynowe oczy wręcz pojaśniały, kiedy odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Myśl, że kiedyś przestanie na niego patrzeć, a może nawet zwracać uwagę, boleśnie ściskała jego serce.
Bez słowa zsiadł z konia i poprowadził do strumyka. Cierpliwie czekał, aż się napoi, zanim przewiesił wodze wokół gałęzi najbliższego drzewa.
— Wyglądasz na strapionego — rzekła [Imię], po tym, jak zajęła się własnym wierzchowcem. — Co się stało?
Odetchnął głęboko i odwrócił wzrok w jej stronę, nagle uświadamiając sobie, że nie był w stanie niczego z siebie wydusić. Nie mógł skłamać, ale prawdy również nie zdołałby powiedzieć. Nie tyle przez wzgląd na swoją dumę, co dobroć [Imię], która przejęłaby się jego słowami do głębi. Zrobiła dla niego tak wiele, że nie śmiał przysparzać jej zmartwień. Co jednak miał odrzec, gdy nic sensownego nie przychodziło mu do głowy?
— Lubisz swoje imię? — zapytała po chwili ciszy.
Cendrillon uniósł wyżej głowę i spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami.
— Tak. To w zasadzie jedyna pamiątka, jaką mam po rodzicach. — Uśmiechnął się delikatnie na wspomnienie dawnych, szczęśliwych czasów. — Mówili, że podobne imię miał pewien czarodziej, ale nie wiem, skąd tak naprawdę je wzięli. Pomysł z czarodziejem, który potrafił wyczarować drogie rzeczy czy zamienić mysz w konia wydaje mi się krzynę szalony.
— Nie wierzę, że takie słowa padły z twoich ust! — [Imię], śmiejąc się, szturchnęła lekko Cendrillona w ramię. — Jeśli miałabym rzec, które z naszej dwójki wydaje się wierzyć w rzeczy magiczne, wskazałabym od razu ciebie.
— Ale to księżniczki występują w bajkach, a nie sieroty — wypalił bez namysłu.
[Imię] nagle znieruchomiała.
— Czy tym się cały czas przejmujesz? Myślisz, że jestem lepszą osobą, dlatego że mieszkam w zamku? — zapytała bardzo powoli.
— Nie starczyłoby dnia, gdybym miał wymieniać wszystkie powody, przez które uważam cię za lepszą osobę — odparł, żałując, że nie mógł cofnąć swoich wcześniejszych słów. — Twój status społeczny nie jest dla mnie najważniejszy. Mógłbym rzec, że w ogóle nie ma dla mnie znaczenia, ale byłoby to kłamstwo. Jak śmiałbym ignorować fakt, że jesteś księżniczką i że w niedalekiej przyszłości zostaniesz królową? Ktoś taki jak ja, kto zawsze będzie komuś podlegał, nie jest godzien spędzania z tobą czasu.
Nie pragnął urywać z [Imię] kontaktu, bał się jednak ciągnąć ich relację dalej, jako że im dłużej się znali, tym poważniejsze i silniejsze stawały się jego uczucia. A przecież nie chciał stawać na drodze do jej szczęścia. Syn krawcowej i sprzedawcy, których owoce pracy spoczęły w rękach obcych ludzi — Roberta, Antoniego i Eustachego — nie nadawał się na kandydata do małżeństwa księżniczki. Próbował tak o sobie nie myśleć, ale głosik w głowie co jakiś czas szeptał mu, że [Imię] utrzymywała tę przyjaźń z litości, że ktoś taki jak on, nie mógłby oczarować damy o równie dobrym, jak i dumnym sercu.
Z bólem podniósł opuszczoną wcześniej głowę, oczekując rozczarowanego spojrzenia [Imię]. Dziewczyna jednak uśmiechała się, jakby wewnętrznym uśmiechem, który nadawał jej twarzy jeszcze piękniejszego wyrazu.
— Mam nadzieję, że mi uwierzysz, gdy powiem ci, że ja ignoruję ten fakt. Nie ma dla mnie znaczenia, jaki ktoś ma status społeczny ani jak majętny jest. Gdyby mi na tym zależało, już dawno poślubiłabym jakiegoś księcia z sąsiednich królestw. — Z jej ust wyrwał się chichot. Szybko zakryła dłonią usta, jak gdyby się zawstydziła, mimo to wciąż się uśmiechała. — Poza tym nigdy nie patrzyłam na ciebie jak na kogoś gorszego. Jak śmiałabym — zaczęła imitować jego głos — patrzeć tak na kogoś, kto przywrócił mi chęć do życia?
— Co? — Spojrzał na nią zdumiony.
Nie mógł w to uwierzyć. Deklaracja [Imię] wydawała się zbyt piękna, aby była prawdziwa, aczkolwiek nie widział powodu, dla którego miałaby kłamać. Wydawało mu się, że za moment jego gorączkowo dudniące serce wyrwie się z piersi.
— To... Czy naprawdę tak sądzisz?
— A czy kiedykolwiek cię okłamałam?
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, jak gdyby nie potrzebowali więcej słów, żeby się porozumieć. Cendrillon starał się zachować poważną minę, jednak nie wytrzymał długo. Uśmiechnął się. Pragnienie dotknięcia [Imię] wróciło z podwójną siłą.
Chapter 27: Świętowanie urodzin ~ Cendrillon
Chapter Text
Zaproszenie nie jest wymagane.
ღ Cendrillon ღ
Eliza z wielkim podekscytowaniem podzieliła się z [Imię] informacją o zbliżających się urodzinach Cendrillona. Poznała datę jego narodzin podczas ich wspólnego spotkania, kiedy to próbowała go bliżej poznać, jak i sprawdzić, czy nadawał się na partnera jej siostry. Oczywiście szybko uległa jego urokowi i dałam im swoje błogosławieństwo, choć na razie tylko w myślach. Czuła jednak, że może się to wkrótce zmienić.
— Powinnyśmy urządzić mu przyjęcie! Nie takie wytrawne jak na cześć twoich urodzin, ale wciąż coś dużego i widowiskowego. Pełnego fanfar, pysznych ciast i tańczących gości! — próbowała przekonywać. — Zorganizujmy najlepszą niekrólewską uroczystość!
[Imię], która słyszała o ów pomyśle już któryś raz, westchnęła ciężko i na moment odłożyła pióro na biurku, dając dłoni odpocząć.
— Mam za wiele spraw na głowie, żeby myśleć o zabawie, że już nie wspomnę o samych przygotowaniach — odparła najspokojniejszym tonem, na jaki było ją stać. — Poza tym jestem przekonana, że Cendrillon nie chciałby w taki sposób świętować swoich urodzin. Nie zauważyłaś, jak nieswojo się czuł podczas balu?
— Nie, nie zdołałam, gdyż ciągle był zajęty tańczeniem z pierwszą księżniczką! — zawołała z teatralnym obudzeniem Eliza, uśmiechając się niewinnie.
Lecz twarz [Imię] pozostała niewzruszona, jak gdyby była zbyt zmęczona, aby wysilić się na choćby najmniejszy gest.
— Co w takim razie planujesz zrobić? — ciągnęła Eliza.
— Plany mam wielkie, szkoda tylko, że zbyt mało czasu, aby je zrealizować...
— Przecież ci pomogę, [Zdrobnienie]!
— Doceniam twoje chęci, ale nie mogę po raz kolejny postawić Cendrillona ponad moimi obowiązkami. Takie zachowanie nie przystoi przyszłej królowej. — Machnęła ręką na wysoki stos papierzysk i zwojów, tylko nieco mniejszy od tego, który znajdował się po drugiej stronie biurka. — Niewiele brakuje, abym utonęła w tym bezładzie.
W rzeczy samej gabinet [Imię] przypominał nieuporządkowane archiwum. Każdą wolną przestrzeń na meblach zajmowały księgi i raporty wszelkiej maści, począwszy od zaksięgowanych wydatków i planów finansowych na najbliższe miesiące, kończąc na projektach ogrodu królewskiego, który każdej pory roku zmieniał wygląd i ogólną strukturę. Wiele z tych rzeczy [Imię] mogłaby przekazać ojcu, Kornelii lub Ronaldowi, jednak nie chciała tego robić. W końcu musiała udowodnić, że podoła roli królowej, z czym łatwiej byłoby jej się pogodzić, gdyby nie oznaczało to rezygnacji ze świętowania urodzin Cendrillona.
Choć nie dawała po sobie niczego poznać, tak naprawdę bardzo chciała przygotować jakąś wyjątkową niespodziankę. Niekoniecznie bal, ale może wycieczkę do sąsiedniego miasta? Albo przynajmniej po stolicy i wszystkich osobliwych atrakcjach. Pomysłów miała wiele, lecz kolejna ucieczka od codzienności nie wchodziła w grę.
— Rozumiem, naprawdę rozumiem, ale nie możesz też tego dnia spędzić w całości w zamku! Proszę, wygospodaruj chociaż trochę czasu. Resztą osobiście się zajmę. — Eliza patrzyła na [Imię] z mieszaniną wyczekiwania i zachwytu. Było wyraźnie widać, że wymyśliła już co najmniej kilka planów na uczczenie urodzin Cendrillona.
Poważna mina [Imię] zmiękła.
— Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z moimi oczekiwaniami, powinnam móc wygospodarować wieczorem dłuższą chwilę wolnego.
Kąciki jej ust drgnęły, gdy rozradowana Eliza zapiszczała, nie przejmując się dobrymi manierami. Rozpierana przez nastrój triumfu ruszyła ku wyjściu z gabinetu [Imię], aby natychmiast zabrać się do pracy.
Chociaż [Imię] została sama, mogąc w pełni skupić się na swoich obowiązkach, czuła, jak jej serce powoli rozgrzewa wesołość wymieszana z podekscytowaniem. Cokolwiek Eliza zamierzała zrobić, z pewnością uszczęśliwi to Cendrillona.
~*~
Cendrillon podszedł do balustrady balkonu, skąd rozpościerał się widok na miasto i oddalony, aczkolwiek wciąż sporych rozmiarów, zamek. Przez ostatnie miesiące pozbawiony był ów cudownego krajobrazu, gdyż ojczym kazał mu wynieść się do izby na strychu. Kilka godzin temu uznał jednak, że zrobił to z potrzeby odświeżenia pokoju, który zamierzał mu przywrócić właśnie w dniu urodzin. Naturalnie Cendrillon nie uwierzył w taką wymówkę, a już zwłaszcza w dobre intencje Roberta. Nowe światło na sprawę rzucały również stojące w salonie prezenty, świadczące o pamięci rodziny królewskiej i sympatii, jaką wciąż go darzyli. Najpewniej Robert obawiał się wizyty [Imię] lub tego, że Cendrillon opowie jej, że niczego od przyszywanej rodziny nie otrzymał, dlatego odegrali rano taką szopkę.
Mimo wszystko powinien się cieszyć. Ze strony przybranych braci nie spotkała go żadna przykrość, a przysłane prezenty idealnie wpasowywały się w jego pule zainteresowań, co świadczyło, że przygotować je musiała [Imię]. Czemu więc czuł w sercu taki przejmujący smutek?
Po chwili dołączył do niego jeden z przybranych braci.
— Masz gościa... b-b-bracie — przy ostatnim słowie głos Eustachego się załamał. Zwykły obserwator pomyślałby, że winna temu była nieśmiała natura młodzieńca, gdy tymczasem ktoś uważny wyłapałby nutę pogardy i zniesmaczenia w jego tonie.
Cendrillon zamrugał powiekami, próbując dociec motywu przybranego brata. Nie widział powodu, aby ten miał się do niego zwracać, jakby byli w zażyłych relacjach, zwłaszcza że nigdy czegoś podobnego nie uczynił.
Odpowiedź weszła zaraz za Eustachym do jego pokoju.
— Dzień dobry, Cen! — zawołała świergotliwie Eliza. Na jej twarzy jaśniał uśmiech, który mógłby roztopić niemal każde serce lub zwalić z nóg niejednego młodzieńca. — Wszystkiego najlepszego!
— Dziękuję, księżniczko. To dla mnie wielki...
Zamierzał wymówić wszystkie stosowne formułki grzecznościowe, lecz Eliza mu na to nie pozwoliła. Ledwie zdążył okazać swą wdzięczność, a dziewczyna już zalała go niekończącym się słowotokiem. Z jej monologu Cendrillon zrozumiał tylko tyle, że wybierali się wspólnie na miasto.
Eliza traktowała go niezwykle serdecznie. Ani razu nie zapytała o ojczyma, ani przyrodnich braci, jak gdyby wiedziała o ich napiętych stosunkach. Jednak co istotniejsze, umożliwiła mu nacieszenie się pięknem stolicy i skutecznie odwracała jego uwagę od wszelkich problemów. Choć miała tytuł księżniczki, zachowywała się nader beztrosko i swojsko, jedynie dbając o utrzymanie pozytywnej atmosfery, gdziekolwiek by się nie udali. Wszystkie jej starania uderzały w czułe struny jego serca, aczkolwiek oddałby wszystko za przynajmniej minutę spotkania z [Imię]. Nie chciał jednak wyjść na niewdzięcznika, toteż w ogóle o nią nie zapytał. Poza tym domyślał się, dlaczego nie zjawiła się osobiście.
Starał się zatem skupić na bieżącej chwili. Stolica nie wydawała się zbyt duża, gdy poruszało się jedynie po jej najbogatszej części, omijając pogranicza klasy średniej, jak i ziem należących do bardziej zamożnych farmerów. Lecz miało to swego rodzaju urok, jako że dzięki temu miasto wyglądało na bardziej zielone niż brązowe tak jak reszta sąsiednich mieścin.
— Byłeś tu kiedyś? — zapytała Eliza, wskazując głową na największą w stolicy pracownię krawiecką.
— Tylko raz jako dziecko — odpowiedział, nieumyślnie skubiąc wystającą przy rękawie nitkę.
— To tak jak [Zdrobnienie]!
Cendrillon miał wrażenie, jakby Eliza zajrzała do jego głowy, jakby poznała pragnienia, które próbował przed nią skryć, i na myśl o tym, że może potrafiła go rozszyfrować tak jak [Imię], zrobiło mu się słabo.
— Dobrze, nie ma co tutaj tak stać, chodźmy do środka! — Odchrząknęła i popchnęła go w stronę pracowni.
Wnętrze było zachwycające. Cendrillon jeszcze nigdy w życiu nie widział tylu różnych materiałów, gdzie jeden prześcigał drugi w poziomie jakości. Klasycznych, jak i fikuśnych ozdób również nie brakowało: koronka, falbanki, kryształki, klamry, guziki, taśmy, korale, cekiny... Nie wiedział, na czym powinien oko zawiesić — wszystko wyglądało na godne uwagi. Jednak jego radość znowu stłumił smutek, który coraz trudniej przychodziło mu ukrywać. Mimo to zgadzał się na każdą propozycję Elizy, począwszy od zdjęcia z niego miary, kończąc na samodzielnym przygotowaniu sobie stroju. Miał niemałe doświadczenie w szyciu i wszelkiego rodzaju przeróbkach, także wykonał to zadanie szybciej, niż ktokolwiek w pracowni się spodziewał. Zaproponowano mu nawet dołączenie do zespołu, co obiecał poważnie rozważyć.
Po opuszczeniu budynku ruszyli z Elizą na zachód; idąc brukowanymi uliczkami niemalże pustymi, jako że zbliżał się wieczór. Dziewczyna wesoło lawirowała między ludźmi, jak gdyby była tancerką poruszającą się w takt melodii, którą tylko ona słyszała. Cendrillon nie mógł się nadziwić, jak bardzo różniła się od [Imię]: pięknej, acz w bardziej dziki sposób, dzięki ognistym włosom i nieprzejednanemu zapału w oczach; niesamowicie dobrej i mądrze korzystającej z wysokiego statusu, aby komuś pomóc; mimo dumnego i spokojnego obycia, nie brakowało jej też miejsca na żarty i droczenia.
Mógłby wymieniać w nieskończoność, spostrzegł jednak, że Eliza przyspieszyła i stawiała niemalże dwa kroki, zamiast jednego. Pospiech, z jakim kupcy zwijali swoje kramy, nie ułatwiał mu dogonienia jej.
— Elizo, zaczekaj! — zawołał. Starał się przyspieszyć do biegu, ale groziło to potrąceniem, któregoż z kupców, a nie chciał przypadkiem zniszczyć jakiegoś towaru. Musiał więc ostrożnie mijać napotkanych ludzi, szczególnie że ulica stawała się coraz to węższa. — Albo chociaż zwolnij!
Wyglądało, jakby Eliza go nie usłyszała, jako że dalej parła naprzód. Cendrillonowi coraz trudniej było dostrzec burze jej złotych włosów. Niestety, zgodnie z jego obawą, wkrótce całkowicie stracił ją z oczu, a to srogo go wystraszyło. Żadna panienka nie powinna poruszać się po zmroku sama, a już zwłaszcza księżniczka!
Gdy wreszcie minął wszystkie krany, ruszył biegiem wzdłuż wąskiej uliczki, co jakiś czas wołając za Elizą. Z tyłu głowy już słyszał dzwony bijące na alarm. Nie mógłby przecież spojrzeć sobie, a tym bardziej komuś innemu w oczy, gdyby Elizie coś się stało. Zrobiło mu się słabo na samą myśl o rozczarowanej twarzy [Imię] i najprawdopodobniej skończonej przyjaźni. Szybko jednak zdusił to straszne uczucie, by w pełni skupić się na szukaniu Elizy.
Jakże wielką poczuł ulgę, gdy z wąskiej uliczki wyszedł na plac z wielkim drzewem pośrodku, i gdy spostrzegł na jednej z ławek tak usilnie przez niego gonią księżniczkę.
Jednak kiedy podszedł bliżej, okazało się, że nie była to ta sama księżniczka, która tego ranka przyszła do jego domu.
— [Imię]? — zapytał, zbity lekko z tropu.
