Chapter Text
Miesiąc później
Wielki zjazd klanów Krainy Ognia w końcu nastąpił. Wszyscy przywódcy ninja znajdowali się w wielkim zamku, należącym do mało znaczącego wielmoży, będącym pod opieką mało ważnego klanu, który dopiero teraz miał okazję zabłysnąć jako gospodarz historycznego spotkania. Ale, jak by się nie starali, nie mogli wysunąć się na pierwszy plan, bo wszyscy rozmawiali o czymś kompletnie innym.
Na każdym tego typu zjeździe ma miejsce jakaś sensacja, nic w tym dziwnego. Ale To, To była SENSACJA z samych dużych liter. Nikt nie wierzył w to, co widzi. Powszechnie padały podejrzenia o genjutsu, które nie milkły mimo ciągłych zapewnień o niemożności jego użycia.
Ludzie, którzy przybyli, wszyscy byli politykami, z powołania lub konieczności. Gdyby dana sytuacja dotyczyła kogoś innego, nikogo by to za bardzo nie obeszło, poza kilkoma osobami, którym pokrzyżowałaby interesy. O tym mówili wszyscy. Otóż… Senju i Uchiha współpracowali. Naprawdę.
Świat się kończy.
Nastąpiła przerwa w obradach, druga tego dnia. Pierwszą przerwę Tobirama i Izuna spędzili w najciemniejszym z kątów sali, szepcząc do siebie. Omawiali pewne nieuniknione zmiany, które musieli uwzględnić w swojej umowie (może i chowali się jak mogli, ale biorąc pod uwagę doniosłość tej chwili, równie dobrze mogliby stać na samym środku w świetle reflektora). Teraz w gruncie rzeczy robili to samo, tylko w sposób bardziej widoczny aktywnie usiłowali się nawzajem nie pozabijać. Wciąż na nich spoglądano, ale, podczas gdy na pierwszej przerwie zapanowała pełna osłupienia cisza, na drugiej zaczęła się wymiana uwag i plotek.
Przywódcy klanów Hyuga i Sarutobi, pomysłodawcy zjazdu i starzy przyjaciele, stali z boku i ponuro patrzyli na całe zgromadzenie, Izunę i Tobiramę włączając.
- Na pewno? - upewnił się Sarutobi.
- Tak, to na pewno nie jest genjutsu. - powtórzył zmęczony Hyuga. Już kilka osób go o to pytało, sam sprawdził kilka razy Byakuganem, na co na szczęście straże, rozumiejące powagę sytuacji, nie zareagowały.
- Czyli to się dzieje naprawdę. - podsumował Sarutobi, wykluczywszy wszystkie inne możliwości. - Kto by się spodziewał.
- Ja na pewno nie. - zgodził się Hyuga. Zamyślił się. - Chociaż, nikt też nie sądził, że Madara Uchiha dożyje dzisiejszego dnia. Ja go już dawno pogrzebałem, a tu okazuje się, że żyje, ma się dobrze i trzęsie całym klanem. - stwierdził dość ponuro, bo Madara był mu solą w oku - Dobrze, że chociaż tu nie przyjechał. Zostałyby same zgliszcza.
- Za to młodego Hashiramy też nie ma. - zauważył Sarutobi - Szkoda, lubię chłopaka. Trochę marzyciel, negocjator z niego żaden, ale trudno w dzisiejszych czasach o tak przyjazną duszę.
- Wygląda na to, że ci dwaj się dogadali. - stwierdził Hyuga zrezygnowany. Nagle coś mu przyszło do głowy. - Pamiętasz, kilka lat temu krążyły plotki, że jakieś dzieciaki od Senju i Uchiha się spotykały i trenowały, ledwie uniknęli skandalu.
- Czy ty sugerujesz… - Sarutobiemu aż dech zaparło - Mówisz, że to byli Madara i Hashirama?
- Na pewno nie ta dwójka. - Hyuga wskazał na Tobiramę i Izunę, kłócących się z rzadko spotykaną pasją. Na ich oczach Izuna trzy razy postukał palcem w pierś Tobiramy, na co ten, zachowując kamienną twarz, położył dłoń na czole Uchiha i postukał jego głową o ścianę dokładnie tyle samo. - Poza tym wszystko na to wskazuje. Tobirama słucha ponoć tylko swego brata, a jak słyszałem, ten młody Uchiha jest z tej samej gliny. Pamiętasz może, jak się nazywał? Trzeba go będzie zapamiętać.