Zaczął się obawiać, że miał omamy, aż nagle został objęty przez parę szczupłych ramion. Jego serce przestało bić. Po chwili ożyło, lecz uderzenia były coraz to szybsze. Czuł nawet jej zapach; tą jakże znajomą i uwielbianą woń lawendy, jaśminu i piżma. Nigdy nie przypuszczał, że jego przestrzeń osobista zostanie przez nią naruszona, a mimo to... żałował, że nastąpiło to tak późno.
— Wszystkiego najlepszego! — odparła z szerokim uśmiechem, robiąc krok do tyłu. — Przepraszam, że jestem tak późno. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć mi tego za złe.
Po klatce piersiowej Cendrillona rozpłynęło się przyjemne ciepło.
— Jeśli się nie mylę, spóźniłem się na bal znacznie bardziej, więc wciąż masz nade mną przewagę. — Przestał patrzeć na [Imię] oczami okrągłymi ze zdziwienia i dostojnie się pokłonił, z czarującym uśmiechem ujmując jej dłoń, której wierzch następnie ucałował.
[Imię] cicho zachichotała.
— Och, widzę, że wszystko musiało dzisiaj pójść zgodnie z planem.
— Planem?
— Planem w większości ułożonym przez Elizę.
— O zgrozo! Pobiegła gdzieś w tę stronę. Może jeszcze ją znajdziemy.
Tym razem [Imię] zaśmiała się głośniej.
— Jej ucieczka także była częścią planu. Nie martw się, jest cała i zdrowa. Strażnicy na pewno zabrali ją już do zamku.
Na ów wieść Cendrillon odetchnął z wyraźną ulgą. Czuł się również wzruszony postawą obu księżniczek, które dokonały tylu wspaniałomyślnych starań, by uczcić jego urodziny. Po stracie rodziców nikt nie poświęcał mu większej uwagi, a tym bardziej nie oferował niczego bezinteresownie.
Od kiedy spotkał [Imię] miał wrażenie, jakby śnił. Każdy kolejny dzień był lepszy od poprzedniego. Co prawda zmiany zachodziły powoli, ale z czasem ich ogrom stawał się nie do pominięcia. Tak samo jak uczucie, którym darzył koronną księżniczkę.
Tylko czy mógł jej powiedzieć, że jedyne, czego pragnął, to trwania przy niej na zawsze?
Chapter 28: Deklaracja uczuć ~ Cendrillon
Chapter Text
Nie odmawiaj sobie miłości przez czyjeś ambicje.
ღ Cendrillon ღ
Wizyta rodziny królewskiej z sąsiedniego państwa była najgorszym wydarzeniem, które przyszło [Imię] zorganizować. Musiała nie tylko zatroszczyć się o ulokowanie gości w odpowiednich komnatach, przedyskutować z kucharzami jadłospis na następnych kilka dni, ale także zaplanować specjalne aktywności; z jednej strony mające elitarny charakter, z drugiej — na tyle znośne, aby nie musieć na siłę rozpoczynać i podtrzymywać rozmowy. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść...
Za wymianę korespondencyjną między królami odpowiadali ich osobiści doradcy. [Imię] nie wiedziała, kto trzymał za pióro w obcym królestwie, lecz doskonale była świadoma, kto stał po stronie jej ojca. W końcu znała Mirrosa od dziecka, choć ten ledwie osiągnął pełnoletność, gdy zamieszkał w zamku. Poprzednia królowa często podkreślała jego talent i to głównie ona odpowiadała za wszystkie okazje, podczas których młodzieniec mógł się wykazać. Otrzymanych pochlebstw i dobroci nigdy nie zapomniał, dlatego dalej wiernie służył, mimo śmierci Rozalii.
Już jako młoda panienka [Imię] spostrzegła wzrok, z jakim Mirros zawsze wodził za jej matką. Na takie spojrzenia żaden mężczyzna nie powinien sobie pozwolić w stosunku do żonatej kobiety, a szczególnie gdy ów kobietą była sama królowa. Jednak każdy, kto zauważył postawę Mirrosa, milczał jak zaklęty. W końcu Rozalia się nie myliła, miał on sporo talentów i zdolności, które czyniły z niego idealnego zwierzchnika. Swego czasu matka nawet zaproponowała [Imię] ślub z Mirrosem, co — na szczęście — nie zostało ciepło przyjęte zarówno przez samą księżniczkę, jak i królewskiego doradcę.
Lecz na wszelki wypadek [Imię] trzymała się od Mirrosa z daleka, by nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że mogliby być razem. Z takim podejściem prowadziła w miarę spokojne życie, aczkolwiek utrudnione, gdyż prosząc Mirrosa o pomoc, miałaby mniej pracy. Wolała jednak niczego nie zmieniać, szczególnie że niemal zapomniała o istnieniu Mirrosa, co, niestety, okazało się sporym błędem.
Gdy król Tomur przyjechał wraz z żoną i najstarszym synem, [Imię] w mig pojęła, że ci zachowywali się tak, jakby poważnie myśleli nad jej ślubem z Korneliuszem. Choć delikatnie starała się naprostować ów sytuację i cofnąć zawarte w listach słowa Mirrosa, równie dobrze mogłaby mówić do ściany. Wszystkim wizja wzmocnienia sojuszu między królestwami wydała się wspaniałym pomysłem i tylko posyłanie ojcu zimnego spojrzenia sprawiało, że wstrzymywał się przed okazywaniem entuzjazmu. Na szczęście pozostali członkowie rodziny już wcześniej zorientowali się w jej niechęci do politycznego małżeństwa. Co innego jednak imało się ich gości...
— Sądzę, że to małżeństwo nie tylko przyniosłoby korzyści obu naszym królestwom. Jestem również pewien, że nasze dzieci będą się bez przeszkód dogadywać. Proszę spojrzeć, jak cudownie razem wyglądają! — odparł Tomur ze zniewalającym uśmiechem, który bez wątpienia odziedziczył także jego syn.
[Imię] spojrzała na lśniące śnieżnobiałe włosy Korneliusza, związane przy karku i spływające jak strumyk po plecach. W oczach fiołkowego koloru dało się dostrzec zaradność i inteligencję, co zauważyła od razu, gdy ich spojrzenia się spotkały. Niejedna dama na jej miejscu piszczałaby wewnątrz z radości na myśl o poślubieniu takiego mężczyzny. Była tego nader świadoma, niemniej nie wyobrażała sobie życia u boku kogoś, o kim praktycznie nic nie wiedziała. Poza tym czuła, że oddała już komuś innemu swe serce.
— Zgadzam się, Wasza Miłość. — Mirros uniósł kielich, uśmiechając się i zachęcając towarzystwo do pójścia w jego ślady.
Kiedy [Imię] chwyciła za swój puchar, była to już czwarta porcja wina, jaką wypiła. Wiedziała, że powinna zwolnić, by przypadkiem nie stracić wszelkich zahamowań i nie przepołowić Mirrosa mieczem tuż przed gośćmi. Co prawda ostrze zostawiła w komnacie, jednak zawsze mogła użyć broni któregoś ze strzegących ich rycerzy.
Przez chwilę napawała się ów krwawą wizją, dopóki ojciec nie poprosił jej o przedstawienie rodzinie królewskiej pierwszej atrakcji, jaką dla nich zaplanowała. Wstała wtedy z gracją od stołu i czym prędzej zaczęła kierować gości, nie dając po sobie poznać skutków zbyt szybkiej konsumpcji alkoholu. Szła prosto i pewnie, choć w głowie delikatnie jej szumiało, a świat dokoła wydawał się czasami rozmazywać. Zastanawiała się, czy nie zacząć udawać chorej, by skończyć z tą torturą, ale musiała mieć Mirrosa na oku, by nie wpakował jej w jeszcze większe problemy.
Na szczęście prędko dotarli do łukowatych, drewnianych, acz złoto zdobionych drzwi, prowadzących do sali muzycznej. [Imię] weszła do środka jako pierwsza i skierowała gości ku rzędowi wygodnych foteli, uśmiechając się w reakcji na ich zaciekawione spojrzenia. Służący, jak i czekająca przy instrumencie pianistka, patrzyli na nią z szacunkiem i podziwem. Wywołało to w gardle [Imię] nieprzyjemny ucisk. Przypomniała sobie, jak wszyscy w taki sam sposób spoglądali na jej matkę. Co prawda Kornelia nie była zła, jednak każdy wiedział, że nigdy nie dorówna poprzedniej królowej i dlatego też wszelkie oczekiwania i obowiązki spadły na [Imię] — prawowitą następczynię.
— Możesz zacząć, Iris — poprosiła pianistkę, aby zaczęła grać.
Melodia przemawiająca do serca i przyprawiająca je o szybsze bicie swoim jednocześnie wyniosłym, jak i delikatnym brzmieniem rozlała się po pomieszczeniu, skupiając uwagę wszystkich gości. Takiej muzyki nie dało się zignorować ani zbagatelizować. Madam Iris od lat cieszyła się szacunkiem i uwielbieniem mieszkańców królestwa z każdej warstwy społecznej. Jej gra potrafiła wzruszyć nawet najbardziej oziębłych i skostniałych ludzi, a talent ten szczególnie się przydawał przy każdych ważnych spotkaniach czy wielkich przedsięwzięciach, kiedy to zjednoczenie różnych osobistości było priorytetem.
Po raz kolejny [Imię] była wdzięczna matce za odkrycie tak utalentowanej osoby i przeciągnięcie jej na swoją stronę. Każdego dnia widziała efekty ciężkiej pracy Rozalii, które utrzymywały się, mimo że nie znajdowała się już wśród żywych, co sprawiało, że coraz mocniej pragnęła osiągnąć tyle, co ona i na zawsze zapisać się na kartach historii. Wbrew pozorom, Mirros pragnął dla niej tego samego i dlatego do zwykłego, politycznego spotkania wplótł wątek małżeństwa. Na początku złość przysłoniła jej dostrzeżenie jego intencji, ale rozmyślając nad tym na spokojnie i w akompaniamencie rozkosznej melodii, wreszcie zdała sobie z tego sprawę.
Po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, czy nie takie było jej przeznaczenie — wyjść za księcia i wzmocnić jeszcze bardziej swoją pozycję oraz całego królestwa i zostać królową, której rządy będą opisywane jako złota era. W dzieciństwie myślała, że właśnie tego pragnęła i że samą ciężką pracą osiągnie ten cel.
Cóż za naiwne podejście...
Co gorsza, przeszło rok temu, potrafiłaby pójść za swoim dawnym marzeniem i planem Mirrosa, spełniając wpojone jej za dziecka powinności i ambicje. Gdy jednak zrozumiała, jak wiele dla niej znaczył Cendrillon, podjęcie takiej decyzji stało się niewymownie trudne. Zaczęła wspominać wszystkie te dni, które razem spędzili, przebyte rozmowy o drobnostkach, uczuciach i sobie nawzajem, o jego oczach koloru bezchmurnego błękitnego nieba, patrzących na nią z czułością i ciepłem, jakiego nie okazywał nikomu innemu. Niemal każdym gestem przyprawiał ją o szybsze bicie serca i dlatego czuła niewyobrażalny ból na samą myśl o rozłące. Wiecznej rozłące.
Czy była gotowa poświęcić ich relację na rzecz starań o wieczne uhonorowanie? Czy naprawdę chciała pójść w ślady matki?
Zamrugała półprzytomnie, kiedy Iris podniosła wzrok znad pianina, kończąc ostatni utwór, i posłała słuchaczom wdzięczny uśmiech. Jej rozmyślania nie zakończyły się żadną wyniosłą konkluzją, wciąż nie wiedziała, jaki wybór był tym właściwym. Lecz co do jednego miała absolutną pewność — nie chciała żyć w takim samym marazmie, jak przed poznaniem Cendrillona.
— Jeśli to nie problem, zagraj nam coś jeszcze, Iris — rzuciła do pianistki, po czym gestem ręki przywołała do siebie jedną ze służek. — Znajdź Annę i powiedz, żeby do mnie przyszła.
Po kilku minutach Anna cicho weszła do pokoju, nie zakłócając występu Iris, i delikatnie pochyliła się przy [Imię], wysłuchując jej prośby. Gdy wyszła, księżniczka zajęła się zabawianiem gości zgodnie z wcześniej sporządzonym planem, mimo że w głowie nadal lekko jej szumiało od wypitego alkoholu. Musiała jednak udawać, że wszystko było z nią w porządku. W końcu miała na głowie rodzinę z sąsiedzkiego królestwa i Mirrosa, który tylko czekał na stosowną okazję do ponowienia tematu politycznego małżeństwa.
[Imię] dołożyła wszelkich starań, żeby panować nad sytuacją i osobiście zajęła się oprowadzaniem gości po zamku, który cieszył się sporą sławą nawet wśród innych królestw. Z zewnątrz uwagę przykuwały przepyszne wieże i balkony o złoto-bursztynowych zdobieniach, lecz nijak miało się to do bogactwa zawartego wewnątrz. W tym wspaniałym budynku mieściły się liczne sale balowe, wielkie komnaty i izby reprezentacyjne, oficjalna jadalnia mogąca pomieści niemal setkę gości, i w której to właśnie przyjmowali wyjątkowe osobistości, oraz cudowna biblioteka, w jakiej znajdowały się przeróżne księgi, nawet te przez większość zapomniane.
Nic więc dziwnego, że rodzina królewska zza gór chciała zobaczyć każdy mankament ów zamku.
[Imię] opowiadanie o architekturze i dziejach swojego domu przychodziło bardzo łatwo. Już jako mała dziewczynka uczyła się historii i wysłuchiwała opowieści ojca oraz matki o dawnych władcach i władczyniach jako część szkolenia na królową. Mimo że napływające z przeszłości opisy i ciekawostki były bardzo przydatne przy snuciu ciekawych monologów, dzięki którym nie zanudzała gości ani przez chwilę, co jakiś czas głowę zaprzątała jej myśl o Cendrillonie. Miała nadzieję, że Annie z powodzeniem udało się wysłać do niego list.
— Pozwolisz, skarbie, że przejmę pieczę nad naszymi gośćmi?
Księżniczka odwróciła głowę ku wejściu do komnaty, dziwiąc się widokiem ojca. Tak jak zwykle uśmiechał się szeroko, i bynajmniej nie z powodu odwiedzin innej rodziny królewskiej. Od kiedy [Imię] pamiętała, zawsze zdawał się szczęśliwy i zadowolony, ilekroć ją widział. W oczach poddanych nie wypadał przez to niewłaściwie, wręcz przeciwnie — wyglądał jeszcze bardziej poczciwie i zachwycająco za sprawą drobnych zmarszczek wokół oczu od śmiechu i błyszczących życzliwością i ciepłem bursztynowych oczach.
Nie zawsze rozumiał swoją córkę, niemniej zawsze się starał być wyrozumiałym i wspierającym ojcem.
— Czy coś się stało? — [Imię] musiała jednak subtelnie dopytać o motywy ojca. Czuła, że w tym przypadku nie bez powodu znalazł się w pobliżu i zaoferował pomoc.
— Nic poważnego, acz pilnego. Eliza opowie ci więcej.
Po takim oświadczeniu nikt postronny nie nabrałby podejrzliwości ani chęci do uruchomienia lawiny plotek. Ojciec wspierał córkę w obowiązkach, ot co. Jednak [Imię] doskonale znała swoją przyrodnią siostrę i wiedziała, że wszystko mogło być z nią związane, tylko nie królewskie obowiązki. Serce [Imię] zaczęło trzepotać niczym skrzydła kolibra, gdy przez myśl jej przemknęło, że ów pilna sprawa najprawdopodobniej dotyczyła Cendrillona. Marne istniały na to szanse, ale co jeśli miała rację?
— W takim razie zostawiam gości tobie, ojcze — pożegnała się z zebranymi i z cichym szelestem sukni wyszła z komnaty.
Przez cały dzień właśnie na chwilę wytchnienia czekała, aczkolwiek była pogodzona ze świadomością, że odpocznie dopiero w nocy. Cokolwiek więc zmieniło obrót spraw, podziałało na jej korzyść. Jednak jak zwykle zachowała dla siebie odczuwaną radość, otoczeniu pokazując bardzo stonowaną wersję tego, co tak naprawdę czuła.
Zupełnie inaczej sytuacja miała się z Elizą, która z rozanielonym wyrazem twarzy zmierzała w stronę [Imię].
— Ale z ciebie chytruska, [Zdrobnienie]! — rzekła ze słodkim uśmiechem i niemal iskrzącymi się oczami.
[Imię] uniosła brwi.
— Nie rozumiem, co próbujesz przez to powiedzieć.
— Zaprosiłaś Cendrillona do zamku — szepnęła, pochylając się konspiracyjnie do ucha [Imię]. — Powiedziałam, żeby poczekał w królewskim ogrodzie. Byłaś już tam z naszymi gośćmi, prawda?
Słowa Elizy niewiele wyjaśniały, lecz [Imię] nie chciała o nic więcej dopytywać, gdy miały na każdym kroku strażników lub kogoś ze służby. Pokiwała zatem głową z półuśmiechem, dziękując siostrze za przekazaną informację i czym prędzej, choć wciąż z dostojnością i wdziękiem, ruszyła w kierunku królewskiego ogrodu. Roślinność była tam bujna i zielona, a szmer wody tryskającej z fontanny — kojący i łagodny. Nawet samo powietrze zdawało się słodkie i świeże, czego, wbrew pozorom, nie spotykało się zbyt często. Nic więc dziwnego, że ów miejsce cieszyło się ogromnym uwielbieniem wśród członków rodziny królewskiej, pracowników zamkowych i wszelakiej maści gości.
Po zwolnieniu strażników i wejściu do ogrodu, myśli kłębiące się w głowie [Imię] nabrały na intensywności. Nie chciała się więcej oszukiwać i wmawiać sobie, że królewskie obowiązki są dla niej ponad wszystko, gdy tak rzeczywiście nie było. Znacznie bardziej ceniła sobie treningi szermierki, jazdę konną po łąkach i lasach, czas spędzany z rodziną i... Cendrillonem. Wspominając wszystkie te dni spędzone u jego boku, doszła do wniosku, że nic nie zabolałoby jej równie mocno, jak przyszłość, w której nie mogłaby już z nim swobodnie rozmawiać, śmiać się ani patrzeć z uczuciem przeznaczonym tylko jemu. Ale czy on także tego pragnął? Może czułby się szczęśliwszy z kimś o mniejszej powinności? W końcu nieraz obawiał się z nią przebywać przez jej wysoki status społeczny. Czy miała prawo prosić, by zrezygnował dla niej z dotychczasowego życia?
Oczywiście, że nie. Wciąż jednak uważała, że powinna powiedzieć mu o swoich uczuciach. Gdyby była na jego miejscu, wolałaby o czymś takim wiedzieć niż żyć na bazie własnych domysłów.
Królewski ogród miał zadziwiającą wielkość, dlatego gości wpuszczano tylko do specjalnie wyznaczonej części, aby przypadkiem się nie zgubili w labiryncie drzew, krzewów i kwiatów, toteż [Imię] doskonale wiedziała, gdzie czekał na nią Cendrillon. Już sam jego widok przyprawił ją o szybsze bicie serce, a gdy jeszcze pomyślała o wyznaniu miłosnym momentalnie spąsowiała. Modliła się w duchu, by odpowiednie słowa przyszły do niej równie naturalnie, co uczucie, jakim go obdarzyła.
— Przepraszam, że musiałeś czekać — oznajmiła z lekko ściśniętym gardłem, przyciągając uwagę Cendrillona.
Młodzieniec odwrócił się pospiesznie, jego oczy — błękitne jak świeżo oszlifowane szafiry — rozbłysły na jej widok.
— To nic takiego — odparł z delikatnym uśmiechem. Przez twarz przemknął mu cień wahania, nim dodał: — Na ciebie zawsze warto czekać.
Jej serce zamarło. Głos Cendrillona był jedwabisty, niemal zbyt piękny, aby należał do człowieka, a jednak lekkie drżenie nadało mu rzeczywistego i prawdziwego wydźwięku. Mimo to mogłaby go słuchać przez wieczność. Tak samo z patrzeniem na jego dłonie, ramiona, oczy przysłonięte grzywką oczy... Wszystko to kochała.
Przestała się wahać, gdy zrozumiała, że nie mogła się już wycofać.
— Otrzymałeś mój list?
— Tak. Byłem akurat w pobliżu, kiedy posłaniec mi go przekazał. Wyglądało to na coś ważnego, więc przyszedłem natychmiast.
— W istocie sprawa jest bardzo ważna. — Uśmiechnąwszy się nieśmiało, [Imię] złapała go za rękę. — Tylko od czego zacząć...
Cendrillon, jakby pod wpływem odwagi, ścisnął w odpowiedzi jej dłoń i czule potarł kciukiem skórę, kreśląc na niej niewielkie kółka. W reakcji na jego akcje policzki [Imię] pokrył delikatny rumieniec.
— Dzisiaj przyjechała do nas inna rodzina królewska, błędnie przekonana o tym, że chcę wyjść za mąż za ich spadkobiercę — oświadczyła. Przez chwilę w ciszy patrzyła na twarz Cendrillona, próbując wyczytać z oczu jego myśli, ale na próżno. — Rzecz jasna, to nie pierwsza taka sytuacja. Jednakże dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę z tego, czego naprawdę pragnę. A pragnę być z tobą.
Wreszcie to powiedziała. Czuła jednocześnie dumę i strach, gdy czekała na reakcję Cendrillona. Jej serce biło przeraźliwie szybkim rytmem, aczkolwiek ani na moment nie przestała być pewna swoich działań. Patrzyła młodzieńcowi prosto w oczy, chcąc w ten sposób przekazać, jak bardzo pragnęła, żeby odwzajemnił jej uczucia.
— Obawiam się, że nie rozumiem... — Spojrzał na nią z niedowierzaniem. — Nie rozumiem, jak ktoś tak cudowny, miły, utalentowany i piękny może pragnąć mnie.
— Już ci mówiłam, że zbyt nisko się cenisz. Spotkałam mnóstwo osób, począwszy od książąt i szlachciców, a kończąc na rycerzach, artystach i kupcach. Wielu z nich było naprawdę wspaniałymi ludźmi, jednak żaden z nich nie wydobywał ze mnie tego, co najlepsze. Przy nikim nie czułam tego, co przy tobie.
Zauważyła, że zamarł po usłyszeniu jej słów. Przez kilka sekund rozmyślał, kompletnie się nie ruszając, aż wreszcie jego mięśnie rozluźniły się, a twarz złagodniała pod wpływem szerokiego uśmiechu.
— Chociaż jestem pełen obaw, jedno wiem na pewno: tylko przy twoim boku pragnę być.
[Imię] założyła kosmyk włosów za ucho i uciekła spojrzeniem w bok, by zaraz potem zerknąć na Cendrillona. Sposób, w jaki na nią patrzył, sprawił, że odebrało jej głos.
Wtem Cendrillon zbliżył się do niej i pochylił głowę nad jej ustami.
W pierwszej chwili [Imię] zamarła, zbyt zaskoczona, by w jakikolwiek sposób zareagować. Dotyk ust Cendrillona był nieśmiały, niepewny i lekki jak piórko. Przymknęła oczy, a pocałunek przyprawił ją o dreszcz rozkoszy. Ledwie ośmielając się poruszyć, objęła go ramionami i przyciągnęła bliżej, pogłębiając pieszczotę.
Gdyby było to możliwe, nie puściłaby go nigdy, aby nie przerywać tej cudownej chwili.
Chapter 29: Reakcja bliskich ~ Cendrillon
Chapter Text
Pokażmy im naszą ścieżkę miłości.
ღ Cendrillon ღ
Wieść o zaręczynach [Imię] i Cendrillona była trzymana w tajemnicy przez pewien czas. Dopiero gdy oboje uznali, że są gotowi na podzielenie się tą nowiną z całym królestwem, [Imię] przestała zbywać Elizę i wreszcie potwierdziła jej przypuszczenia. Młodsza księżniczka od razu dała im swoje błogosławieństwo i czym prędzej opowiedziała o wszystkim pozostałym członkom rodziny. [Imię] nie miała nic przeciwko takiemu rozwojowi sytuacji. Po prawdzie to właśnie tak chciała ów sprawę rozegrać, by przypadkiem nie stchórzyć i nie powiedzieć ojcu o ślubie tuż przed ceremonią.
Ogromnie jej zależało, żeby oficjalne spotkanie jej rodziny z Cendrillonem wypadło bezbłędnie, dlatego dołożyła wszelkich starań, by przygotować najlepszy obiad w historii ich królestwa. Dopilnowała dostawy świeżych produktów, wiedząc, że jakość odgrywa wielką rolę w procesie tworzenia dania. Dała również szefowi kuchni bardzo jasne instrukcje, dzieląc się swoimi oczekiwaniami wobec potraw na ów dzień. Poprosiła służki o udekorowanie sali jadalnej w skromny, acz pyszny sposób. Początkowo chciała zadbać o odpowiednią aranżację muzyczną, ostatecznie jednak uznała, że byłaby to już lekka przesada.
Ku ogólnemu zadowoleniu dzień oficjalnego obiadu był ciepły i przyjemny, a delikatny powiew wiatru wpadający przez uchylone okiennice niósł ze sobą zapach kwiatów i wesołe ćwierkanie ptaków. Gdy [Imię] opuszczała swoją komnatę, czuła tabun emocji. Z jednej strony przepełniała ją duma ze swych osiągnięć i niewymowne szczęście, że wreszcie los pozwolił jej zaplanować przyszłość z kimś, kogo ponad życie kochała i że zasiądzie na tronie u boku najwspanialszej na świecie osoby. Co prawda czekały na nich nie tylko radosne chwile, lecz też takie przejmujące i trudne. W końcu rządzenie królestwem nakładało masę obowiązków i wyrzeczeń, jednak nie oznaczało to, że przestaną spędzać beztrosko czas. Oglądanie gwiazd po pracy czy podziwianie wschodu słońca tuż przed rozpoczęciem pracowitego dnia — każdą rzecz mogli zamienić w coś cudownego, magicznego i wyjątkowego. Coś, co stanie się ich rytuałem bądź tymczasową ucieczką od rzeczywistości.
Z drugiej strony, obawiała się, że ilość zmian przytłoczy Cendrillona. Dotychczas wiódł całkiem inne życie. Czy na pewno pogodzi się z nowym statusem społecznym, obowiązkami i przywilejami? Rozmawiali o tym wiele razy, jednak [Imię] wciąż martwiła się o ten aspekt ich przyszłości.
Zaabsorbowana swoimi myślami ledwie zwracała uwagę na otoczenie. Na przemian to stała, to dreptała po hallu w pięknej [kolor] sukni, której fałdy szeleściły cicho po podłodze. Ognistoczerwone włosy spływały falami po ramionach i plecach, podczas gdy na czubku głowy lśnił skromny diadem. Skupiła się na rzeczywistości, dopiero gdy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Odwróciła powoli głowę i spojrzała na elegancko ubranego Cendrillona. W idealnie skrojonym fraku o barwie niesamowicie jasnego błękitu, zaskakująco podobnego do jego oczu, wyglądał tak czarująco, że aż zaparło jej dech w piersi. Prezentował się jak prawdziwy książę.
Szeroki i pełen ciepła uśmiech rozpogodził jej twarz.
— Cieszę się, że już jesteś. — Mimo że powinna poczekać, aż do niej podejdzie, zignorowała tę zasadę etykiety i ruszyła mu naprzeciw. Wszelkie obawy o tym, że straci dla niego znaczenie, że utonie w sprawach królestwa, że zacznie żałować wybrania jej na żonę, zniknęły natychmiast.
— Chyba się nie spóźniłem? — Przechylił głowę i uśmiechnął się życzliwie. Jedynie lekkie drżenie ciała zdradziło jego zdenerwowanie.
[Imię] czym prędzej złapała go za dłonie i uniosła głowę, jakby zamierzała wystawić usta do pocałunku. Niemalże słyszała gwałtowne świsty powietrza, gdy otaczający ich zamkowi pracownicy ukradkiem zerkali na każdy jej ruch.
— Jesteś w samą porę — mruknęła cicho, przez co sytuacja nabrała odrobiny intymności. — Chodźmy do jadalni. Zaraz podadzą obiad.
Podziękowała kamerdynerowi, zapewniając z psotnym uśmiechem, że zdołają sami trafić do odpowiedniej sali. Cały czas trzymając się pod ramię, odprowadziła Cendrillona na miejsce. W długiej, idealnie proporcjonalnej jadalni urządzonej w mieszance odcieni złota, bieli i błękitu, byli już wszyscy członkowie rodziny królewskiej. Prezentowali się serdecznie i przystępnie, co bardzo ją uszczęśliwiło. Nie mogąc przestać się uśmiechać, oficjalnie przedstawiła im Cendrillona, po czym wskazała mu przydzielone krzesło i usiadła tuż obok.
Po wymianie standardowych uprzejmości rozpoczęła się seria pytań, którą zapoczątkował jej ojciec.
— Czym lubisz się zajmować, młodzieńcze? — zapytał, gdy nalewano zupę.
— Szyciem — odparł sucho i przez dobrą chwilę się nie odzywał, jakby wystraszony tym, że udzielił złej odpowiedzi. [Imię] wstrzymała oddech, bojąc się, że speszony nic więcej nie powie. Coś jednak w wyrazie jego twarzy się zmieniło. — W innych domowych czynnościach też jestem dobry i, szczerze mówiąc, lubię się im oddawać. Oczyszczam w ten sposób głowę z niepotrzebnych myśli. Po pierwszym spotkaniu z [Imię] nie było skrawka, którego bym w dworze nie wysprzątał. Tak byłem zaabsorbowany poznaniem jej.
Król przyjął jego odpowiedź z uśmiechem, podczas gdy Kornelia i Eliza się roześmiały. Nawet przeważnie poważnemu Ronaldowi zadrżały kąciki ust. Na ten widok przyjemne ciepło rozlało się po piersi [Imię].
Nad stołem zapanowała cisza pełna uznania dla znakomitej zupy z grzybów i warzyw. Król ogłosił, że będzie oczekiwał hucznego wesela niezależnie od wytypowanej przez nowożeńców daty. Pośród potakiwań i nowego tematu rozmowy [Imię] zauważyła, jak Eliza szepcze coś do Ronalda. Miała wrażenie, że po twarzy przybranego brata przebiegł cień sceptycyzmu. Nie była jednak całkiem pewna, gdyż Kornelia właśnie powiedziała coś do niego i ten odwrócił się do niej, odpowiadając. Temat uroczystości został wkrótce wznowiony, a tymczasem podano danie z soli i masła cytrynowego.
Siedzący u szczytu stołu Artur, niemalże na przemiennie pytał o ich plany na przyszłość, mieszając je z pytaniami o przeszłość. Wydawał się szczerze ciekaw tego, w jaki sposób rozwinęli swoją relację. Eliza momentami się wierciła na krześle, gdyż bardzo chciała coś dopowiedzieć albo zdradzić swój punkt widzenia. W końcu przyczyniła się do wielu spraw, począwszy od wyciągnięcia [Imię] na miasto w dniu, kiedy ona i Cendrillon się poznali, kończąc na przekonywaniu rodziców o wspaniałości Cendrillona niedługo przed oficjalnym obiadem. Tymczasem Ronald był milkliwy jak zawsze, całą uwagę poświęcając jedzeniu.
Było ono rzeczywiście warte uznania, dlatego [Imię] starała się zagadywać swojego ojca na tyle, by ten pozwolił Cendrillonowi go w spokoju skosztować.
Jedząc, odpowiadała na wszelkie pytania; głównie związane z przyszłością królestwa.
— Twoja ambicja i pracowitość są godne podziwu — Kornelia zaskoczyła [Imię] swoją odpowiedzią. — Nie zapomnij tylko o tym, że twój ojciec chciałby się doczekać wnucząt.
Jej wzrok przeniósł się na Cendrillona, który o mało się nie zakrztusił. [Imię] również w pierwszej chwili zamurowało, szybko jednak się opanowała i odparła z uśmiechem:
— Na takie plany też przyjdzie czas.
Potem przyszła kolej na deser. Choć ciasta i babeczki wyglądały smakowicie, [Imię] nie miała na nie ochoty. Czuła, jakby się najadła burzą emocji, jaka jej towarzyszyła przez cały dzień. Mimo to skubała łyżeczką w swoim kawałku, wymieniając przy tym uśmiechy z Cendrillonem. Poniekąd nie mogła się doczekać, kiedy takie dni staną się ich rutyną.
Chapter 30: Przygotowania ślubne ~ Cendrillon
Chapter Text
Na zawsze w tym i w każdym innym życiu.
ღ Cendrillon ღ
[Imię] była świadoma ogromu pracy, jaką trzeba włożyć w uszycie ubrań. Co prawda sama nigdy nie stworzyła żadnej rzeczy, ale widziała nieraz, jak Anna nakładała na jej suknie jakieś poprawki. Okazało się to jednak niczym, gdy wielkimi krokami zaczęła się zbliżać ceremonia ślubna.
Stojąc na podeście przed wielkim lustrem w komnacie specjalnie wyznaczonej do pracy nad jej suknią ślubną, co chwilę szukała w sobie jakichś powodów do zachowania cierpliwości. Biegające wokół niej krawcowe, po pewnym czasie zaczęły jej się wydawać bezkształtnymi plamami; jedne pokazywały w kółko te same próbki tkanin, próbując ją przekonać do wyboru odpowiedniego odcienia bieli; inne nakładały dodatki do skromnej tkaniny, w kolorze świeżego śniegu, którą obecnie miała na sobie, by dać konkretny przykład tego, jak upiększyć jej przyszłą kreację; a jeszcze kolejne, wobec których [Imię] żywiła największe obawy i obiekcje, zdawały się krzątać wokół niej tylko po to, aby dźgać ją igłami.
Jeszcze niedawno [Imię] była przekonana, że najwięcej problemów sprawi jej sporządzenie listy gości — czy tego chcieli, czy nie, musieli zaprosić najważniejsze osobistości w królestwie i najwpływowszych z sąsiadów zza granicy — lub wybranie kolorystycznego motywu sali balowej. W życiu nie podejrzewałaby, że sen z powiek będzie jej spędzać suknia ślubna. Już na pierwszym spotkaniu zaproszone do zamku krawcowe zaczęły zarzucać ją propozycjami i przykładami krojów poprzednich władczyń. Raz może zapytały o to, czego się spodziewała, ale [Imię] była przekonana, że zrobiły tak dla zasady, gdyż w rzeczywistości bardziej im zależało na przekonaniu jej do swoich wizji, niż na czymkolwiek innym.
Z jednej strony rozumiała zachowanie krawcowych, z pewnością marzyły o tym, żeby je wyróżniła i żeby stały się znane z uszycia jej sukni ślubnej. Z drugiej — była rozczarowana ich nieprofesjonalnym podejściem i stawianiem swoich celów ponad całą sprawę, która mimo królewskiego wydźwięku, dotyczyła przede wszystkim zawarcia małżeństwa pomiędzy dwojgiem kochających się ludzi. Czy oczekiwała zbyt wiele, chcąc, aby została potraktowana jak każda inna panna młoda?
Powoli zaczynała wątpić, czy w takim tempie dożyje dnia ślubu. Przy natłoku obowiązków ledwie mogła sobie wyobrazić, jak chciałaby ów ceremonie uczcić. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, gdyż miała zupełnie inne priorytety. Na domiar złego sytuacji nie poprawiał fakt, że niemal w ogóle nie widywała się z Cendrillonem. Brakowało im czasu na wszystko; ona musiała dźwigać ciężar królewskich obowiązków; on dopiero się uczył, jak sobie z nimi radzić. A do tego jeszcze dochodziły przygotowania wesela. Najczęściej widywali się na korytarzach, gdzie przynajmniej na moment dane im było chwilę porozmawiać, zanim wezwano ich gdzieś indziej. Taki stan rzeczy ani trochę im nie odpowiadał, ale pocieszali się myślą, że to tylko tymczasowe.