- Wybacz. - Sarutobi wzruszył ramionami - Wiesz, że dla mnie wszyscy Uchiha wyglądają tak samo.
- Dla ciebie wszyscy wyglądają tak samo. Wziąłeś moją siostrę za swojego stryja.
- Mam słaby wzrok.
- Za to słuch jak najlepszy. - dobiegło zza ich pleców. Pomiędzy nich wcisnęła się głowa rodu Yamanaka. Kobieta jak zwykle wprost kipiała chęcią podzielenia się nowinkami. - Znacie najnowsze wieści? Senju Hashirama poprosił o rękę Mito Uzumaki, a ta się zgodziła! Podobno już dawno, ale teraz dopiero to ogłosili. - z zapałem godnym lepszej sprawy wypaliła Yamanaka - Ma szczęście dziewczyna. Trochę jej zazdroszczę, bo Hashirama jest taki zabawny, ale jak pomyślę o tych jego włosach… Choć podobno zapuszcza.
- Naprawdę się zaręczyli? - zdziwił się lekko Sarutobi. - Jak ten czas leci, wciąż widzi mi się jako mały chłopiec.
- Bo wtedy ostatni raz widziałeś go wyraźnie. - powiedział mu złośliwie Hyuga. Westchnął. - Dobrze dla tej dwójki. Miałem nadzieję, że mój syn przypadnie Uzumakiemu do gustu, ale mój chłopak jest zbyt niepozorny. Cóż, zawsze mam córki.
- To nie Uzumakiego trzeba przekonywać. - usłyszeli z boku. Podszedł do nich przywódca klanu Nara, znudzony rozgardiaszem wokoło. - Zrobi wszystko, o co poprosi go córka. Mito powinieneś wtedy urabiać.
- Teraz to wiem… - westchnął ponownie Hyuga.
- Mówcie trochę ciszej, bo Uzumaki usłyszy. - syknęła Yamanaka, rozglądając się za staruszkiem niespokojnie. Ten stał na drugim końcu sali.
- Nie martw się, słyszy tak jak ja widzę. - uspokoił ją Sarutobi.
- A gdzie Akimichi? - zdziwił się Hyuga, nie dostrzegając go nigdzie w pobliżu.
- Jak to gdzie, przy bufecie oczywiście. - powiedział zmęczonym tonem Nara.
- Mieliśmy się z nim spotkać, dlatego cię szukam. Przestań szaleć, dziewczyno.
- Spróbuj mnie zmusić. - rzekła Yamanaka z uporem, niemniej zaraz odeszła z Nara. Dwójka przyjaciół znowu została sama.
- Ile to się człowiek dowiaduje… - Sarutobi pokręcił głową.
- Racja. - zgodził się Hyuga. Obejrzał się. - Przerwa się chyba kończy, wracajmy na miejsca. Nie wiem jak ty, ale ja się muszę przygotować psychicznie. Ta dwójka tam może teraz i kłóci się jak demony, ale przy stole są niewzruszeni, lita skała.
- Nie musisz mi mówić, słyszałeś, jaką mam z nimi ciężką przeprawę. - Sarutobi jakby trochę oklapł, co nie uszło uwagi przyjaciela. Postanowił go więcej nie denerwować. - Ale musisz przyznać, że mają talent.
Rozmawiając w tym tonie podeszli i siedli do stołu, by zebrać siły przed bitwą. Bitwą, bo tacy na przykład Senju i Uchiha bili się jak szaleni o każdą piędź ziemi, jakby to był ich pierworodny syn.
Sojusz Izuny i Tobiramy był tymczasowy, ale bardzo efektywny. Dostawali wszystko, co chcieli, kontynuowali swoje myśli i kończyli nawzajem swe wypowiedzi. Zaczynano się ich powoli bać. O dziwo, nawet bez braci zachowywali się wobec siebie przyzwoicie.
Takie to dziwy działy się na zjeździe klanów.
Koniec