Niemniej przed oczami [Imię] niemalże nieustannie tańczyły suknie ślubne. Widziała je wszędzie, nawet we śnie, co było pierwszym sygnałem, że musiała jak najszybciej załatwić tę sprawę. Klarownie przedstawiła sytuację krawcowym i już następnego dnia miała rząd gotowych kreacji — jej zadanie ograniczało się do wybrania tej jedynej.
— I jak ci się podobają, Wasza Wysokość? — zapytała główna krawcowa, której zmarszczki pogłębiały się przy uśmiechu.
[Imię] odwzajemniła jej gest.
— Wszystkie są bardzo piękne — odparła jedwabiście i obrzuciła każdą z pracownic spojrzeniem pełnym uznania. — Aż nie wiem, którą wybrać...
Przyglądała się sukniom jeszcze przez parę minut, zanim dokonała ostatecznego wyboru, decydując się na kreację o kroju idealnie dopasowanym do kształtu jej figury i delikatnym, przyprószonym kryształkami, białym materiale. Przesunęła palcami po dekolcie w kształcie serca, zjeżdżając niżej do gorsetu i błękitnego paska na linii bioder. Z jednej strony nie mogła od stroju oderwać wzroku, z drugiej — miała wrażenie, jakby czegoś mu brakowało. Co prawda nie zamierzała o tym wspominać krawczyniom. Wolała nie ryzykować, że któraś z nich wbije jej igłę ze złości.
Uważnie obejrzała się w lustrze, czując motylki w brzuchu. Wreszcie zaczęła się czuć jak panna młoda.
— Jestem zaszczycona, że wybrałaś zrobioną przeze mnie suknię, Wasza Wysokość. — Młoda krawcowa o imieniu Raela, pochyliła głowę, ledwie panując nad emocjami. Szeroki uśmiech i drżące ramiona wyraźnie sygnalizowały, że najchętniej ze wszystkimi podzieliłaby się swoją radością.
— Przyjemność po mojej stronie. — [Imię] na kilka sekund położyła dłoń na ramieniu Raeli, nim zabrała ją, by wygładzić materiał sukienki. Wizje ślubu wreszcie zaczęły kształtować się w jej głowie. Miała przeczucie, że od tej chwili pozostałe aspekty przygotowań pójdą sprawniej. Najbardziej jednak nie mogła się doczekać, kiedy ów dzień nadejdzie.
W tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi; niezbyt głośne, wręcz delikatne i pod pewnym względem intymne. Serce [Imię] od razu przyspieszyło, mimo to z lekkością poleciła jednej z pracownic sprawdzić, kto prosił o wejście do komnaty.
Młoda dziewczyna, licząca niewiele więcej lat od [Imię], pospiesznie otworzyła drzwi. W chwili, gdy zobaczyła osobę po drugiej stronie, mimowolnie zrobiła krok do tyłu, co rozbawiło przyszłą królową.
— Wejdź, Cendrillonie — oznajmiła [Imię], choć ledwie widziała sylwetkę swojego narzeczonego z miejsca, w którym stała. — Przepraszam was najmocniej, ale czy mogłybyście zostawić nas samych? — zwróciła się do krawcowych z uprzejmym uśmiechem.
Po minach niektórych z nich przebiegł cień rozczarowania. Najwyraźniej bardzo chciały być świadkami ich spotkania, jednak nie na tyle, żeby spróbować ją przekonać do zmiany zdania, toteż wyszły posłusznie z komnaty.
— Przyszedłeś mnie podejrzeć? To dość nietypowe jak na ciebie — zaśmiała się perliście i czym prędzej wyszła mu naprzeciw, dając się przycisnąć do jego piersi po tym, jak skradł jej całusa. Nie próbowała się odsunąć ani zadrzeć głowy, choć bardzo chciała zobaczyć jego zaczerwienioną twarz. Uznała jednak, że lepiej postąpi, jak nie będzie go zawstydzać tuż przed kolejną kolacją z Arturem.
— To z tęsknoty — odparł, kreśląc kciukiem kółka na jej plecach.
[Imię] zadrżała z przyjemności, czując w klatce piersiowej przyjemne ciepło. Nie była w stanie wytrzymać dłużej, uniosła głowę i spojrzała mu głęboko w oczy. W tamtej chwili nie ufała swojemu głosowi, mimo to powiedziała:
— Ja również za tobą tęskniłam. — Nie mogła się powstrzymać przed ujęciem w dłonie jego twarzy. Sekundę później stanęła na palcach i pocałowała go czule w usta. — Jak sobie radzisz?
— Nie spodziewałem się, że tak dobrze przyjmę tyle nowych rzeczy.
— A więc nie żałujesz?
— Nigdy nie będę żałować bycia z tobą. — Uśmiechnął się pewnie i z odrobiną nostalgii, jakby rozpamiętywał wszystkie ich wspólne chwile. — Jestem wyczerpany, ale przy tym szczęśliwszy niż kiedykolwiek.
— Mam wrażenie, że już to gdzieś słyszałam.
— Może dlatego, że mówisz podobne słowa codziennie, od kiedy zostaliśmy parą, moja najdroższa?
[Imię] wzruszyła ramionami, niby to niewzruszona, lecz uśmiech zdradzał jej prawdziwe uczucia.
— Mam coś dla ciebie — dodał po chwili Cendrillon, wręczając jej ozdobne pudełko.
— Już dałeś mi pierścionek.
— To coś innego.
Zaintrygowana jego odpowiedzią, [Imię] otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdowała się błyszcząca [kolor] broszka w kształcie fiołka. W mgnieniu oka przypomniała sobie ich drugie spotkanie przy polu kwiatów i jak zbierali bukiety na groby swoich bliskich. Obojgu najbardziej spodobał się właśnie ów rodzaj, o czym sobie nie powiedzieli, jednak było to widoczne w każdym ukradkowym spojrzeniu, tęsknym uśmiechu czy głośnym westchnięciu.
[Imię] nie mogła uwierzyć, że zapamiętał tę chwilę i że w tak cudowny sposób postanowił dać o tym znać. Wymruczała szereg podziękowań, po czym wyciągnęła się po jeszcze jeden pocałunek, obejmując rękami jego szyję.
Przy nim wreszcie się odnalazła. Przy nim chciała już wiecznie trwać. Przy nim czuła się prawdziwie szczęśliwa.
Chapter 31: Pierwsze spotkanie ~ Jasmin
Chapter Text
Miłość to piękne uczucie, ale żołądka nim nie zapełnisz.
ღ Jasmin ღ
Nad portowym miastem Agrabah wschodziło właśnie słońce. Jego promienie zbudziły większą część mieszkańców, przez co wkrótce ulice — a zwłaszcza te w pobliżu targów — zaczęły tętnić życiem. Można było odnieść wrażenie, że kamienne mury otaczające Agrabah od strony lądu wydają swoje pomruki, gdyż nawet pod nimi handlarze rozstawiali kramy.
A gdzieś ponad tym wszystkim, w ruinach starej cytadeli dopiero budziła się jedna z najlepszych (choć mówiła o sobie, że jest najlepsza) złodziejek w mieście.
[Imię] czuła się wspaniale. Wyjątkowo dobrze w nocy spała, dzięki czemu była pełna energii i z wielkim entuzjazmem przywitała kolejny dzień. Takie poranki zdarzały jej się wyłącznie wtedy, gdy z pieniędzy otrzymanych w zamian za skradzione kosztowności mogła sobie pozwolić na bogate śniadanie. Tego ranka jednak nie miała co do ust włożyć, a mimo to humor jej dopisywał.
— Miałam cudowny sen, Abi. Śniło mi się, że wyprawiałyśmy ucztę. Tak, my! To była bogata uczta. Taka, jaką wyprawia sułtan w swoim pałacu. Nie, nie widziałam nigdy, jak taka uczta wygląda, ale jestem pewna, że nie różni się za bardzo od tego, co widziałam we śnie. Na stołach znajdowały się wszystkie znane na tej części świata potrawy, z fontann płynął alkohol, a goście walczyli pomiędzy sobą o naszą uwagę. No przecież, że o uwagę sułtana też się goście ubiegają. Naprawdę mało wiesz o życiu monarchów, Abi.
Małpka zapiszczała, zanim odwróciła ostentacyjnie głowę w przeciwną stronę, jak gdyby chciała dać [Imię] do zrozumienia, że jej uwaga była co najmniej nie na miejscu.
I Abi rzeczywiście miała rację, gdyż [Imię] nawet nie stała obok bram pałacu sułtana, nie mówiąc już o ujrzeniu przyjęć przez niego wyprawianych.
— Oj, już dobrze, Abi, nie dąsaj się. Zaraz skołujemy coś do jedzenia.
Gdyby małpka mogła, przewróciłaby w tym momencie oczami. Ta w oczach [Imię] zawsze wyglądała na nadąsaną, gdy była głodna, a to zazwyczaj sama dziewczyna stawała się trudna do zniesienia, kiedy miała pusty żołądek. A chociaż dzisiejszy ranek wydawał się wyjątkiem, to wciąż wypadało coś poradzić w tej kwestii.
[Imię] otrzepała ubranie z drobinek piasku i ułożyła na nowo [kolor] włosy, zaplatając je w warkocza, który następnie zwinęła jak węża i przypięła z tyłu głowy. Przez ramię przewiesiła niepozorną torbę, wyglądającą jak zwykły kawałek materiału, kiedy niczego w środku nie trzymała. Abi przyglądała się temu codziennemu rytuałowi cierpliwie, czekając na sygnał do ruszenia w drogę.
[Imię] poklepała swoje lewe ramię, a wtedy Abi z piskiem odbiła się od niego i wyskoczyła z ruin. Dziewczyna również ruszyła truchtem w drogę po dachach zabudowań, przystając tylko po to, by przeskakiwać z jednego domu na drugi. Przy każdym ruchu czuła przypływ energii i siły. Chłonęła atmosferę miasta, tak jak czyniła to codziennie od lat, przyglądając się jednej z wąskich uliczek. Lekka bryza kołysała baldachimami; wokół straganu z polerowanymi lampkami oliwnymi kłębił się tłum trajkoczących zapamiętale kobiet, nieopodal zaś stało dwóch kłócących się mężczyzn. [Imię] nie słyszała, co było powodem sprzeczki, ale ich towary nie były warte kradzieży.
— Jesteśmy prawie na miejscu, Abi. Rozglądaj się uważnie — powiedziała do małpki siedzącej na jej ramieniu, zanim ta znowu pognała dalej.
Suk widziany z góry przypominał postrzępioną dziurę ziejącą w morzu dachów. Handel miał miejsce w samym sercu dzielnicy biedoty i ze wszystkich stron był wypełniony wózkami, kramami i straganami. Słodkie wonie perfum i olejków, przypraw i ciastek docierały nawet do stojącej wysoko ponad targowiskiem [Imię]. Klienci, kupcy i handlarze trajkotali lub szybkim krokiem poruszali się w panującym tłoku. Można było odnieść wrażenie, że mieszkańcy miasta potrafią wyłącznie stać i rozmawiać, albo też gnać z jednego miejsca do drugiego. [Imię] przyglądała im się jeszcze przez chwilę, po czym zeszła ze strzechy i wtopiła się w tłum.
Przechodząc pomiędzy zastawionymi straganami, ławkami i wózkami wyładowanymi barwnymi tkaninami, dywanami i biżuteriom obserwowała, jak jakiś stary kupiec odświeża się przy fontannie. Przywitał się potem z młodą kobietą, która podeszła, by napełnić wazę wodą. Po wykonanej czynności postawiła ją na niskim murku otaczającym wodotrysk i oboje pogrążyli się w rozmowie, w czasie której kobieta gestykulowała z przejęciem.
[Imię] uśmiechnęła się pod nosem i przeszła tuż obok nich, niepostrzeżenie przechwytując woreczek ze złotymi monetami, jeszcze przed chwilą przyczepiony do kupieckiego pasa. Taka zdobycz wystarczyłaby na zjedzenie wszystkich trzech posiłków w ciągu dnia, ale [Imię] i Abi nigdy nie kończyły pracy przed południem, niezależnie od pozyskanych towarów.
Przecinały uliczki ze straganami raz po raz, przemierzając ten miastowy labirynt bez żadnych trudności. Przewieszona przez ramię [Imię] torba stawała się coraz pełniejsza, co było znakiem, że wiele drogocennych towarów wpadło w ich lepkie ręce.
Do południa została jeszcze godzina, ale [Imię] postanowiła nie ryzykować złapania. Mało kto przemieszczał się po biednej dzielnicy z pełną torbą o tej porze, dlatego jej postać mogłaby zwrócić uwagę co uważniejszych strażników, którzy zawsze kręcili się w pobliżu targowisk na wypadek kradzieży.
— Wracamy, Abi — zakomenderowała. Małpka posłusznie powróciła na jej lewe ramię.
[Imię] właśnie rozglądała się za bezpieczną drogą do wspięcia się z powrotem na dach, gdy nagle jej uwagę przykuło zamieszanie, które wybuchło przy jednym ze straganów.
— To tylko jedno jabłko. Na dodatek niezbyt urodziwe. Naprawdę zamierza pan wołać strażników z tak błahego powodu?
— Jakie znaczenie ma stan jabłka? Kradzież to kradzież. Dzisiaj dzieciak kradnie jabłko, jutro kozę.
— Po co miałby kraść coś, z czym nie wiedziałby, jak się obejść?
— Coś się tak uparł, żeby bronić tego smarkacza? Może tyś go do mnie wysłał, żeby mnie okradł, ha?!
— Nonsens. Wtedy przynajmniej ukradłby dwa jabłka.
Kupiec żachnął się i zaczął nerwowo machać rękami prawie tak, jakby zamierzał ze straganu odlecieć. Tymczasem jego rozmówca odziany w bordowo-szare szaty stał dumnie wyprostowany, nie zdradzając żadnych oznak zdenerwowania.
— Słuchaj, młody, albo się stąd w tej chwili zabierzesz, albo na ciebie też poślę strażników — zagroził kupiec z twarzą czerwoną jak piwonia.
— Nie ma potrzeby się tak awanturować, drogi panie. Zapłacę za to jabłko. — Młody mężczyzna wykonał w powietrzu gest palcami, który [Imię] skojarzył się z odganianiem much sprzed nosa. Jednakże mina nieznajomego i sposób, w jaki zaczął klepać się po spodniach, ewidentnie wskazywały, że nie o odgonienie owadów mu chodziło. — Nie mam przy sobie pieniędzy. Ale mogę dać w zamian tę bransoletę.
Mężczyzna podwinął rękaw, ukazując błyszczącą w słońcu bransoletę, która pod wpływem jego ruchów wyglądała jak wijący się złoty wąż. Jej szerokość była większa niż nadgarstek [Imię], ale nie ten fakt ją zadziwił. Tylko to, że w torbie miała bardzo podobną.
— TY! — ryknął inny sprzedawca, któremu [Imię] przed chwilą zwędziła bransoletę. — Ukradłeś mi ją! Złodziej! Złodziej!
[Imię] serce podeszło do gardła. Jej ciało zadrżało w palącej potrzebie rzucenia się do ucieczki, choć doskonale wiedziała, iż nie została wykryta. Na kimś innym wylądowała wina. Wystarczyło, żeby się niepostrzeżenie wycofała, a będzie miała środków do życia na miesiąc, jeśli dobrze je zagospodaruje.
Wycofać się, tylko tyle wystarczyło zrobić.
A jednak, zamiast zrobić krok do tyłu, zrobiła do przodu, za co otrzymała spanikowane piśnięcie Abi. Potem została przez małpkę pociągnięta za kosmyk włosów, jakby to miało przywołać ją do porządku.
Nie przywołało.
[Imię] niczym atakująca kobra rzuciła się naprzód, chwyciła młodego mężczyznę za nadgarstek (okazało się, że na drugim również miał bransolety, ale [Imię] nie poświęciła temu większej uwagi) i pociągnęła w przeciwną stronę od tej, z której — jak wiedziała z doświadczenia — zaraz napłyną strażnicy.
— Jeśli nie chcesz stracić ręki, lepiej biegnij, ile sił w nogach! — poleciła mężczyźnie, nim puściła jego nadgarstek. Potrzebowała obu rąk, żeby sprawnie lawirować w tłumie.
— Nie lepiej byłoby im wszystko wyjaśnić? — odkrzyknął. Jego głos tonął w zgiełku krzyczących za nimi ludzi, mimo to [Imię] nie miała wątpliwości, że biegł tuż za nią.
— Wysłuchają cię dopiero po tym, jak cię stłuką.
Mogła być biedną sierotą, pogodziła się z tym już dawno, ale wolności nikt nie mógł jej zabrać, dlatego [Imię] nauczyła się uciekać tak dobrze, jak kraść, by nigdy nie zostać złapaną.
Niestety, tego samego można było powiedzieć o osobie, której starała się pomóc. Tylko predyspozycje, jakie dawała mu płeć i wysoki wzrost umożliwiały mu dotrzymanie jej kroku. Mając to na uwadze, [Imię] przy następnym roku popchnęła mężczyznę za parawan z dywanami.
— Zostań tu! — nakazała i natychmiast wznowiła bieg.
Abi zapiszczała gdzieś spomiędzy dachów. Mądra małpka wiedziała, że w trakcie pościgów musi trzymać się od [Imię] z daleka, aby nikomu nie przyszło do głowy szukać kobiety z małpą. Pojawiała się bliżej tylko wtedy, by nią pokierować i tym razem [Imię] chętnie z tego skorzystała.
Kiedy wspinała się na dach, dostrzegła goniących ją strażników, przemykających na skraju jej pola widzenia. Nie musiała długo czekać, żeby usłyszeć pierwsze groźby skierowane pod jej adresem.
— Moja mama ma się dobrze, dziękuję — odkrzyknęła na jeden z komentarzy dotyczący jej rodzicielki, ani na moment się nie zatrzymując.
Gdy ruszyła doskonale znaną drogą przez zadaszenia, odwróciła się i zobaczyła sylwetki strażników, przemieszczających się z niewiarygodną niezdarnością. Najwidoczniej nie często brali udział w pościgach, które polegały na skakaniu z dachu na dach i wspinaniu się po gołych ścianach.
— Amatorzy — parsknęła [Imię] pod nosem.
Była dumna z udanej ucieczki do czasu, aż nie zorientowała się, że zgubiła torbę z kosztownościami gdzieś po drodze.
Chapter 32: Drugie spotkanie ~ Jasmin
Chapter Text
Przypadek oraz przeznaczenie uwielbiają się ze sobą przeplatać.
ღ Jasmin ღ
— Tak, tak, wiem, że nawaliłam. Nie musisz jednak tak na mnie krzyczeć! Też nie zauważyłaś, że torba się urwała! — odparła [Imię], broniąc się dzielnie przed zarzutami Abi. — Wiem, że nie ma już sensu jej szukać. Strażnicy na pewno ją znaleźli i tym czujniej teraz pilnują targu. Coś jednak musimy zjeść. Wierz mi, też wolałabym, żeby jedzenie samo do nas przyszło.
Małpka żywo gestykulowała, a nawet momentami podskakiwała, nadając swym piskom bardziej zrozumiałego wyrazu. Wszakże było to mądre zwierzę. Mądrzejsze od niejednego człowieka, o czym [Imię] przekonała się wiele razy. Jednak ludzie częściej woleli wielbłądy, kolorowe papugi albo węże, widząc w nich większą użyteczność.
Podobnie sprawa miała się z [Imię]. Była postrzegana jako słaba i niewyedukowana istota, dlatego nikt nie chciał jej zatrudnić do pomocy. Nawet bogacze nie brali pracowników z ulicy, tylko rekomendowane osoby, które w zwykłych domach nauczono jak właściwie sprzątać, pielęgnować ogród czy zajmować się dziećmi. Za nią — sierotą z ulic Agrabah — żadna szanowana osobistość by nie poręczyła. Nie zrobiłaby tego kiedyś, a teraz tym bardziej szanse na to wynosiły poniżej zera. W końcu część strażników już poznała się na niej jako złodziejce. Przez swoją profesję straciła szansę na zyskanie zaufania, ale takiego wyboru dokonała i bynajmniej go nie żałowała.
Lepiej być żywym złodziejem niż martwym świętoszkiem — takiej dewizy się trzymała.
— Nie, spokojnie, nie pójdziemy znowu na targ — powiedziała do Abi, która po tych słowach nieco się uspokoiła. — A przynajmniej nie na ten główny. Ten przy murze będzie lepszą opcją.
Takie rozwiązanie nie zadowoliło Abi, lekko rzecz ujmując, ale [Imię] się tym nie przejmowała. Zbyt wielu opcji nie miały, a już zwłaszcza lista tych dobrych pomysłów była szczególnie ograniczona. Najrozsądniej postąpiłyby, gdyby uzbierały wystarczająco kosztowności, aby przenieść się do innego miasta. W Agrabah nie istniały dla nich żadne pomyślne perspektywy. Mogły żyć jedynie ze złodziejstwa, a każdy złodziej zostaje kiedyś pojmany i skazany. Udawanie ślepej na tę prawdę pewnego dnia srogo się na niej odbije, wiedziała o tym, a jednak cały czas brakowało jej odwagi do wykonania tego kroku.
— Zawsze możesz zostać w domu, jeśli boisz się paru niezdarnych wielkoludów — rzuciła [Imię] kpiąco, kiedy zakrywała głowę [kolor] chustą.
Była gotowa do wyruszenia w drogę, toteż nie traciła więcej energii na rozmowę z małpką, która — mimo irytacji na nieodpowiedzialne postępowanie swej pani — podążyła za nią, nie wydając przy tym żadnych odgłosów.
Targ przy murach miasta był niewiele mniejszy od głównego, aczkolwiek mieszkańcy Agrabah nie wybierali się do niego zbyt często. Istniało bowiem powszechne przekonanie, iż więcej niegodziwości dzieje się właśnie na obrzeżach, aniżeli w stolicy. Że łatwiej tam o zostanie oszukanym, okradzionym lub nawet zamordowanym. Ponadto kramy przy murach nie oferowały aż takiego wachlarza różnorodności. Gromadzący się przy bramach kupcy celowali głównie w turystów, toteż na ich stoiskach znajdowały się przede wszystkim przedmioty niezbędne do podróżowania. Z tego względu również [Imię] nie miała za bardzo czego tam szukać, gdyż nikt nie trzymał tam drogich rzeczy na widoku.
Jednakże sprawa miała się zupełnie inaczej, gdy chodziło o pożywienie.
Prowiant był dla podróżnych równie ważny, jak nie najważniejszy. Strudzeni wędrowcy często prosili o wodę i jedzenie tuż po przekroczeniu murów miasta, dlatego stoisk oferujących zaspokojenie tych dwóch podstawowych potrzeb nie brakowało.
[Imię] przemierzyła palmowy zagajnik, minęła stajnie, aż w końcu dotarła do straganów kupców handlujących pod murami miasta. Obrzuciła spojrzeniem paletę owoców, gdyż te najłatwiej było swędzić.
A przynajmniej dotychczas taka kradzież nie wymagała zbytniego wysiłku, czego nie mogła powiedzieć obecnie.
W okolicy kręciło się pełno strażników. Głównie trzymali się blisko wysokich i stromych murów, jednak ich spojrzenia często padały na kupieckie stragany. Sami kupcy również wyglądali na szczególnie wyczulonych, w zmrużonych oczach pobłyskiwała podejrzliwość, która nie znikała nawet przy bezpośrednim kontakcie z klientem.
Ci ludzie nie dadzą się łatwo okraść — uznała [Imię]. Ukrywająca się za chustą Abi pociągnęła kosmyk jej włosów, jakby również ostrzegała ją przed wdaniem się w kłopoty. Rozsądniej będzie się wycofać.
[Imię] westchnęła ciężko i zawróciła w stronę, z której przyszła, gdy nagle dostrzegła grupę uczonych. Uśmiech zaczął powoli formować się na jej twarzy.
Sam sułtan zachęcał uczonych mężów, by odwiedzali Agrabah i oddawali się tu studiom — w mieście znajdowały się rozliczne medresy — dlatego też cieszyli się oni specjalnymi przywilejami. To sprawiło, że zachowywali się wzniośle, jakby sami należeli do monarchy. Robili wokół siebie sporo szumu, przez co uwaga wszystkich skupiała się na nich.
[Imię] swobodnym krokiem dołączyła do grupki, przyjmując możliwie najbardziej pobożną postawę. Wmieszała się w towarzystwo uczonych bez kłopotu; kupiec nawet na nią nie zerknął, pochłonięty dyskusją z mężczyznami w białych szatach.
Schyliła się, niby żeby obejrzeć uważniej towar. Właśnie wtedy, kryjąca się za chustą Abi, zręcznie wkładała owoce do torby. Kiedy materiał lekko się wybrzuszył, [Imię] wyprostowała się i ostentacyjnie spojrzała na uczonych, jakby przez ich niezdecydowanie nie mogła dotrzeć do uwagi kupca.
Zgrabnie przesunęła się o krok w bok i odwróciła się, żeby pójść w prawo ku wąskim uliczkom. Nagle rozległo się nawoływanie strażników. Tłum natychmiast zaczął się przerzedzać, a ciekawskie spojrzenia utknęły na krzyczącym kupcu. A potem na [Imię], gdyż to właśnie na nią wskazywał palcem mężczyzna.
Z ust [Imię] wyrwało się ciche przekleństwo. W pospiechu lustrowała baldachimy i dachy, szukając odpowiedniego miejsca do wspinaczki; wreszcie dostrzegła beczki, z który łatwo mogła dostać się wyżej. Postąpiła naprzód, manewrując pomiędzy zdezorientowanymi przechodniami. Z gracją przeskakiwała przez przeszkody, by ostatecznie sięgnąć do daszku.
Wytężyła słuch, by zorientować się w ewentualnym pościgu, ale niczego nie usłyszała. Ruszyła zatem truchtem w kierunku swojego domostwa, jednocześnie zła i szczęśliwa. Hańbiące było to, że została wykryta. Przynajmniej jednak bez trudu umknęła z miejsca zdarzenia. Rozkoszowała się wizją owocnych posiłków, gdy nagle rozerwało się płótno baldachimu, na które skoczyła.
Upadła na jeden ze straganów, prosto w łapska strażników.
~*~
— Nie moglibyśmy tego jakoś przedyskutować? — zapytała [Imię], bardziej ciągnięta niż prowadzona przez królewskie lochy, gdzie przyśrubowane do ścian pochodnie oświetlały kamienne stopnie.
Nie ukradła wartościowych przedmiotów i w innym przypadku zostałaby zabrana do siedziby strażników, zamknięta na czas procesu, a potem zwolniona po otrzymaniu stosownej kary. Jednakże [Imię] była znana ze swoich złodziejskich praktyk, toteż zastosowano wobec niej specjalne środki.
Środki zarezerwowane między innymi dla okrutnych morderców i zdrajców.
Nawet Abi nie otrzymała łagodnego traktowania; skończyła w klatce tak małej, że nie mogła wykonać żadnego ruchu.
— Zachowaj siły na potem, póki jesteś jeszcze w jednym kawałku — orzekł Tamir ze słyszalną groźbą w głosie.
[Imię] przyjrzała się dowódcy straży; niezbyt spodobało jej się to, co dostrzegła. Przeważnie widziała mężczyznę w ponurym nastroju, kiedy to odprowadzał ją zimnym wzrokiem ciemnych oczu po tym, jak skutecznie umknęła z rąk jego ludzi. Tym razem wyczuła w zachowaniu Tamira złowrogą satysfakcję i bezczelność. Patrząc na jego okrutny uśmieszek, [Imię] nie miała wątpliwości, że zamierzał odpłacić się za te wszystkie momenty upokorzenia.
— Ej, Tamir, bracie — zaczęła z fałszywą nonszalancją [Imię] — wiesz, że to nie było nic osobistego, prawda? Przecież to nie ciebie okradałam. Właściwie moglibyśmy posiedzieć i pożartować z tych moich wybryków. Na pewno przyznasz, że część z nich nawet ciebie rozbawiła.
Tamir nawet nie starał się ukryć uśmieszku, kiedy odpowiedział:
— Nie, [Imię]. Zabawnie to się dopiero zrobi.
— Bo macie tutaj niezłych świrów? Tak?
Dowódca nie odpowiedział, tylko wciąż uśmiechał się szeroko. [Imię] poczuła nagłą ochotę zapoznania jego żółtych zębów z jej pięścią. Zapanowała jednak nad gniewem, świadoma pobrzękujących na jej nadgarstkach łańcuchów.
Gdy znaleźli się u schyłku schodów, ciarki obeszły każdy odsłonięty skrawek jej skóry. Od kamiennych ścian biła surowość i chłód, lecz najgorszy był odór dochodzący z wnętrza lochów; o charakterystycznej woni niemytych ciał, moczu i kału. Nawet suk położony w samym sercu dzielnicy biedoty, otoczony ze wszystkich stron przez zabudowania z błota i drewna (który w czasie deszczu zamieniał całą okolicę w trzęsawisko), pachniał lepiej.
Do [Imię] powoli zaczęło docierać, że z tych kłopotów może się nie wykaraskać. W królewskich lochach nie trzymano długo więźniów, gdyż nikt nie czekał z procesem. Karę wymierzano na dniach, a potem...
Potem kończyło się albo na stryczku, albo w obozach pracy.
[Imię] spojrzała na Abi, a jej serce rozdzielała myśl, że być może widzą się po raz ostatni.
— Ależ proszę się nie martwić, dla szanownych pań przygotowaliśmy specjalną celę — powiedział Tamir i zarechotał gardłowo, a echo jego śmiechu rozniosło się po całym korytarzu. — Tylko się nie przyzwyczajajcie, bo długo tutaj nie zostaniecie.
Jak się można było spodziewać, cela nie była w żaden sposób wyjątkowa. [Imię] została przykuta do drążka wbitego w ziemię, tuż obok posłania ze starej słomy. Klatka Abi spoczywała na drugim końcu, wciśnięta w róg pomieszczenia.
Tymczasem z sąsiednich cel dobiegały przytłumione jęki i błagania, które nie docierały do uszu strażników.
— W takim miejscu łatwo o utratę zmysłów — rzekła [Imię] do Abi.
Małpka nie odpowiedziała, zbyt zajęta próbą przegryzienia krat.
— Przestań. Połamiesz sobie tylko na tym zęby — dodała [Imię], choć na miejscu Abi najprawdopodobniej robiłaby to samo. W końcu małpka miała większe szanse się wydostać.
[Imię] spojrzała na mosiężne kajdany, przez które obtartą miała skórę na nadgarstkach, i na gruby łańcuch leżący przy jej stopach. Nawet gdyby nie odebrano jej noża schowanego w spodniach, nie zdołałaby się oswobodzić.
Czyli to naprawdę koniec? — pomyślała, kładąc się na brudnej słomie. Trzeba było wyjechać z miasta, kiedy miałyśmy okazję.
Jej serce zaczął wypełniać żal. Chociaż sytuacja rysowała się w bardzo przejrzystych kolorach, z trudem akceptowała zbliżający się koniec. Jeszcze parę godzin temu była wolnym człowiekiem. Jak w tak krótkim czasie mogło się wszystko zmienić?
Wzięła głęboki oddech, w nozdrza uderzył gryzący zapach. [Imię] mimo woli zaczęła popadać w panikę, widząc oczami wyobraźni tłum czekający na zwolnienie zapadni pod jej stopami, po chwili jednak rozproszył ją odgłos kroków.
[Imię] podniosła się, obserwując korytarz. Najpierw pojawił się strażnik, który po zajrzeniu do celi, stanął z boku z lekkim ukłonem.
Co się dzieje? — przemknęło [Imię] przez myśl. Za wcześniej na proces, a do tego ten ukłon... Ktoś wpływowy przyszedł mnie zobaczyć? Ale dlaczego?
Po drugiej stronie krat pojawiła się kolejna postać. Postać w drogich szatach i obszernym kapturem na głowie. Postura wskazywała na mężczyznę, wyraźnie zadbanego i bogatego, gdyż zaraz do nozdrzy [Imię] dotarł woń świeżych kwiatów i oliwek.
Tajemniczy jegomość skinął na strażnika, by ten otworzył drzwi. W kompletnym osłupieniu, a jednocześnie z ogromną dozą nieufności, [Imię] obserwowała, jak mężczyzna przekracza próg jej celi.
— To trochę ironiczne, że przed fałszywymi oskarżeniami o kradzież pomogła mi uciec prawdziwa złodziejka — odezwał się głębokim, wyraźnym głosem o ciepłym brzmieniu. Jednocześnie pobrzmiewała w nim pewna zasadność. Zupełnie jak u króla, który przemawia do umiłowanego sługi.
— Ty...ty jesteś tym mężczyzną z wczoraj? — zapytała [Imię], starając się zabrzmieć beznamiętnie.
Wczorajsze okoliczności uniemożliwiły dokładne przyjrzenie się obliczu mężczyzny, któremu zdecydowała się pomóc. Z głosu również nie mogła go rozpoznać, ponieważ nie zwróciła na taki detal uwagi w obliczu pościgu.
— Któż inny by do ciebie przyszedł? — rzucił z nutką żartobliwości.
Nim [Imię] zdążyła odpowiedzieć ripostą, nieznajomy ściągnął kaptur, czym wprawił ją w jeszcze większe zmieszanie. Mężczyzna przed nią był przystojnym młodym człowiekiem o przenikliwych oczach, ciemnych włosach, które kręciły się przy końcówkach, o nieskazitelnie kasztanowej skórze.
[Imię] przełknęła ślinę.
— Po co tutaj przyszedłeś?
— Żeby upewnić się, że istotnie to ciebie wczoraj spotkałem.
Nie mogło to być szczególnie przyjemne, ale mężczyzna podszedł jeszcze bliżej i uklęknął przed nią na jedno kolano. Pierwsze okoliczności ich spotkania nie przedstawiały się wesoło, ale te dotyczące drugiego spotkania jednak przebiły wszystko. [Imię] nagle zrobiło się wstyd.
— Tamir zabrał ci płaszcz i chustę? — Mężczyzna wyciągnął rękę i skubnął łachmany, które miała na sobie [Imię].
— Zabrali mi wszystko poza Abi.
— Abi? — Mężczyzna rozejrzał się po celi; jego oczy rozjaśniły się na widok małpki. — A jak ty masz na imię? — zapytał, kiedy wrócił spojrzeniem do jej przygaszonego oblicza.
[Imię] wydała z siebie krótkie, pogardliwe prychnięcie.
— [Imię].
— Zatem, [Imię]... Co powiesz na opuszczenie tej celi?
— To znaczy? — [Imię] zmrużyła podejrzliwie oczy.
— Nie pasujesz do tego ciemnego, zimnego i bezlitosnego miejsca. Pokazałaś wczoraj, że nie brakuje ci serca. Pomogłaś mi z powodu tamtego chłopca, prawda?
— Czemu tak myślisz?
— Nie wiedziałaś, kim jestem. A na targu pełno ludzi się kłóci, więc nie miałaś żadnego powodu zwracać na nas uwagi. Ale był tam chłopiec... Chłopiec, który ukradł jabłko, gdyż przymierał z głodu.
— Może i tak było... — [Imię] spuściła wzrok. Sama do końca nie wiedziała, czemu się wtrąciła do nieswojej sprzeczki.
— I przez to straciłaś swój łup. Tak, widziałem, gdzie spadła twoja torba — wyjaśnił mężczyzna, uśmiechając się lekko na widok zdumionego spojrzenia [Imię]. — To, co dzisiaj próbowałaś ukraść... Było jedzeniem, prawda?
— Skoro wszystko tak dobrze wiesz, to po co pytasz? Czego tak właściwie ode mnie chcesz?
— Ja? Niczego. Ale ty może czegoś chcesz? Czegoś lepszego niż życie z dnia na dzień i okradanie ludzi, którym powodzi się tylko trochę lepiej od ciebie.
— Gdybym miała inny wybór, to nie robiłabym tego — odrzekła ostro [Imię].
— W takim razie daję ci wybór. Możesz mieszkać i pracować tutaj, w pałacu.
— Pałacu? Dobre sobie! Jestem kryminalistką! Tylko sułtan mógłby zwolnić mnie z otrzymania kary.
— Twoja znajomość prawa jest niepełna. Nie tylko sułtan ma taką władzę.
— No dobrze, pierwszy syn sułtana też! I co z tego?
Mężczyzna uśmiechnął się szelmowsko. Jednak to nie w tym uśmiechu [Imię] odnalazła odpowiedź na swoje pytanie, ale w oczach migoczących jak gwiazdy nad pustynnymi wydmami.
— Jesteś... księciem?
— To nie było takie trudne do odgadnięcia, ale może przez ten zaduch wolniej ci się myśli. W każdym razie zgadza się, jestem pierwszym księciem miasta Agrabah — Jasmin Arbaaz do twojej tymczasowej dyspozycji.
Chapter 33: Nawiązanie znajomości ~ Jasmin
Chapter Text
Chcę pokazać swoją prawdziwą wartość.
ღ Jasmin ღ
Słońce powoli wznosiło się ponad linią horyzontu, wyglądając nieśmiało przed właściwym przywitaniem się z mieszkańcami Ziemi. Jego oślepiające promienie oświetlały wszystko, do czego zdołały dosięgnąć. Rozświetlały nawet ciemne zakamarki nieprzyjaznych dzielnic miasta Agrabah, by za pomocą jasnego całunu przynieść mieszkańcom odrobinę nadziei. Niesione przez nie delikatne ciepło, które wpadało przez okna, nadawało pomieszczeniom niemalże aury świętości, jakby bogowie rzeczywiście błogosławili ludzi zwlekających się wcześnie z łóżka.
Takowe też ciepło skradało się po ciele [Imię], delikatnie osadzając się na rozluźnionych mięśniach, by przywołać jej duszę do życia.
[Imię] powoli podniosła powieki, mrugając kilkakrotnie, aby odegnać mglistą zasłonę sprzed [kolor] oczu. Gdy odzyskała pełną ostrość, głośne, niekontrolowane westchnienie opuściło jej usta. Podparła się na łokciach, po czym leniwie zsunęła nogi na zimną posadzkę, odrzucając koc.
Ale chcę mi się spać — pomyślała, siedząc na skraju posłania z ukrytą w dłoniach twarzą.
Nigdy nie opłacało się ruszać na targ skoro świt, gdy kupcy byli najbardziej czujni, a wśród kramów przechodziły tłumy służących i mieszkańców, których obowiązki bądź kaprysy zmuszały do wczesnego rozpoczęcia dnia. Dlatego razem z Abi zwlekały się z łóżka dosyć późno w porównaniu do większości obywateli, zaczynając swe złodziejskie praktyki, kiedy znużenie ogarniało te poranne ptaszki.
Jednak ten luksusowy tryb wstawania dobiegł końca.
Teraz obie z Abi zostały służącymi w pałacu sułtana, więc rozpoczynały pracę o wschodzie słońca. Na szczęście taka wczesna pobudka miała swoje dobre strony: poranki były raczej łagodne i przyjemne dzięki względnie niskiej temperaturze.
Była to mile widziana odmiana po znanych [Imię] upałach, które dotychczas zawsze ją witały, ilekroć wstawała z łóżka. Teraz ciepło, które odczuwała, działało jak swego rodzaju dzwonek ogłaszający pobudkę. Jedyne, co odejmowało temu klimatowi uroku, to fakt, iż te poranne promienie oznaczały natychmiastowe zerwanie się na nogi i zajęcie się obowiązkami służącej, a tych nigdy nie brakowało w takim ogromnym i słynącym z luksusu miejscu.
Chciałam legalną pracę, to ją mam — kpiła w myślach, przemywając twarz wodą, którą sobie przygotowała poprzedniego wieczora. Nie potrzebowała świeżej, jak dostojnicy mieszkający w pałacu. Sam sułtan i książęta zapewne też, ale z nimi [Imię] nie miała okazji się widzieć. Wśród służących także panowała ścisła hierarchia, a ona zajmowała samiutki koniec tego łańcucha. Nie żeby szczególnie rozpaczała z tego powodu. Wiedziała, że wszędzie obowiązywało wyrobienie sobie odpowiedniego statusu. Nawet jako złodziejka musiała zapracować na możliwość okradania konkretnych targów, by za pomocą pięści nie została przegoniona przez znacznie silniejszych kolegów po fachu.
Racjonalne podejście właściwie ocaliło [Imię] przed ucieczką, gdyż — jak się boleśnie przekonała — rola pałacowych służących okazała się niezwykle istotna i trudna do spełnienia przez kogoś, kto nigdy wcześniej nie musiał z wielką dokładnością dbać o porządek. Wszystko, do czego [Imię] została przydzielona, wymagało wsparcia albo poprawy kogoś bardziej doświadczonego. A jakby tego było mało, to dodatkowo jej dumę ranił fakt, iż młodsze od niej pracownice lepiej radziły sobie z wykonaniem swojej pracy.
— Może śmierć na stryczku nie byłaby taka znowu najgorsza... Jak myślisz, Abi? — zapytała [Imię] szeptem. Małpka zapiszczała krótko w odpowiedzi i popukała się w czoło. — Bardzo wymowne.
Momentami [Imię] naprawdę wątpiła, czy dobrze wyszła na układzie, który zaproponował jej pierwszy książę. Praca w pałacu była niewątpliwym zaszczytem, szczególnie dla kogoś jej pochodzenia, ale nigdy wcześniej nie musiała tak ciężko harować! Przez większość dnia pomagała przy praniu, gdzie czyszczono wszystko, począwszy od ubrań dworzan, służących i żołnierzy, a kończąc na dywanach, obrusach czy firanach. Każda z tkanin wymagała innej procedury: delikatne materiały prano osobno i zawsze w letniej wodzie, podczas gdy wykładziny wymagały rozprowadzenia specjalnego roztworu na całej górnej powierzchni przed namoczeniem i właściwym szorowaniem.
Jednak jak Abi słusznie zauważyła, [Imię] nieco dramatyzowała, gdyż praca nie była aż taka zła. Cały negatywny wpływ na postrzeganie jej nowych zajęć miały kobiety z pralni. Co prawda nauczyła się od nich tego i owego, ale...
Po kilku pierwszych dniach, podszytych nieufnością i milczeniem, stały się wyjątkowo rozmowne. Większość z nich była w podobnym do [Imię] wieku, nie przebywały też w zamku znacznie dłużej niż ona, mimo to znały pełno plotek.
[Imię] zmuszona była słuchać zarówno skarg młodych służących dotyczących niesprawiedliwego traktowania przez osoby z wyższym stażem, jak i wzdychań za bogactwem i przystojnymi mężczyznami. W ten sposób dowiedziała się, że bezsprzecznym faworytem drugiej kategorii wśród wszystkich kobiet został pierwszy książę. Drugiego księcia i pozostałych dworzan lepiej omijać szerokim łukiem — radziły sobie nawzajem.
[Imię] ciekawiło, czemu takie porady padały, ale jeszcze nie czuła się w gronie kobiet na tyle pewnie, aby zadawać pytania niezwiązane z pracą. Tym bardziej że te wciąż posyłały jej podejrzliwe spojrzenia, gdy nie patrzyła. Nie wiedziały, skąd się wzięła ani czym się wcześniej zajmowała. Tylko pogłoska o wstawiennictwie księcia rozpowszechniła się po pałacu, co utworzyło wiele teorii na jej temat, mimo że nigdy nie znalazła się blisko królewskich kwater.
Jednak tym plotkom nie poświęcała za wiele uwagi. Miała ważniejsze priorytety i te dotyczyły osiągnięcia pełnej niezależności finansowej. Dopiero po tym mogłaby zacząć myśleć o swojej reputacji.
Ale w tej chwili jej priorytetem było usunięcie plam z wielkich prześcieradeł, których szerokość i długość przewyższała jej wzrost o kilkadziesiąt centymetrów. Starała się przy tym za bardzo nie zastanawiać nad przyczyną tych żółtych odbarwień, gdy nagle przy drzwiach zrodziło się jakieś zamieszanie.
— A co mnie obchodzi, że brakuje wam rąk do pracy? Tutaj też jesteśmy zarobieni.
— Ale wasza praca nie jest tak ważna jak nasza. Brak kilku dywanów nikogo nie zaboli, a brak kolacji jak najbardziej.
— Mogę oddać ci tylko jedną pracownicę.
— Potrzebuję przynajmniej trzech!
— Jedna albo żadna.
Wszystkie dziewczyny w pralni przysłuchiwały się rozmowie dwóch głównych przełożonych, gdzie jedna odpowiadała za sprawy porządkowe, a druga nad serwisem. [Imię] już pierwszego dnia pracy zauważyła, że kobiety wyjątkowo za sobą nie przepadały.
— Skoro na nic więcej nie mogę liczyć... — Lira wreszcie ustąpiła, przerywając walkę na spojrzenia. — Ale niech przynajmniej będzie użyteczna.
— Oczywiście. Dam ci najlepszą z moich dziewczyn — odrzekła z uśmiechem Nasira, po czym tubalnym głosem zawołała: — Chodź tutaj, [Imię].
[Imię] przypadkowo wymieniła spojrzenia z paroma najbliżej siedzącymi dziewczynami, zanim zostawiła mokre prześcieradła i podeszła do przełożonej. Na widok siedzącej na jej ramieniu Abi, uśmiech Nasiry jeszcze bardziej się poszerzył.
— Widzisz? Jestem tak dobra, że jeszcze małpę do kompletu ci daję.
Lira spojrzała na [Imię] niechętnie, a następnie odwróciła się w kierunku wyjścia. Pośpieszona kiwnięciem głowy Nasiry, [Imię] wyszła na korytarz i podążyła za drugą przełożoną.
Po entuzjazmie kobiety [Imię] była pewna, że ta wiedziała, z kim miała do czynienia. Młode pracownice może nie pojawiały się w pałacu zbyt rzadko, ale takie z małpką zdecydowanie nie zdarzały się za często.
— Bez żadnych głupich numerów. Potrzebujemy pewnych rąk do pracy, a nie... — kobieta rzuciła [Imię] i Abi szybkie spojrzenie zza ramienia o bardzo aluzyjnym charakterze — niezdarnych.
Na policzki [Imię] wylał się rumieniec gniewu i zażenowania. Przez cały swój pobyt w pałacu dawała z siebie wszystko. Tym razem nie zamierzała zachować się inaczej, jednakże...
Jej plecy tak strasznie chrupały i trzeszczały. W niektórych miejscach mięśnie bolały ją od wielogodzinnego powtarzania tych samych czynności, w innych od wielogodzinnego przebywania w jednej pozycji. Do tego ręce miała opuchnięte i zaczerwienione. Od razu po wyjęciu z wody zaczęły wyglądać, jakby ktoś pociął skórę brzytwą. Było to całkiem przerażające, widzieć swoje dłonie pokryte wysuszonymi ranami na tyle, że te nawet nie krwawiły.
Wykonała niemal wszystkie obowiązki, które wyznaczono jej tego dnia. Jeśli popełniłaby w kuchni jakiś błąd, to jedynie ze zmęczenia!
~*~
Dopiero gdy zapadł zmrok [Imię] została zwolniona ze służby. Prawie się popłakała, kiedy na koniec dnia musiała znowu zanurzyć dłonie w wodzie, by pomóc pozostałym pracownicom pozmywać naczynia. Pomijając jednak ten bolesny aspekt, praca w kuchni była ciekawym urozmaiceniem. Zapachy pieczeni, ostrych przypraw i gotowanych warzyw stanowiły przyjemny dla nozdrzy kontrast po tygodniu wciągania woni środków czystości. A co więcej, zdołała co nieco skubnąć z kilku porcji dla dworzan, gdy nikt nie patrzył, i podzielić się nimi z Abi.
— Praca w kuchni na co dzień może i nie byłaby taka zła, ale na pewno przeżywają tam prawdziwe piekło, kiedy ma mieć miejsce jakieś duże przyjęcie. — [Imię] wyjęła z kieszeni kilka winogrono; część włożyła sobie do ust, resztę podała Abi. Słodko-kwaśny sok działał niemalże uzależniająco. [Imię] pochwaliła samą siebie za przezorność. Wszakże gdyby zjadła je jeszcze w kuchni, to mogłaby się nie powstrzymać przed wzięciem więcej, niż nakazywałby rozum. — Chociaż nic nie przebije pracy w pralni. Tam to dopiero... — Małpka nagle zaczęła mocno ciągnąć za kołnierz [kolor] koszuli [Imię]. — Co jest?
Małpka pokazała palcem, żeby spojrzała przed siebie — [Imię] tak też zrobiła. Uczyniła dwa ruchy głową, by objąć wzrokiem cały ogród. Nie wyglądał ani trochę znajomo, a przecież codziennie przechodziła obok...
Wtedy uzmysłowiła sobie, że po wyjściu z kuchni poszła w tę samą stronę, w jaką zawsze zmierzała po skończeniu pracy w pralni. A jako że oba te miejsca znajdowały się w zupełnie innej części pałacu, były z Abi na zupełnie nieznanym terenie.
Abi jednak zdawało się chodzić o coś innego, gdyż jej ruchy stały się znacznie gwałtowniejsze.
— Ej, spokojnie! Wiem, że nigdy wcześniej tutaj nie byłyśmy, ale to nie powód do paniki.
[Imię] nie rozumiała, czemu Abi wciąż pokazywała palcem na coś przed nimi. Dla spokoju spojrzała raz jeszcze we wskazaną stronę, mrużąc z uwagą oczy.
Nagle dostrzegła nieznaczny ruch przy skupisku drzew. Coś, co początkowo wzięła za głaz, poruszyło się, a potem podniosło z ziemi. Duża, ciemna masa sunęła powoli, aż wreszcie wyłoniła się z cienia.
Te wielkie szczęki, masywne ciało, złote ślepia i dostojne ruchy...
[Imię] zaschło w gardle. Jeszcze nigdy nie była tak blisko tygrysa.
T y g r y s a.
Nie miała pojęcia, jak należało postąpić w takiej sytuacji. Jej wiedza ograniczała się jedynie do dwóch punktów: nie uciekaj w popłochu i nie daj się zwieść ospałym ruchom.
Czy to mogło wystarczyć?
Z sercem przy gardle zaczęła się powoli wycofywać. Wszelkie oznaki zmęczenia natychmiast opuściły jej mięśnie. Przyzwyczajone do skradania nogi dobrze wiedziały, jak odpowiednio się poruszać, aby nie wydawać żadnego dźwięku. Z kolei oczy [Imię] utkwiła na szerokich łapach tygrysa. Jakiś głos w głowie podpowiedział jej, żeby unikała bezpośredniego kontaktu wzrokowego z drapieżcą na wypadek, gdyby ten uznał ów gest za rzucanie mu wyzwania.
Wcześniejsze życzenie śmierci zupełnie opuściło [Imię]. Pranie dywanów poczęło się jej jawić jako całkiem znośne zajęcie. Na pewno lepsze niż zostanie czyimś posiłkiem.
Byle wrócić na korytarz. Byle wrócić na korytarz — powtarzała sobie w myślach dla złagodzenia nerwów. Nie była pewna, czy zastanie tam strażników, ale większe szanse przeżycia miała w tak użytkowym miejscu niż w zapomnianym ogrodzie.
W trakcie wykonywania kolejnego kroku w tył [Imię] uderzyła o coś plecami. Doskonale pamiętała, że nie wykonywała żadnych manewrów w bok, kiedy spacerowała z Abi. Zanim jednak zdążyła wpaść w panikę, powierzchnia za nią zafalowała, a do jej uszu dotarł mrukliwy śmiech.
— Nie jest trochę zbyt późno na wycieczkę po pałacu?
[Imię] zmroziło po usłyszeniu głosu pierwszego księcia. Zaraz jednak oprzytomniała przez wzgląd na czyhające na nich niebezpieczeństwo i, nie odwracając się, sięgnęła po dłoń Jasmina, którą ten położył na jej ramieniu, i ostrzegająco za nią ścisnęła.
— Przed nami jest tygrys — wyszeptała, ledwie poruszając ustami.
— Tygrys?
Zanim [Imię] zdążyła przytaknąć, Jasmin płynnym ruchem wysunął dłoń spod jej dłoni, jakby wcale go nie trzymała, po czym przeszedł obok niej.
Prosto ku tygrysowi.
Tym razem nie było czasu do namysłu. Jak w momencie ich pierwszego spotkania, [Imię] szybkim ruchem chwyciła księcia za rękę i zmusiła do cofnięcia się.
— Oszalałeś?! — pisnęła. — Takie duże kotki nie łaszą się do ludzi!
Cień zdezorientowania przesunął się po twarzy Jasmina, ale nastąpiło to tak szybko, że równie dobrze mogło to być przewidzeniem [Imię]. Jednak co do ujrzenia buńczucznego uśmiechu kobieta nie miała najmniejszych wątpliwości, gdyż dosłownie wzburzył jej krew w żyłach. Otworzyła już usta, żeby rozpocząć karcącą tyradę, lecz książę odezwał się pierwszy:
— Jestem pewien, że się mylisz. Zobacz.
Jasmin wyciągnął wolną dłoń przed siebie, a tygrys — niczym posłuszny kotek — pod nią przeszedł. Na ten widok [Imię] niemal przetarła rękami oczy.
— Co do strażników mogłaś mieć rację, ale na dużych kotkach się raczej nie znasz — dodał Jasmin z cichym prychnięciem.
— Taki jesteś teraz mądry, bo to twój tygrys. — [Imię] wskazała na łaszące się przy księciu masywne zwierzę.
Wtedy oczy tygrysa przeniosły się na nią. [Imię] wyraźnie czuła zapach i ciepło ciała, jakie od niego biło. W końcu znajdował się tak blisko, że sama mogłaby go dotknąć, gdyby tylko wyciągnęła dostatecznie daleko rękę. Jednak ani myślała o zrobieniu czegoś takiego. Nawet oswojona bestia to wciąż bestia.
— Tak właściwie to tygrysica i ma na imię Raja. Przywitaj się, Raja.
Tygrysica krótko zaryczała w odpowiedzi. Przerażona tym odgłosem Abi, schowała się jeszcze bardziej za głową [Imię], tylko nieznacznie zza niej wyglądając.
[Imię] uśmiechnęła się wymuszenie.
— Ciebie też miło poznać... Rajo.
— Nie chcesz spróbować jej pogłaskać?
— Nie.
Jasmina rozbawiła jej szczera i szybka odpowiedź. Była w stanie to poznać po szerokim, beztroskim uśmiechu i skrzących się w blasku księżyca brązowych jak nasiona kakaowca oczach.
— Zapewniam, że Raja nie zrobiłaby ci krzywdy. Jest bardzo spokojna i potulna. Nie radziłbym jej tylko przytulać, kiedy jest głodna.
— Czyli jednak jest groźna!
— Skoro nie jesteś miłośniczką dużych kotów, to dlaczego tutaj przyszłaś?
— Przez przypadek. W połowie dnia wezwano mnie do kuchni i kiedy skończyłam pracę, poszłam w tę samą stronę, w jaką zawsze idę z pralni.
— I dopiero na środku ogrodu zorientowałaś się, że zbłądziłaś?
— Zmęczony człowiek to nieostrożny człowiek.
Dzięki przyzwyczajonym do mroku oczom [Imię] zauważyła uważne spojrzenie, jakim obrzucił ją Jasmin. Mimowolnie cała się napięła. Często obserwowała ludzi (musiała umieć wyłapać prawdziwie majętne osoby od tych pozornie bogatych), ale sama obserwowana nigdy nie była. Nikt nie próbował jej wybadać ani poznać nawyków czy charakterystycznych zachować. Jako złodziejka przybierała najczęściej rolę cienia. A cienie wyglądały bezkształtnie, nieinteresująco. Co więc książę chciał w niej zobaczyć poza oczywistymi oznakami zmęczenia i nędzy?
— Jutro poproś o rękawiczki.
— Co?
— Rękawiczki — powtórzył Jasmin. — Możecie w pralni korzystać z rękawiczek. Nikt ci nie powiedział?
[Imię] zacisnęła zęby i pokręciła głową.
— Oj, nie rób takiej miny, bo ci tak zostanie. — Jasmin przycisnął palec do nasady jej nosa i przesunął nim raz w górę, raz w dół, jakby próbował wygładzić bruzdę na jej czole. — Powinnaś wrócić do swojego pokoju, zanim całkowicie stracisz siły. Wróć na korytarz i skieruj się na zachód, a trafisz do kwater służących. Odprowadziłbym cię, ale pora jest... niezbyt odpowiednia.
— Poczucie humoru nawet o tak późnej porze nie opuszcza jaśnie księcia. Ale ma książę rację... Spokojnej nocy, Wasza Wysokość. Tobie również, Rajo.
[Imię] lekko dygnęła, po czym odwróciła się i leniwie ruszyła we wskazaną stronę. Ktoś z optymistycznym podejściem mógłby odebrać jej nieznaczne uniesienie kącików ust za nieśmiały uśmiech.
Chapter 34: Bliska przyjaźń ~ Jasmin
Chapter Text
Pewne rzeczy można tylko uchwycić, gdyż są zbyt wolne, aby zostać prawdziwie złapane.
ღ Jasmin ღ
— Uff! To już ostatnie — sapnęła [Imię] z ulgą, prostując się ze stękiem. Dokoła niej wisiały połacie królewskich tkanin, od których bił przyjemny chłód. — Jeszcze tylko zabezpieczyć przed wiatrem i... gotowe!
[Imię] z dumą spoglądała na swoje dzieło, jakby dokonała czegoś przełomowego. Chociaż za rozwieszenie prania bez niczyjej pomocy i bez wybrudzenia żadnego z drogich materiałów nie otrzymywało się tytułu od sułtana, to była głęboko przekonana, że na takowy w pełni zasłużyła. Pracowała w pałacu już ponad miesiąc i czynności, które na początku sprawiały jej nie lada kłopoty, teraz wykonywała bez najmniejszych problemów. Wystarczyło, że zrozumiała podstawy, a reszta przyszła jej naturalnie.
W pewnym momencie nawet polubiła swoją nową profesję, głównie za sprawą korzyści, jakie z niej wynikały. Nie musiała się dłużej martwić o przyziemne sprawy, gdyż codziennie otrzymywała trzy porcje jedzenia, a czasem nawet jakieś smakołyki, gdy miała okazję wykonać polecenie któregoś z dworzan. Na łóżko i towarzystwo również nie mogła narzekać, choć bywało niekiedy drętwe. Jednak brak reakcji na jej wyszukane żarty nie bolał tak bardzo, jak pobicie przez strażników, toteż gryzła się w język za każdym razem, kiedy cisnęło jej się na usta coś nieodpowiedniego.
Jedyne, za czym głęboko w sercu tęskniła, to za swobodą w pojęciu znanym tylko złodziejaszkom. Coś magicznego i niepowtarzalnego kryło się nocą, gdy za towarzyszy miało się tylko szept wiatru i mruganie gwiazd. To nieuchwytne coś było tym, czego w pałacu [Imię] nigdy nie uświadczyła. Nie żeby specjalnie szukała, jako że dotychczas jej czas po brzegi zajmowały obowiązki służącej. Teraz na własnej skórze przekonała się, ile pracy muszą wykonywać postronni ludzie, aby bogacze mogli żyć w wygodzie.
— No proszę, któż to postanowił się w końcu zjawić — rzekła [Imię] z wyraźną protekcjonalną manierą, gdy na pustym wiklinowym koszu pojawiła się Abi. — Jesteś zdrajczynią, wiesz? Zostawiłaś mnie z tym całkiem samą!
Małpka zapiszczała w odpowiedzi.
— Co z tego, że nie mogłabyś mi pomóc? Przynajmniej dotrzymałabyś mi towarzystwa i podtrzymywała rozmowę. A tak ci staruszkowie myślą, że jestem jakaś nawiedzona przez to gadanie do siebie.
[Imię] machnęła ręką na wklęsły korytarz z werandą, który łączył zachodnią część ze wschodnią. Był to jeden z niewielu odcinków, kiedy to pałacowi uczeni i dworzanie mogli zetknąć się bezpośrednio ze służącymi poza salą jadalną. Dało się również stamtąd dostrzec źródło, z którego czerpano wodę i linki na pranie. Temu też [Imię] widziała w trakcie swojej pracy starszych mężczyzn w ciemnych szatach, patrzących na nią jak na obłąkaną, kiedy ta artykułowała swe myśli na głos. Takiego nawyku nabyła po kilku latach spędzonych wyłącznie w towarzystwie małpy, ale bynajmniej nie narzekała, gdyż nierzadko rozmawiało jej się lepiej z Abi niż z przedstawicielami własnego gatunku.
Jednak wyrzuty wobec małpki szybko zniknęły, gdy [Imię] dostrzegła w małych rączkach Abi parę dorodnych, zielonych winogron.
— Och, przyniosłaś je dla mnie? Zuch dziewczynka! — [Imię] poklepała małpkę po głowie i przyjęła podarek z wdzięcznością. — Chodź, usiądź mi na kolanach, są wygodniejsze niż ten stary kosz.
Pranie zostało rozwieszone, dlatego [Imię] nie wahała się zrobić sobie krótkiej przerwy. Usiadła w cieniu pod drzewem kokosowym i zajadała się winogronami, głaszcząc wolną ręką Abi po grzbiecie. Delikatny wietrzyk rozwiewał luźne kosmyki jej włosów, niosąc kropelki wilgoci pochodzące z mokrych materiałów wiszących nieopodal na linkach. Gdy zamknęła oczy, mogła sobie wyobrazić, że jest wszędzie: na karaibskiej wyspie, szczycie górskim, słonecznej polanie w środku lasu. Więcej miejsc nie przychodziło jej na myśl. Niewiele książek w życiu widziała, a jeszcze mniej przeczytała. Głównie bazowała na obrazkach, a te, które miała szanse ujrzeć, często były wyblakłe od słońca. Nigdy nie wydawała pieniędzy na rzeczy zbędne, ale teraz... może nie zaszkodziłoby, gdyby zajrzała do księgarni? W końcu zbliżał się dzień wypłaty, a ona jeszcze nie zdecydowała, co z nią zrobi.
Nagle myśli znowu zawędrowały w okolice bliskie jej sercu.
— Gdybym tylko mogła wykupić spacer wieczorem po targowisku... — mruknęła pod nosem.
Chociaż nikt jej nie pilnował, to za brakiem nadzoru nie odpowiadało zaufanie. Niewiele osób wiedziało o jej przeszłości, lecz nie zmieniało to faktu, że wciąż posiadała status więźnia. Dla służby była dziewczyną, która z niejasnych przyczyn zaczęła pracować w pałacu, ale w oczach strażników nadal prezentowała się jako złodziejka i wystarczyłby jeden zły ruch, aby skończyła znowu w lochu. Nie mogła zatem ot tak wyjść nocą poza mury twierdzy sułtana, zwłaszcza tłumacząc się spacerem, gdyż zwyczajnie nikt by w to nie uwierzył.
Gdy winogrona się skończyły, [Imię] otworzyła powoli oczy. Jej spojrzenie padłoby na niebo, gdyby nie wysokie kolumny i wieże pałacu.
— Z daleka wyglądają majestatycznie, ale z bliska są brzydkie i zwyczajne, co nie, Abi?
Małpka cicho mruknęła, półdrzemiąc na kolanach [Imię]. Czas tej samowolnej przerwy coraz bardziej się przedłużał i kobieta wiedziała, że powinna zgłosić się do swojej przełożonej. Nie ruszyła się jednak z miejsca, przykuta do ziemi przez niejasne wrażenie, że coś jej umyka, coś ważnego.
Co to było... Co to jest? — główkowała tak długo, aż w końcu oświeciła ją myśl tak jasna jak promienie porannego słońca. Jej wzrok szukający nieba skupił się na najwyższym balkonie pałacu sułtana i im głębiej zakorzeniał się nowo zasadzony w jej umyśle pomysł, tym szerzej się uśmiechała.
~*~
Gdy większość lamp w pałacu została zgaszona, a okolice czule okrył koc ciemności, [Imię] odrzuciła cienką tkaninę, która zakrywała jej w pełni odzianą sylwetkę, i zerwała się z posłania. Na łóżku ułożyła poduszki i dodatkowy komplet ubrań, aby imitował jej ciało, po czym na palcach podeszła do okna. Przed końcem pracy upewniła się, że naoliwiła wszystkie zawiasy, toteż te nie wydały żadnego dźwięku, kiedy zdjęła rygiel i otworzyła okiennice. Spomiędzy ust uciekło jej błogie westchnięcie, kiedy otrzymała chłodny pocałunek wiatru na przywitanie. Czuła się, jakby wymykała się na spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem i w pewnym sensie tak rzeczywiście było.
— Tylko po cichu, Abi — szepnęła do małpki, przykładając palec do ust.
Abi już miała zapiszczeć, ale w porę zakryła sobie pyszczek łapkami i po wymownym spojrzeniu [Imię] pokiwała głową.
Dwie nierozłączne towarzyszki — człowiek i małpa — zaczęły wspinać się po ścianach pałacu, wykorzystując osłonę nocy, by uniknąć wykrycia przez strażników. [Imię] wiele ryzykowała, może nawet życiem, ale w tej chwili daleka była od myślenia nad konsekwencjami, jakby samo przeznaczenie ją wołało i zachęcało do pięcia się coraz wyżej.
Wspinaczka była wymagająca. Nawet zręczna Abi miewała momentami kłopot z dotarciem wyżej, a wtedy trzymała się po prostu pleców [Imię], która uparcie zmierzała ku górze. W naturze kobiety nie leżało poddawanie się wątpliwościom: co raz postanowiła, musiała zrealizować, więc kiedy zdecydowała się dostać na najwyższy balkon pałacu, nic nie mogło jej przed tym powstrzymać.
Takiego szalonego przedsięwzięcia nikt jeszcze nie zrealizował, dlatego też nie dziwił brak strażników na owym najwyżej umiejscowionym balkonie, na który [Imię] wreszcie się wspięła.
— Och, całkiem tu wysoko — powiedziała po zerknięciu w dół. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak wielkie ryzyko podjęła. Ktoś roztropniejszy poświęciłby chwilę lub dwie nad kontemplacją kwestii życia i śmierci (bowiem dosłownie otarła się o nią), ale [Imię] tylko wzruszyła ramionami i skierowała wzrok ku niebu.
Na przypominającym aksamitną tkaninę, czarnym nieboskłonie, migotały rozproszone wszędzie gwiazdy. Księżyc w pełni wznosił się wysoko, rozlewając blady blask na misternie rzeźbione minarety i arabeski zdobiące pałacowe ściany. Cichy szelest palmowych liści i delikatny szum fontann w ogrodach sułtańskich dopełniały magicznej atmosfery tej letniej nocy.
[Imię] poczuła, jak serce puchnie jej od uczucia spokoju, gdy czas zdawał się zatrzymać na tej jednej, doskonałej chwili pod rozgwieżdżonym niebem. Nie tylko oczami, lecz całą duszą chłonęła widok nad sobą.
Właśnie w tamtym momencie uświadomiła sobie, że może być szczęśliwa wszędzie, gdzie widzi gwiazdy...
Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w nocne niebo, zanurzona w ciszy i pięknie tej chwili, gdy nagle usłyszała miękkie kroki. Odwróciła się powoli i zobaczyła, jak zza półprzezroczystej firanki wyłania się majestatyczny tygrys. Jego pręgowane futro błyszczało w księżycowym świetle, a bursztynowe oczy spoglądały na nią z ciekawością i mądrością.
Gdyby to było pierwsze spotkanie [Imię] z tygrysem, spanikowałaby, lecz od razu rozpoznała ekstrawaganckiego pupila pierwszego księcia. Niemniej całkowicie pewnie się nie czuła, podtrzymując swoje wcześniejsze stanowisko, że dzikim zwierzętom nie powinno się w pełni ufać.
Tygrysica tymczasem zbliżała się ostrożnie, jej ruchy były płynne i pełne gracji. [Imię] ogarnął niepokój, jednak w przeciwieństwie do poprzedniego razu, tym razem nie strach okazał się dominującym uczuciem, a mieszanka zdumienia i fascynacji.
— Cześć, Raja — szepnęła do tygrysicy i mimo bolesnych upomnieć Abi, która ciągnęła ją za włosy, nie ruszyła się z miejsca. — Też wyszłaś się przewietrzyć?
Raja podeszła jeszcze bliżej, aż stanęła tuż przed nią. Jej duże nozdrza poruszały się delikatnie, jakby wdychał zapach kobiety i małpy. [Imię] przypomniały się słowa pierwszego księcia, które wciąż uważała za absurdalne, mimo to wyciągnęła powoli dłoń w stronę tygrysicy.
Jeśli odgryzie mi rękę, to na pewno niczego już nigdy nie ukradnę, pomyślała w nagłym przebłysku paniki. Jednak zanim strach zdążył zanurzyć swe szpony głębiej w jej sercu, tygrysica położyła wielki, miękki pyszczek na jej dłoni i wówczas to oczy [Imię] zaświeciły się jak gwiazdy.
— Zobacz, Abi. Zobacz! Chyba mnie polubiła! — zawołała radośnie, skacząc spojrzeniem z małpki na tygrysice.
— Na to wygląda.
[Imię] podskoczyła, a Raja potrząsnęła głową, gdy podpierająca jej podbródek dłoń zniknęła. Kobieta, gdy uspokoiła się trochę, dostrzegła w bursztynowych ślepiach tygrysicy cień irytacji.
— Ale to jej się na pewno nie spodobało — dodał ten sam głos, co przed sekundą, o brzmieniu, które mogłoby odpowiadać za ludzki odpowiednik kociego mruczenia.
— Nie powinien książę teraz spać? — rzuciła z ukrytym wyrzutem [Imię], woląc zabrzmieć bezczelnie niż pokazać, że zdołał ją zaskoczyć.
— Doceniam, że martwisz się o mnie, ale to pytanie powinno paść z moich ust. Zwłaszcza że nie przypominam sobie, abym cię wpuszczał. A skoro nie weszłaś drzwiami, to...
— Nie przyszłam niczego ukraść.
— Niczego takiego nie powiedziałem.
— Zabić cię we śnie też nie zamierzałam.
Książę parsknął śmiechem.
— Dlaczego wymieniasz rzeczy, o które nawet nie przyszło mi cię podejrzewać?
— Wydaje mi się, że to jedyne wiarygodne powody, tłumaczące wtargnięcie na królewski balkon.
— A jednak nie rozglądałaś się ani za złotem, ani za mną. To jasne jak arabskie klejnoty, że patrzyłaś na niebo.
Policzki [Imię] pokrył jaskrawoczerwony rumieniec, jak gdyby została obnażona z intymnego sekretu.
— Musiało ci się wydawać...
— Czyżby? — Jasmin uniósł brew. Nawet nie próbował ukryć szelmowskiego uśmiechu. — Szkoda, bo planowałem zaproponować, abyś następnym razem skorzystała z drzwi, kiedy najdzie cię ochota na oglądanie gwiazd.
[Imię] żachnęła się powietrzem i z uporem patrzyła mu w oczy przez kilkanaście sekund. W końcu jednak nie wytrzymała i odwróciła wzrok, nie mogąc dłużej znieść jego intensywnego spojrzenia. Gdyby dostrzegła w jego tęczówkach złość lub pogardę, byłaby w stanie trwać tak przez długie godziny. Lecz zamiast ujrzeć znane jej emocje, zobaczyła u Jasmina tylko iskierki psotności i rozbawienia. Dlaczego był dla niej taki miły? Nie potrafiła go rozgryźć.
— Mówisz poważnie? — zapytała, a głos jej poniósł delikatnie wiatr do uszu księcia, jakby składał przed nim uroczysty dar.
Może zaraz mnie wyśmieje i powie, że jestem głupia i naiwna. Ale co jeśli...
Nie dokończyła swej myśli, gdyż Raja szturchnęła upominająco jej dłoń pyszczkiem. To właśnie wtedy, kiedy zanurzała palce w miękkim i ciepłym futrze, usłyszała słowa tak proste, a jednak zmieniające cały bieg wydarzeń:
— Owszem. Nie pogardzę dodatkowym towarzystwem, zwłaszcza zesłanym mi przez gwiazdę.
— Gwiazdę? — zdumiała się [Imię], spoglądając na Jasmina ponad głową tygrysicy.
Jednak na to pytanie nie otrzymała już odpowiedzi. Książę spojrzał na nocne niebo, a [Imię] podążyła za jego przykładem. Uczucie szczęścia wróciło, ale tym razem było większe niż kiedykolwiek wcześniej.
Chapter 35: Kobieca zazdrość ~ Jasmin
Chapter Text
Czuła, że nie ma prawa do takich uczuć, a jednak je posiadała; jej pierwsza własność, której nawet nie chciała przyjąć.
ღ Jasmin ღ
Choć książę nalegał, aby wchodziła i wychodziła drzwiami, [Imię] zawsze schodziła z balkonu tak samo jak się nań dostała. Nie chodziło o brak zaufania w zapewnienia Jasmina, że umożliwi jej opuszczenie jego komnat bez wścibskich oczu dworzan i służby. Po prostu nie chciała zapomnieć, jak się wspina. Nie miała ku temu innych okazji, nie licząc nocy, kiedy chowała dumę i wstyd pod poduszką, by móc podziwiać gwiazdy u boku Abi, syna sułtana i jego tygrysicy, Rai.
Po pierwszej pamiętnej nocy, kiedy wkradła się na balkon księcia i otrzymała zaproszenie do częstszych odwiedzin, [Imię] długo się zastanawiała, czy Jasmin rzeczywiście mówił poważnie. Niby ją zapewniał, że owszem, ale jak miała dać wiarę jego słowom? Nikt przy zdrowych zmysłach nie zapraszałby byłej złodziejki do swoich komnat, w których mieściły się przedmioty warte jej rocznej wypłaty. Może testował jej moralność? W końcu to jemu zawdzięczała wyciągnięcie z lochów i szansę na nowe, godniejsze życie, więc upewnienie się, że nie popełnił błędu, zdawało się rozsądne. Tylko czemu miałby to robić dopiero po miesiącu?
Nic w tym wszystkim nie trzymało się logiki, co zdecydowanie nie podobało się [Imię]. Czy jednak zignorowała ofertę pierwszego księcia? Taki miała na początku zamiar, lecz wkrótce znowu uległa tęsknocie za chwilą wolności, wiatrem we włosach, dłońmi chwytającymi się ram okien i ciemnym, aksamitnym niebem z nieskończonym morzem gwiazd, aby wytrwać w tym postanowieniu.
Nadal pozostawała sceptyczna i nieufna przez kilka pierwszych wizyt, aż wreszcie dopuściła do siebie prawdę: Jasmin nie kłamał i naprawdę pragnął, by do niego przychodziła.
Od dnia, kiedy po raz pierwszy wspięła się na balkon księcia, minęły dwa tygodnie, po których zaczęła regularnie go odwiedzać. Z każdą nocą ich rozmowy stawały się coraz bardziej intymne, a zaufanie między nimi rosło. [Imię] nie zapomniała, skąd pochodziła i czym parała się jeszcze kilka miesięcy temu, ale w obecności Jasmina czuła, że może być kimś więcej. Kimś, kto nie jest zdefiniowany przez przeszłość i popełnione błędy.
Nadchodzącej nocy [Imię] również postanowiła spotkać się z Jasminem. Choć wcześniej nie zawracała sobie głowy uprzednimi przygotowaniami, tak tym razem poszła do łaźni po skończonej pracy, mimo że dotychczas myła się rano. Dołożyła też większych starań w ułożenie swoich włosów, jednak po któreś poprawce wprowadzonej przez Abi, zaczęła postrzegać swe zachowanie jako niedorzeczne.
— Czuję się jak idiotka, Abi — powiedziała i delikatnie machnęła ręką, aby odgonić małpkę od swoich włosów.
Abi zapiszczała w proteście i wskazała łapkami kolejno na siebie, okno, a potem na [Imię].
— Wiem, że parę kosmyków muszę zostawić dla ciebie, żebyś miała się czego chwycić w razie kłopotów, ale też nie za dużo, aby wiatr nie zarzucał mi ich na oczy. To rozumiem. To jest logiczne . Tylko cała reszta nie jest i dobrze wiesz, o czym mówię.
[Imię] samodzielnie dokończyła upinanie swoich włosów, udając, że nie dostrzega wymownej miny Abi, która siedziała obok na kozetce ze skrzyżowanymi łapkami. Wiedziała, że jej towarzyszka polubiła Jasmina równie bardzo, co Raja ją — było to widoczne w sposobie, w jaki oba pupile zachowywały się wobec ich opiekunów, a także siebie nawzajem. Gdy pozwalała ponieść się wyobraźni, to myślała nawet, że Abi zależy na przybliżeniu jej do księcia.
— Nie dąsaj się, Abi. No chodź. — [Imię] poklepała lewe ramię, tak jak zwykła czynić przed każdą złodziejską akcją, proponując rozejm.
Małpka udawała obrażoną jeszcze przez parę sekund, nim wreszcie wskoczyła [Imię] na ramię i przypieczętowała ich porozumienie.
[Imię] otworzyła okno i zaczęła się wdrapywać po kamiennych ścianach pałacu sułtana. Wspinała się po nich tak często, że wreszcie mogła stwierdzić, iż przychodzi jej to z łatwością. Księżyc w pełni zakrywały co jakiś czas chmury, toteż nie musiała się martwić, że ktoś ze straży królewskiej ją dostrzeże. Miało to jednak swoją cenę, gdyż pewnie nie zdoła zbyt wielu gwiazd dostrzec tej nocy, a mimo to nawet przez moment nie rozważała powrotu.
Gdy w końcu dotarła na balkon, przeskoczyła przez balustradę i cicho stanęła na marmurowej posadzce, oddychając głęboko. Adrenalina powoli opadała, ale nie całkowicie, jakby upominana przez serce, że najbardziej ekscytujące wrażenia dopiero przed nią.
Abi zeskoczyła z jej ramienia i pognała w głąb komnaty księcia z wesołym piskiem. Kąciki ust [Imię] mimowolnie się uniosły. Po chwili zza jedwabnej zasłony wyszła Raja, niosąc Abi na falującym delikatnie grzbiecie.
— Dobry wieczór, Rajo. — [Imię] wyciągnęła dłoń, by pogłaskać tygrysice za uszami, zanim ta sama upomniałaby ją o porcję ulubionych pieszczot. Czasem tylko podgryzała jej opuszki palców, a czasem gryzła całkiem dotkliwie, co nauczyło ją nie zaniedbywać przywitań z Rają. — Jesteś sama?
Tygrysica zamruczała krótko, lecz [Imię] nie potrafiła stwierdzić, czy była to twierdząca, czy przecząca odpowiedź. Bardziej skłaniała się ku pierwszej opcji, toteż ośmieliła się odsunąć jedwabną zasłonę i wejść do komnaty księcia. Rozejrzała się lekko spłoszonym spojrzeniem po ogromnym pomieszczeniu, przesuwając ostrożnie wzrokiem po meblach i łóżku. Nie chciała zostać oskarżona o nieprzyzwoite zamiary, dlatego nie od razu patrzyła obojgiem oczu; wpierw otwarte miała tylko jedno i dopiero po chwili rozchyliła również drugie.
Ulżyło jej, gdy zorientowała się, że nikogo nie było w środku (uniknęła w ten sposób niekomfortowej sytuacji), ale ulga nie trwała zbyt długo. Weszła głębiej do komnaty Jasmina i tym razem uważniej się rozejrzała, wiedziona znanym, lecz niebezpiecznym uczuciem — ciekawością.
Komnata odzwierciedlała zarówno bogactwo, jak i wyrafinowany gust księcia. Wnętrze tonęło w ciepłych, złotych odcieniach, podkreślanych przez blask licznych lamp oliwnych i świeczników, które rzucały miękkie, migoczące światło na wszystkie zakamarki pomieszczenia.
Na środku pokoju stało ogromne, baldachimowe łoże, którego jedwabne zasłony w kolorze szmaragdu były haftowane złotą nicią, tworząc skomplikowane wzory przypominające gwiazdy i księżyc. W jednym z rogów komnaty [Imię] dostrzegła wielką, drewnianą skrzynię inkrustowaną perłami i szlachetnymi kamieniami. Obok znajdował się stolik z rozłożonymi na nim bambusowymi rulonami i jastrzębim piórem.
[Imię] najbardziej zdziwiła prywatna biblioteczka Jasmina, która rozciągała się na całą długość jednej ze ścian. Półki wypełnione książkami o złoconych grzbietach błyszczały w świetle lamp, a zapach starych pergaminów i skóry mieszał się z wonią olejków i kadzideł. Kilka półek zajmowało astrolabium oraz inne instrumenty nawigacyjne, które kobieta pierwszy raz na oczy widziała. Ciekawe, ile były warte...
Szybko potrząsnęła głową i wycofała się w kierunku zasłon, aby nie wystawiać się dłużej na pokusę.
Pamiętaj, że nie jesteś już złodziejką. Nie jesteś złodziejką , powtórzyła parokroć, zaciskając dłonie na balustradzie. Wzrok wbiła naprzód, skąd rozciągał się widok na królewskie ogrody, a hen daleko w tle widać było mury miasta i pustynny horyzont. Nie chciała zbytnio przyglądać się rzeczom w oddali — za bardzo kojarzyło jej się to z przyszłością; czymś niejasnym i niepewnym — dlatego spojrzała bezpośrednio w dół. Sądziła, że szybciej odnajdzie spokój ducha, patrząc po prostu na piękno natury. Jednak wśród bujnej zieleni i kolorowych kwiatów, dostrzegła blask świateł i usłyszała wysokie dźwięki dzwonków, fletów i tamburynów.
Przyjęcie .
Z jakiej okazji? Nie widziała żadnych przygotowań ani nie przypominała sobie, aby ktokolwiek ze służby wspominał o przyjeździe gości. Może to prywatne przyjęcie? — zaczęła się intensywnie zastanawiać. — Jedno z tych mniejszych, które wyprawiają dworzanie dla siebie nawzajem?
Wytężyła wzrok i lekko wychyliła się przez balustradę, patrząc na zebranych biesiadników, którzy śmiali się, rozmawiali i śpiewali. Z tłumu najbardziej wyróżniał się sułtan, siedzący na ozdobnym krześle w towarzystwie dostojników i dworzan. Nieco dalej zauważyła Jasmina; stał z kielichem w dłoni, dyskutując z kilkoma innymi mężczyznami. Wyglądał na zrelaksowanego, choć nie tak bardzo jak w chwilach, kiedy rozmawiał z nią. Jednak coś innego przyciągnęło jej uwagę.
Towarzystwo było zwrócone w centralną stronę ogrodu, tam, gdzie piękne, egzotyczne kobiety tańczyły w rytm muzyki. Ledwie okryte ciała bogato zdobionymi i błyszczącymi jedwabiami, poruszały się z gracją, a gra świateł i cieni przedstawiała swój własny układ taneczny na ich mleczno-czekoladowej skórze. Przyciągały wzrok każdego z gości, nawet księcia, na co serce [Imię] ścisnęło się od niechcianych emocji.
Dlaczego to ją tak dotknęło? Przecież wiedziała, że jest tylko służącą, że nie ma prawa do takich uczuć... A jednak widok tych pięknych kobiet, które przyciągały uwagę Jasmina, sprawił, że poczuła się niewidzialna i nieistotna.
Jasmin zawsze był dla niej uprzejmy — temu nie mogła zaprzeczyć. Ale czy kiedykolwiek dał jej powód, żeby robiła sobie nadzieję na coś więcej? Gdy się nad tym zastanowiła, to zrozumiała, że nigdy nie wykonał żadnego ruchu wykraczającego poza granicę przyjaźni.
Idiotka.
Potrząsnęła ze złością głową i wciągnęła głęboko powietrze, próbując uspokoić bijące jak bęben serce. Nie chciała się tak czuć, tak bezbronnie i irracjonalnie. Z przyjemnością wyrzuciłaby te uczucia przez okno, a najlepiej przez balkon. A żeby zgniotły te tancerki, ot co!
Odwróciła się od balustrady, ale zaraz z powrotem się ku niej zwróciła, gdy zrozumiała, że tylko wracając do swojego pokoju, może na dobre odciąć się od dźwięków muzyki i śmiechów dobiegających z ogrodu. Miała już przerzucić nogę, ale została nagle szarpnięta za materiał tuniki.
— Chcesz mnie zabić, Rajo?! — wrzasnęła, gdy odzyskała na powrót równowagę. Stanęła obiema nogami na balkonie, wbijając w tygrysice ostre spojrzenie.
Raja nie pozostała dłużna i mimo że trochę śmiesznie wyglądała z Abi siedzącą na jej pasiastym grzbiecie, to wciąż sprawiała onieśmielające wrażenie. Zwłaszcza gdy pionowa źrenica jej kocich oczu zmniejszała się do wielkości szpileczki.
— Okej, okej! Wiem, że nie chciałaś. Tylko nie ciągnij mnie więcej za tunikę, dobra?
Nie doczekawszy się żadnej reakcji, [Imię] podjęła kolejną próbę przejścia przez balustradę, ale również wtedy poczuła szarpnięcie.
— Raja... — [Imię] spojrzała przez ramię. — Czy jest jakiś powód, dla którego nie pozwalasz mi odejść?
Za każdym razem, gdy [Imię] próbowała wykonać ruch w stronę balustrady, Raja wydawała krótkie, acz ostrzegające warknięcie.
— Przecież zawsze w taki sposób wychodzę! Powiedz jej coś, Abi!
Jednak małpka tylko skrzyżowała łapki i odwróciła głowę w przeciwną stronę, tak samo jak wcześniej, gdy udawała obrażoną. Teraz też to robiła i — zdaniem [Imię] — zupełnie bez powodu.
— Ty mała zdrajczyni... Zapamiętam to sobie!
Najpierw groziła, potem straszyła, a na koniec prosiła, ale zarówno Raja, jak i Abi pozostały nieugięte. Po chwili zaprzestała jakichkolwiek prób przekonania ich i po prostu usiadła na posadzce, opierając się plecami o balustradę z niezadowoloną miną. Zastanawiała się, jak poradzić sobie z tą sytuacją, gdy nagle usłyszała kroki — zbyt lekkie na strażnika, zbyt pewne na służącą. Wiedziała, kto to jest jeszcze zanim usłyszała głos Jasmina wołającego Raję.
Jak można się było spodziewać, tygrysica nie ruszyła się z miejsca; tylko jej smukły, długi ogon delikatnie się przemieszczał z prawego boku na lewy.
Książę umilkł, jakby domyślił się wszystkiego, gdyż naraz skierował swe kroki w stronę tarasu. [Imię] zobaczyła najpierw jego opaloną dłoń, a potem całą resztę sylwetki w ozdobnej, błękitnej szacie i uśmiech. Uśmiech, który pojawił się na jej widok.
Serce [Imię] mimowolnie przyspieszyło.
— Miałem nadzieję, że jeszcze cię dzisiaj zobaczę — powiedział, podchodząc bliżej.
O dziwo tym razem Raja nie ubiegała się o natychmiastowe powitanie jej majestatycznej osoby. Odsunęła się nawet, jak gdyby udając, że obie z Abi mają ważniejsze sprawy na głowie. [Imię] odprowadziła je wzrok, nie kryjąc dezaprobaty.
— Gdybym wiedziała, że jest dzisiaj jakieś przyjęcie, to w ogóle bym nie przychodziła — odburknęła z niezamierzoną pretensją w głosie. Słowa jednak już rozbrzmiały i nie dało się ich cofnąć.
— I byłoby to zupełnie niepotrzebne. Straciłabyś dobry widok na gwiazdy. — Jasmin wskazał w stronę gwieździstego nieba, po którym leniwie sunęły perłowe chmury. Jego uśmiech lekko przygasł. — Coś cię trapi?
[Imię] zastanawiała się przez chwilę, czy powinna podzielić się z nim swoimi uczuciami. W końcu zdecydowała, że lepiej zatrzymać je dla siebie.
— Nie, wszystko w porządku — skłamała. — Po prostu... rozmyślałam trochę, zanim przyszedłeś.
Jasmin obrzucił ją uważnym spojrzeniem, jakby próbował odczytać jej myśli. [Imię] poruszyła się nieswojo. Nie lubiła, kiedy tak na nią patrzył. Czuła się wtedy obnażona ze wszelkich sekretów i niecnych zamiarów, które natychmiast czmychały z jej głowy.
— W porządku. Ale jeśli kiedykolwiek będziesz chciała porozmawiać, to wiedz, że zawsze jestem tu dla ciebie.
— Zawsze po tym, jak wespnę się na ten balkon.
— To ty tak twierdzisz. Jak dla mnie możesz użyć drzwi.
— Nie, to byłoby zbyt nudne.
Oboje parsknęli śmiechem. Rozładowało to napięcie pomiędzy nimi, na co [Imię] westchnęła z ulgą.
Po chwili znów patrzyli razem na rozgwieżdżone niebo, tak jak zwykli to robić, podczas gdy przytłumione dźwięki przyjęcia dochodziły z królewskich ogrodów. Choć [Imię] nie do końca tego się spodziewała po dzisiejszym wieczorze, to nie miała poczucia żalu w sercu. Co prawda jej uczucia wciąż były skomplikowane i poplątane jak kłębek wełny, ale przynajmniej miała coś, o czym nigdy wcześniej nawet nie śniła — prawdziwego przyjaciela.